Dietetyk też człowiek – moje stanowisko w sprawie fit życia

W okresie nastoletnim i wczesnej dorosłości wygląd nie był dla mnie superważny. Zależało mi, żeby ładnie wyglądać, ale nigdy nie byłam skłonna poświęcać temu dużo czasu i energii. Dla mnie wygląd był TYLKO wyglądem.

Bardziej zależało mi na innych rzeczach: dużo się uczyłam, czytałam mnóstwo książek, spędzałam dużo czasu ze znajomymi i rodziną, bardzo wcześnie zaczęłam łapać się różnych prac dorywczych. Miałam po prostu tak dużo innych ważniejszych dla mnie rzeczy, że nie było opcji skupienia się jeszcze na czymś.

Wejście do Internetu sześć lat temu i stanie się częścią fitświatka oraz społeczna presja dążenia do wyglądania Super-Fit-Spektakularnie zmieniły dużo. Myśl o chęci posiadania rewelacyjnej sylwetki została mi wtłoczona do głowy tak subtelnie, że nawet nie zauważyłam, kiedy stała się moją potrzebą. Choć prawdziwie moja nigdy nie była.

Nie miałam nadwagi, uprawiałam sport, jadłam całkiem zdrowo. W standardach realnego świata wyglądałam normalnie, dobrze. W standardach internetu: za grubo. Ciągle z tyłu głowy siedziała myśl:

Jest dobrze, ale przecież mogłoby być lepiej. Wtedy to by dopiero było!

Takie myśli są naturalne. Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby dostać spadek po nieznanej mi cioci z Ameryki, wygrać w totolotka, nie mieć problemów, mieć większe cycki, a mniejszy nos i mnóstwo innych rzeczy. Tyle tylko, że niewiele z tych myśli zabiera mi radość z tego, co mam w rzeczywistości.

A fantazjowanie o sylwetkowym ideale miażdżyło satysfakcję z tego, na co dotychczas zapracowałam. Na potwierdzenie przytoczę post, który opublikowałam dwa lata temu na fanpage:

Wrzesień 2017, Punta Cana

Zamysł Moniki publikującej ten wpis i będącej właśnie w podróży poślubnej był prosty: pokażę odważnie jaka jestem nieidealna, a mimo to świetnie się bawię na plaży. Wy też tak możecie! Bawmy się nieidealne, hejoooooo!

Nie wiem co miałam wtedy w głowie, skoro mając takie ciało (i śliniącego się na jego widok świeżo upieczonego męża) widziałam:

  • spyrkę na brzuchu – która była tak straaaaaaaasznie daleko od dociętego brzucha, na którym pięknie malują się mięśnie
  • duże udko – tak niepodobne do tych, które niosą przez życie piękne gazele, do których wzdychałam na instagramie
  • cellulit – wstyd mi za każde pytanie, które zadałam Łukaszowi „ale na pewno w tym świetle nie widać kraterów na udzie?”
  • bycie za dużą – nie wiem na co za dużą ani względem czego za dużą, ale wtedy czułam się generalnie ZA DUŻA na bycie kimś, kogo sylwetka może się komuś podobać. Czy jakoś tak 😉

Byłam zadowolona z tego jak wyglądam – trudno nie być, jeśli wygląda się najlepiej w życiu! Bardzo doceniałam swoją siłę i sprawność, podobałam się sobie ALE… ale ta myśl, że „mogłoby być lepiej” często dominowała radość z tego jak jest. To ciągle nie było „to”. Wiedziałam, że stać mnie na więcej, mogę wyglądać jeszcze lepiej, więc zupełnie nie rozumiałam o co chodzi tym ludziom z komentarzy pod zdjęciem. Do idealnej sylwetki z moich wyobrażeń było przecież nadal daleko.

Dziś już rozumiem te komentarze. Wykonałam kawał pracy nad swoimi przekonaniami w trakcie 2,5 letniej psychoterapii. W ciągu ostatniego roku diametralnie zmieniłam spojrzenie na swoją sylwetkę i zrozumiałam czego JA chcę od zdrowego stylu życia DLA SIEBIE. Nie „co powinnam”, „co fajnie by było”, a czego ja chcę, ja potrzebuję, co ja dla siebie wybieram.

