Bikini fitness – wysoka cena dążenia do ideału

bikini fitness kulisy

Wyobraź sobie wystawę ciał. Hebanowe od samoopalacza, lśniące oliwką i brokatem. Naprężone do granic możliwości, by odsłonić misternie budowane mięśnie, pokryte niższą niż bezpiecznie najniższa warstwą tkanki tłuszczowej, której nie zobaczysz gołym okiem.

Scena zawodniczek bikini fitness to konkurs na ciała. Często te, do których wzdychamy na insta, i te same, przez które zdychamy od porównywania się. Może się wydawać, że w tym starciu nie mamy szans.

Pozostaje tylko pytanie: czy są to ideały warte dążenia?

Przeczytaj historię Agneliki – ex zawodniczki bikini fitness.


Wszystko zaczęło się w sierpniu 2013 roku, kiedy ze znajomymi byliśmy nad wodą. Wśród tych osób był chłopak, który bardzo dobrze znał się na sporctach sylwetkowych, ponieważ sam startował.

Powiedział mi wtedy, że mam bardzo fajne proporcje i że moja sylwetka nadawałaby się do przygotowania pod starty. Ja wcześniej nigdy nie słyszałam o bikini fitness. Ale mnie długo nie trzeba namawiać do próbowania nowych rzeczy, więc w to poszłam. 

Dieta była bardzo restrykcyjna, a plan profesjonalnie dobrany. Nigdy wcześniej nie trenowałam siłowo, więc rozpoczęłam od treningów ogólnorozwojowych na całe ciało, a nie tradycyjnego splita na poszczególne partie mięśni.

W tamtych latach nie był to tak popularny sport jak teraz. Nie mówiło się tyle o różnorodności w odżywianiu, dużo większe znaczenie miała praktyczność, czyli jak najmniej czasu w kuchni, trzy posiłki z pięciu takie same przez 2 lata… I liczył się każdy gram.

Doszło do tego, że z pojemnika odejmowałam po kilka ziarenek ryżu, żeby wszystko się zgadzało. W pewnym momencie przerodziło się to w chorą obsesję… bo liczył się wynik na zawodach. 

Suplementowałam się białkiem, kreatyną, piłam różne przedtreningówki. Wyniki w tym sporcie ciężko osiągnąć bez środków i hipokryzją z mojej strony byłoby, gdybym powiedziała, że niczym się nie wspierałam, ale do tego nikt mnie nie namawiał – to była moja własna decyzja, której dzisiaj zresztą bardzo żałuję. 

Dieta to był rygor totalny, nie mogłam pozwolić sobie na odstępstwa. 5 posiłków każdego dnia, codziennie takich samych. Kurczak, ryż, warzywa, omlet na śniadanie… przy 4 Treningach siłowych w tygodniu i około 10 treningach cardio to była masakra. Cheat meal raz w miesiącu w ramach jednego z posiłków diety. Smutne, ale tak funkcjonowałam 🙁 

Trenowanie i dojazdy zajmowały mi na tamten moment praktycznie cały wolny czas biorąc pod uwagę to, że studiowałam wówczas dziennie i jeszcze pracowałam. W gotowaniu doszłam po czasie do takiej wprawy, że przygotowanie pojemników z posiłkami na dzień następny nie zabierało mi już więcej niż 30 minut. 


Nie czułam presji trenera. Prawda była taka, że presję wywierałam na sobie sama – obserwując na Instagramie czy też Facebooku dziewczęta, które wiedziałam, że będą w mojej kategorii. Siłą rzeczy stale się z nimi porównywałam i podświadomie czułam, że moja forma jest gorsza i że muszę pocisnąć jeszcze bardziej. Dzisiaj już jest dużo lepiej, ale wtedy mocno odbiło się to na moim poczuciu własnej wartości. 


Początki przygotowań to był mój złoty okres. Ciało zmieniało się bardzo szybko, ale nie było jeszcze wyczerpane rygorem redukcji, więc psychicznie czułam się bardzo okej. Problemy zaczęły się później, kiedy już nie chciało mi się z rana wstawać bo tak bardzo byłam zmęczona, niejednokrotnie chciało mi się płakać, ale wszędzie widziałam te niszczące slogany mówiące o tym, że trzeba się wziąć w garść, a tak naprawdę perspektywa kolejnego posiłku składającego się z ryżu i kurczaka zupełnie nie napawała optymizmem.

Mniej więcej też w tamtym czasie zaczęłam się zmagać z napadami lęku, które wzięły się tak naprawdę z dnia na dzień. Dziś na szczęście mam to już za sobą i muszę przyznać, że pierwszy raz mówię o tym publicznie. Uważam jednak, że to na tyle ważny temat, że trzeba mówić o nim głośno. 


W marcu 2015 roku byłam już na ostatku swoich sił, wewnętrznej motywacji, aby dalej to kontynuować. Rozpoczęły się problemy z miesiączką, cerą, wahaniami nastrojów. Wtedy przyznałam sama przed sobą, że nie jest ze mną dobrze. Obiecałam sobie, że jeżeli uda mi się coś ugrać na tych zawodach, to będzie to mój ostatni start, po którym zacznę  naprawiać to co w sobie zepsułam przez poprzednie dwa lata. Jak powiedziałam tak zrobiłam, wróciłam do domu ze srebrnym medalem i zakończyłam swoją dwuletnią karierę. 