Opowiem Wam dziś o przyczynach i skutkach tych zmian.

Sylwetkowa aktualizacja

Mogłabym pominąć ten fragment, ale stali czytelnicy i obserwatorzy pamiętają pewnie jak w kwietniu mówiłam o rozpoczęciu redukcji, a nie napisałam od tamtej pory, że zdążyłam ją zakończyć. Z powodzeniem.

Przy ostatnim jesienno-zimowym epizodzie depresji przypałętało się do mnie 5 dodatkowych kilogramów. Przytyłam przez połączenie dwóch czynników:

  • skrajne obniżenie aktywności – z poziomu regularnych treningów na siłowni, codziennych spacerów i wysokiej aktywności spontanicznej, do poziomu leżenia przez większość czasu
  • taki sam (lub większy) apetyt – miałam ochotę na tyle jedzenia, co zawsze (gdy miałam dużą aktywność) a jednym ze skutków ubocznych antydepresantów jest zwiększony apetyt

Przy bardzo małym wydatku energetycznym na ruch, a przy dużym apetycie nakręcanym lekami i przyzwyczajeniem do kaloryczności adekwatnej do wysokiej aktywności trudno było utrzymywać neutralny bilans kaloryczny. No i miałam to wówczas gdzieś, były poważniejsze problemy.

Celowo to podkreślam, żeby nie pozostawić złudzeń: leki na depresję nie tuczą. Ale łatwo można się utuczyć, gdy prawie ciągle leżysz, a jeść chcesz tak, jak wtedy, gdy mogłeś góry przenosić. Fakt, że przestaje Ci na sobie zależeć nie ułatwia sprawy.

Kilka miesięcy po powrocie do formy psychicznej zaczęłam pracę nad powrotem do formy fizycznej – poprawą kondycji, odzyskiwaniem siły i redukcji do mojej optymalnej wagi. Po 3 miesiącach nie ma śladu po dodatkowych kilogramach. Ważę 68-70 kilogramów przy 172 centymetrach wzrostu i obecnie się nie odchudzam.

Zrezygnowałam z dążenia do „fit” sylwetki

Lipiec 2019, Amsterdam

Jestem zadowolona z tego jak wyglądam, podobam się sobie. Nie czuję potrzeby wyglądania szczuplej/bardziej fit/jakkolwiek inaczej.

Na pewno w nie jednej głowie czytającej ten wpis pojawiła się myśl „phi, łatwo mówić – przecież jest szczupła”.

W uszach dźwięczy mi fragment piosenki Nosowskiej, gdy śpiewała „Za gruba dla chudych, a dla chudych za gruba”, bo faktycznie – dla większości jestem szczupła. W świecie prawdziwych ludzi ;). Jednak w świecie internetowych nadludzi oczekuje się więcej. Szczególnie od dietetyków czy trenerów.

Tak, jakby poziom kwalifikacji był odwrotnie proporcjonalny do poziomu tkanki tłuszczowej.

Czasami czytam o sobie, że jestem „ulana”, „zaniedbana”, „gruba”, „leniwa”, „idę na łatwiznę” i podobne rzeczy, którymi JUŻ się nie przejmuję. Dokładnie tak, jak nie przejęłabym się, gdyby ktoś mówił o mnie „głupia”, „niekompetentna”, „niemerytoryczna”.

Skoro znam swoją wartość w kontekście intelektualnym i nie potrzebuję do jej potwierdzenia pozytywnej opinii przypadkowych osób, to dlaczego miałabym oddać INNYM prawo głosu w kwestii tego, jak mam wyglądać?

Są lepsze i gorsze dni

Tak, jak zdarza mi się zachwycić kebabem, tak nadal zdarza się załamać nad domniemanym przeokropnym cellulitem i tą małą spyrą, która w trakcie PMS-u urasta do ogromnego problemu. Czasami coś mi odpala i planuję kolejny atak szczytowy, który tym razem NAPRAWDĘ ma mnie doprowadzić do kaloryfera na brzuchu i gładkich ud.

A później idę po rozum do głowy i przypominam sobie, że sam fakt, iż pewne rzeczy (przefit sylwetka) są ważne dla kogoś innego nie sprawia, że muszą być ważne dla mnie.

Łatwiej o takie wnioski, gdy myślę trzeźwo, a nie będąc pijana hormonalnym koktajlem towarzyszącym prawie każdej kobiecie przez kilka dni w miesiącu ;).

Zrezygnowałam z dążenia do spektakularnej sylwetki

Świadomie podjęłam decyzję o zaprzestaniu dalszej redukcji czy rekompozycji sylwetki. Mimo, że nadal bardzo podobają mi się fitsylwetki, to obecnie nie jestem skłonna zapłacić tak wysokiej ceny za trwały efekt wizualny. Daję sobie prawo do zmiany zdania, bo kto wie – może moje priorytety się zmienią.

Podporządkowanie planu treningowego i diety pod kątem sylwetkowym jest wykonalne. Ba! Nie musi być nawet strasznie nieprzyjemne – nadal można jeść pysznie, nadal można robić odstępstwa od dietowego reżimu. Jednak niektórych rzeczy nie przeskoczymy. Chcąc osiągnąć maksimum sylwetkowych możliwości należy podporządkować celom estetycznym treningi i dietę:

  • opierać plan treningowy na optymalnych ćwiczeniach, a nie na ulubionych – obecnie mój plan treningowy sprowadza się do: rób to, co lubisz i rób to regularnie, a będzie dobrze 😉 zero presji – chodzę na grupowe treningi kettlebells, praktykuję jogę, czasami idę na basen, czasami na spacer – co mi w duszy gra. Jestem aktywna, bo chcę mieć dobrą kondycję, być sprawna, relaksować się po ciężkim dniu w pracy, inwestuję w ten sposób w swoje zdrowie dziś i w przyszłości, buduję siłę. To daje mi wolność wyboru aktywności, którą bardzo sobie cenię – w mojej codzienności muszę ogarniać naprawdę dużo różnych, trudnych rzeczy a treningi mają być dla mnie przede wszystkim przyjemne i satysfakcjonujące.
  • trenować częściej i dłużej – poświęcać aktywności więcej czasu, niż teraz = zrezygnować z czegoś innego (a czas jest u mnie towarem mocno deficytowym, obecnie maksymalnie skupiam się na rozwoju firmy i dbaniu o nowo wypracowaną równowagę psychiczną)
  • jeść mniej – to dla mnie potężne wyrzeczenie, bo bardzo cenię sobie aktualną możliwość nieliczenia kalorii, korzystania z uroków rodzinnych spotkań czy poznawania nowych krajów przez smaki. Uwielbiam jeść zdrowo, ale lubię też jeść do syta. Redukcja z poziomu prawidłowej masy ciała po prostu nie pozwala na jedzenie „dużo” – gdy ważysz mało, masz niższe zapotrzebowanie energetyczne. Po zakończeniu redukcji utrzymanie wagi również byłoby trudniejsze (bo ważysz jeszcze mniej, więc wydatkujesz jeszcze mniej energii niż dotychczas). Nie bez znaczenia jest też pewnie fakt, że nigdy nie byłam dziewczyną, która na randce zamawia sałatkę, zjada dwa liście i mówi orajuuuusiuuuu, ale się nażarłam ;). Zawsze lubiłam dobrze i dużo zjeść, i nic się w tej kwestii nie zmieniło tylko dlatego, że obroniłam tytuł mgr dietetyki.

W tym momencie straty (czas, mniejsza pula kalorii do zjedzenia, treningowy reżim) są dla mnie totalnie nie warte zysków (niższy procent tkanki tłuszczowej).

Nie wiem czy tak już zostanie, czy kiedyś stwierdzę, że mam ochotę bardziej zaangażować się w dopieszczenie estetyki sylwetki. Ale mam nadzieję, że już zawsze pozostanie ze mną przekonanie, że to jak wyglądam nie świadczy o mojej wartości i jest wyłącznie moją sprawą.

I że sama mam prawo decydować o tym czy już mogę się sobie podobać!