Wtedy nie liczyło się zdrowie, liczyły się wyniki, rozwaliłam sobie układ hormonalny i bardzo zniszczyłam swoją psychikę. Nie przejmowałam się na tamten moment zupełnie tym, że przez pół roku nie mam miesiączki, najważniejszy był do zdobycia kolejny medal i poczucie spełnionej misji. Ja tak naprawdę jestem zadaniowcem i ciężko mi było podejść do tego w „zdrowy” sposób.


Powroty do „normalnego” jedzenia po rezygnacji ze startów były ciężkie. Z każdym dniem widziałam w lustrze jak zmienia się moje ciało. Wtedy „normalne” dla mnie było 10% tkanki tłuszczowej i kostka na brzuchu, dlatego każdy kilogram na wadze doprowadzał mnie do płaczu. W lustrze zaczęłam widzieć „grubą” dziewczynę. Zaczęłam dużo czytać na ten temat, rozmawiać z osobami kompetentnymi, które miesiącami mi uświadamiały jak chore jest moje myślenie.

Powoli zaczęłam akceptować to, że nie mam już żył na rękach i wyseparowanego mięśnia czworogłowego uda. Zdałam sobie sprawę, że wyglądam normalnie i nadal dobrze, zdrowie fizyczne i psychiczne zaczęło przenosić się na pierwszy plan. Dziś już czuję się ze sobą dobrze, ale rysa na psychice została potężna. Na samą myśl o jakiejkolwiek, restrykcyjnej diecie, czy też regularnemu uczęszczaniu na siłownię dostaję gęsiej skórki. 


Uważam, że trzeba mówić o tym głośno i uświadamiać. Warto dowiedzieć się o takich rzeczach przed podjęciem decyzji o starcie. Przypuszczam, że środowisko osób wciąż się tym zajmujących mogłoby wylać mi na głowę wiadro pomyj za to co mówię, ale taka jest prawda i na szczęście z tego co obserwuję, mówi o tym coraz więcej osób.

Dziś bardzo żałuję, że moja świadomość w roku 2013 była zerowa, dziś podjęłabym inną decyzję. Jeżeli ktoś jednak bardzo tego chce, to apeluję – nie porównujcie się, słuchajcie własnego ciała, kiedy czujecie, że nie macie siły – odpuśćcie, nie wpadajcie w taką chorą relację z jedzeniem jak ja. Uważam, że diety, które proponuje Monika to coś, czego mi wtedy bardzo zabrakło. Bo mimo wszystko jest to zdrowe jedzenie z ogromną różnorodonością produktów. Nie liczy się to co jecie, ale kaloryka i to ile się ruszacie.

 Puchary nie są warte tego, co dzieje się potem. Ludzie latami doprowadzają do równowagi swoje ciała i umysły. Mnie ten sport zniszczył i spowodował niechęć do aktywności na siłowni. Dziś jest dużo lepiej, codziennie uprawiam jogę, staram się ruszać, ale na siłownię nie zaglądam. Jest mi dobrze ze swoim ciałem, znalazłam pracę marzeń – jestem stewardessą i latam, a także jem to na co mam ochotę, oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku. 

Wreszcie dojrzałam, żeby nie wstydzić się tego, że „nie dałam rady, bo tak naprawdę nie mam duszy sportowca”. 

Angelika, www.instagram.com/angelkatoja

Presja na bycie fit jest silna, ale nie musimy się pod nią uginać

Dziękuję Angelice, że podzieliła się z nami swoją historią. Wbrew pozorom presja dotyczy nie tylko zawodniczek bikini fitness – często my, zwykłe kobiety zapraszamy ją do swoich głów z otwartymi ramionami. Zgadzamy się na dążenie do kanonu, w który dałyśmy się wtłoczyć nie wiadomo kiedy. Tak, jakby istniał jedyny przepis na szczęście, a warunkiem koniecznym do spełnienia była określona waga i proporcja talia-biodra.

Zdarza się, że bierzemy cudze wartości za własne – chcemy od siebie więcej i więcej, tak jakby zawsze stało coś na przeszkodzie, do stwierdzenia, że nam już wystarczy, nie musi być lepiej, żeby było wystarczająco dobrze. W imię ostatnich kilku kilogramów i jednej fałdki na brzuchu mniej oddajemy swój czas, energię i przestrzeń w głowie.

I to może być jak najbardziej okej! O ile robimy to świadomie, w zgodzie ze sobą, a korzyści przewyższają straty.

Zostawię Was z pytaniem: czy wybrałyście dla siebie strategię odchudzania, która jest na miarę Waszych aktualnych możliwości?

Czy wspiera Was w realizacji celu, który faktycznie jest wynikiem Waszych potrzeb, upodobań i oczekiwań, a nie odbiciem tego, czego chcieliby od Was nie do końca sprecyzowani „inni„?

Nikt nie wie kim Ci inni są, ale wiele z nas oddaje im zdecydowanie za dużo swojego życia.

A Twoja życia, Twoja sprawa 😉