Podjęcie świadomej decyzji o zaprzestaniu pracy nad estetycznymi walorami sylwetki jest niesamowicie wyzwalające. W praktyce nie zmienia się nic: jem tak samo i trenuję tak samo, jak do tej pory.

Ale powiedzenie sobie szczerze, że temat pracy nad sylwetką jest obecnie zamknięty daje niesamowity luz i więcej radości na co dzień. Nie ciąży nade mną widmo dysonansu pomiędzy tym jak jest, a jak chciałabym żeby było.

Z tego poziomu znacznie łatwiej czuć się z siebie zadowolonym.

Moja dieta i treningi

Dieta 80% zdrowo 20% zachciankowo

Szacując na oko minimum 80% moich wyborów żywieniowych to zdrowe opcje. Jem mnóstwo warzyw, owoców, orzechów, nasion, pestek, ryb, nabiału, używam porządnych olejów, dbam o to, by dieta dostarczała wystarczająco dużo białka. Moja codzienna dieta jest urozmaicona. Nie liczę kalorii, jem intuicyjnie w ilościach pozwalających na uzyskanie sytości (ale nie przeżarcia). Jest mi z tym zdrowym jedzeniem bardzo dobrze, potrafię przyrządzać smaczne dania, nie czuję żalu i tęsknoty za czasami, gdy dwa razy dziennie jadłam białą bułę z serkiem Almette, jakiś przypadkowy obiad i słodycze/słone przekąski.

Jednak nadal w moim życiu jest miejsce na produkty, które nie mają żadnych wartości dla mojej sylwetki, kondycji czy zdrowia, ale mają wartość dla mojego komfortu psychicznego. A on też jest dla mnie cenny!

Na spotkaniu ze znajomymi zamawiamy pizzę, kiełbaski grilluję na równi z cukiniami, na randce z mężem zjem pizzę (a nawet poleję ją pikantną oliwą i popiję winem), czekolada mi nie śmierdzi, a czipsiki nie odpychają.

Tak – smakuje mi kebab. Czasami go nawet zjem. Możecie chcieć mnie za to spalić na stosie, ale dziękuję nie trzeba. Wystarczy, że raz na pół roku sama płonę po ostrym sosie.

Tak – na weselu napiję się wódki i zjem dewolaja. Zlinczujcie mnie za to. Ja wolę wznieść toast za zdrowie pary młodej.

Tak – jem ciasto z białą mąką, białym cukrem, białą śmiercią. Babcia piekąc mój ulubiony drożdżowiec zawsze dodaje magiczny składnik: miłość. Znajdę na nią miejsce w każdej diecie.

Jednocześnie mam bardzo dobre relacje z jedzeniem. To ja decyduję kiedy i co chcę zjeść. Nie mam wyrzutów sumienia, bo świadomie dokonuję żywieniowych wyborów – mam też opracowane patenty, by na bieżąco redukować ich negatywne konsekwencje. Żadna tam wiedza tajemna: chce więcej zjeść = niech zachce mi się więcej ruszać ;).

Nie jestem idealna. I mam z tym luz.

Dawniej uwierała mnie czyjaś spina w stosunku do moich wyborów. Dziś już wiem, że moja opinia nie musi być powszechnie uznawana za słuszną, by była słuszna dla mnie.

Branie cudzych wartości za własne, to nic innego, jak oddawanie życia we władanie innym ludziom. Tymczasem odpowiedzialność za wszystkie decyzje i tak ponosimy sami.

Nie ma do kogo złożyć reklamacji, jak okaże się, że INNI jednak się mylili.

Presja bycia fit jest bardzo silna. Ale to ja decyduję czy chcę się pod nią ugiąć.

Co daje mi zdrowy styl życia na własnych zasadach?

  • jestem zdrowa* – wiem, bo badam się aż nadto regularnie – generalny przegląd raz na pół roku i podstawowy przesiew co pół roku. Jeśli okaże się, że moje trójglicerydy podskoczą z wrażenia nad zjadanymi przeze mnie codziennie dwoma jajkami – zredukuję ich ilość. Jeśli nie, pozostanę wierna wnioskowi, że dbając o ogromne ilości błonnika i wysoką podaż kwasów omega 3 w diecie i ograniczając pozostałe źródła cholesterolu egzogennego (np. czerwone mięso) robię dla swojego lipidogramu wystarczająco dużo
  • jestem silna, sprawna, mam dobrą kondycję – pogoń za tramwajem mi nie straszna, spontaniczna wspinaczka na wysoką górę też nie, podobnie jak przekopywanie ogródka 3 dni z rzędu (nawet odcisków się nie boję – i tak mam je w pakiecie z kettlami). Moje ciało w niczym mnie nie ogranicza
  • podobam się sobie i swojemu mężowi – Lista osób, którym chcę się podobać zaczyna się i kończy w jednym punkcie. Na mnie. Gościnnie zapraszam na nią męża. Nie widzę powodu, by fakt niepodobania się części internautów miał sprawić, że zacznę ufać im bardziej niż sobie czy facetowi z którym sypiam.
  • mam duży komfort psychiczny – zdjęłam z siebie presję dążenia do bardziej fit sylwetki, która powodowała lekki, ale jednak permanentny stres i niezadowolenie, potęgowała poczucie bycia niewystarczająco dobrej i kierowała większość mojej uwagi na niedostatki. Teraz widzę na co już zapracowałam, widzę, że jest się z czego cieszyć, a to co widzę bardzo mi się podoba :). Możliwość wykonywania ulubionych treningów, brak presji z nieustannym pilnowaniem kaloryczności diety bardzo mi się podobają.

*w obszarach, które zależą ode mnie – nie wszystkie choroby pałętają się wokół nas na własne życzenie. Kilka zaliczyłam, z niektórymi walczę nadal, ale żadnej nie jest winny prowadzony przeze mnie styl życia – wręcz przeciwnie, pięknie łagodzę objawy PCOS, cofnęłam insulinooporność (tak – to możliwe, nawet jeśli była na tyle zaawansowana, że konieczne było leczenie metforminą).

To nie jest pójście na łatwiznę. To zdrowy rozsądek.

Zastanówmy się. Co może dać zdrowy styl życia? Główne korzyści, to:

  • lepsze zdrowie (dziś i w przyszłości)
  • lepszą kondycję/sprawność/siłę
  • lepszy wygląd
  • lepsze samopoczucie

Już teraz mam:

  • zdrowie i zadatki na utrzymanie go w przyszłości
  • kondycję/sprawność/siłę
  • wygląd, który mnie cieszy, podobam się sobie
  • dobre samopoczucie – mam dużo energii, łatwość koncentracji, lubię to co jem, a moje treningi dają dużo satysfakcji

Skoro naprawdę nie potrzebuję więcej, to dlaczego miałabym poświęcać znacznie więcej? W imię czego miałabym zabrać czas i zasoby innym sferom mojego życia?

Na pewno nie w imię trendów, mody czy poklasku na insta.

Nie musi być idealnie, by było wystarczająco dobrze

Często to powtarzam, ale ostatnio to zdanie wraca do mnie z nową mocą. Naprawdę nie musi być idealnie, by mi było z czymś wystarczająco dobrze. A że według innych moje „wystarczająco”, to „za mało”?

Trudno. Wystarczająco ciężko jest poznać i spełnić własne oczekiwania, a co dopiero próbować zadowolić innych, którzy mają na nas przeróżne pomysły.

Ale wróćmy do tego wystarczająco dobrze. Podam Wam przykład.

Męża kocham nad życie, a wiecie jakie podłe rzeczy czasami jestem w stanie mu powiedzieć? Takie, że żałuję sekundę po tym, jak te wstrętności przekroczyły granicę zaciśniętych zębów i postanowiły zasiać ferment. Po co? No po nic mądrego: żeby się wyżyć, żebym nie tylko ja czuła się źle? W celu obrony własnego ego? Nie wiem, na pewno po nic, co byłoby warte zranienia najważniejszej osoby w moim życiu. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy to on palnie (albo zrobi) swoje głupstwo.

Czy za każdym razem obiecujemy sobie poprawę i mamy wielką nadzieję, że się nie powtórzy? Tak.

Czy wychodzi. Tak.

Aż do następnego razu.

Brzydkie to, niefajne, zupełnie bezsensowne i niesprawiedliwe. Ale czy to czyni nasz związek nieudanym, nieszczęśliwym? Nie. Bo to tylko wycinek układanki – ma na nią wpływ, ale nie determinuje całokształtu. A my jesteśmy tylko ludźmi i robienie głupstw jest wpisane na sam szczyt listy naszych kompetencji.

FIT na miarę potrzeb

W dorosłym życiu mamy wiele różnych rzeczy, o które wypadałoby zadbać. Dajmy na to:

  • samorozwój, duchowość
  • relacje z partnerem/partnerką
  • relacje rodzinne
  • znajomi i przyjaciele
  • rozwój zawodowy
  • dbanie o dom
  • nauka języków, zdobywanie nowych kompetencji
  • hobby
  • odpoczynek (zarówno dłuższe urlopy, jak i chwila wytchnienia w ciągu dnia)
  • zdrowie – nie tylko jego dietozależne aspekty, dajmy na to szukanie specjalistów i metod leczenia chorób może zajmować mnóstwo czasu
  • wygląd (sylwetka, dbanie o urodę, moda)
  • sen (!) – jeśli coś zajmuje nam prawie 1/3 życia (a przynajmniej tyle powinno), nie można tego pominąć w naszym zestawieniu

I zachodzę w głowę, jak to jest, że akurat w tym jednym malutkim elemencie jakim jest „bycie fit” zaczęliśmy aż tak świrować. Przecież:

  • zaczynając naukę włoskiego stawiamy za cel raczej możliwość podziękowania kucharzowi za wybitną pizzę, niż możliwość zrobienia Silivio Berlusconiemu wykładu na temat moralności i równouprawnienia
  • interesując się modą nie musimy posiadać każdej jednej rzeczy, która nam się podoba, by dobrze wyglądać
  • że fajnie by było mieć 6 miesięcy i pół roku urlopu, ale dobre i 10 dni jednym ciągiem

W innych sferach życia zazwyczaj wiemy, że wcale nie trzeba iść na całość, by było wystarczająco dobrze DLA NAS. Wiemy też, że jeśli w jednej sferze chcemy osiągnąć coś spektakularnego, to z czegoś innego będziemy musieli zrezygnować. Na przykład: stawiając za życiowy cel zbudowanie ogromnego przedsiębiorstwa dominującego rynek, liczymy się z tym, że przez ileś lat (może naście, może dzieścia) inne sfery życia na tym ucierpią.

Jeśli chcesz być w jakiejś sferze wybitny, w innych będziesz przeciętny.

A jak pojawia się pomysł rozpoczęcia fit życia, to do wielu z nas przykleja się wyobrażenie o sylwetce rodem ze sceny bikini fitness. O sylwetce, która jest możliwa do osiągnięcia, jednak rzadko wtedy, gdy oprócz obowiązków w kuchni i na siłowni masz inną pracę, może inne hobby, potrzeby fizjologiczne (sen, regeneracja), rodzinę, przyjaciół, związek, dzieci.

W dążeniu do ultrawysportowanej sylwetki o niskim poziomie tkanki tłuszczowej nie ma nic złego. Jeśli naprawdę tego chcesz i jesteś gotowy podporządkować temu swoją codzienność (zrezygnować z czegoś innego na rzecz pracy nad sylwetką), to super! Ale jeśli robisz to tylko dlatego, że czujesz na sobie presję bycia fit, a cały proces strasznie cię męczy i odbiera radość ze zdrowego stylu życia, to zastanów się czy na pewno warto.

Czas najwyższy na jakąś dobrą wiadomość. Upewnij się, że siedzisz stabilnie, bo istnieje ryzyko, że spadniesz z krzesła. Mam dla Ciebie totalnego newsa:

Sam możesz wybrać, co jest dla Ciebie dobre.

Zastanów się: czego oczekujesz od zdrowego stylu życia? Co ma Ci dać?

Wszyscy mamy prawo do decydowania o swoim wyglądzie – tę postawę miał wspierać ruch ciałopozytywności, który w polskim internecie realizowany jest nieco nieudolnie.

Otyłości nie powinno rozpatrywać się wyłącznie w kwestiach estetycznych. Otyłość ZAWSZE jest związana ze zwiększonym ryzykiem chorób. Owszem – osoby otyłe zasługują na miłość i szacunek. Jednak nie można pomijać niepodważalnego faktu, jakim jest zwiększone ryzyko chorób cywilizacyjnych i skrócenie długości życia wskutek otyłości. Szerzej pisałam o tym w artykule już cztery lata temu: Czy można być szczęśliwą będąc otyłą? Podejmując decyzję o tym, jak wyglądasz, weź pod uwagę konsekwencje, które przyjdzie Ci za to ponieść. Tak, jak w przypadku otyłości będą to problemy ze zdrowiem, tak w przypadku dążenia do spektakularnej sylwetki będzie to konieczność rezygnacji z innych rzeczy w życiu.

Zastanów się: czego tak naprawdę chcesz dla siebie? Gdyby odsunąć na bok normy społeczne i zerknąć w zdecydowanie zbyt rzadko odwiedzane miejsce, w którym są schowane nasze szczere potrzeby i tęsknoty: co by to było? Na czym tak naprawdę Ci zależy i jaką cenę jesteś gotowy za to zapłacić? Jak będzie brzmiał ciąg dalszy odpowiedzi, która zamiast od „muszę” rozpocznie się od „chcę”?

Możesz osiągnąć wszystko. Pod warunkiem, że możesz dać z siebie wszystko.

kettlebells dr lifestyle

Życzyłabym sobie, żeby to wszystko było tak łatwe, jak przybieranie na wadze. Ale nie jest, cholera nie jest. A my nie jesteśmy nadludźmi – dysponujemy skończoną ilością czasu i ograniczoną ilością zasobów. Możemy próbować to obejść nie wysypiając się, uciekając w używki, totalnie nadwyrężać swoje możliwości… ale musimy pamiętać, że do nas wróci.

Można powiedzieć, że jak bumerang, ale obawiam się jednak, że raczej jak taran. Jak lodołamacz. To nie tylko do nas wróci, to w nas wjedzie jak dzik w kartofle.

Właśnie dlatego zachęcam Cię do zweryfikowania swoich oczekiwań względem zdrowego stylu życia. Masz pełne prawo sam podjąć decyzję o tym, co jest dla Ciebie ważne. Z kim jest tutaj coś nie tak? Z Tobą, który postanowi świadomie wybrać swoją drogę czy z tymi, którym wydaje się, że mają prawo oczekiwać od Ciebie jakiejkolwiek innej?

Prowadzenie zdrowego stylu życia nawet bez presji dążenia do jedynego słusznego wyglądu sylwetki jest trudne. Nadal wymaga czasu, nadal wymaga poświęceń, a często też nauki – jest ogromne grono osób, dla których zdrowe i smaczne gotowanie to czarna magia.

Idealny styl życia dla nielicznych vs. realny dla większości

Napisałam ten artykuł z okazji szóstych urodzin mojego bloga. I dedykuję go przede wszystkim sobie. Żebym sama pamiętała o wszystkich tych argumentach, gdy zwątpię w swoje podejście. Żebym odważnie promowała zdrow(sz)y styl życia, który choć nie jest idealny, może przynieść niesamowite korzyści.

Wierzę, że szczere, niczym nieskrępowane pokazywanie, że dieta nie musi być idealna, może być dla kogoś inspirujące. Że w „fit świecie” jest miejsce również dla ludzi, którzy nie chcą dążyć do spektakularnej sylwetki, ale jednocześnie chcą o siebie dbać, chcą czuć się dobrze w swoim ciele i realizować założenia zdrowego stylu życia na własnych zasadach.

Gdybyśmy wszyscy zastosowali się do uproszczonych zasad zdrowego stylu życia (nawet z zachowaniem miejsca na pewne niezdrowe nawyki), problem epidemii otyłości zostałby rozwiązany w ciągu jednego pokolenia.

Mam nadzieję, że udało mi się nie wpaść w ton „moje podejście jest najlepsze na świecie, a każdy kto myśli inaczej jest głupi”. Nadal podziwiam atletyczne sylwetki – podobają mi się wizualnie i imponują wytrwałością, która pozwoliła zapracować na tak imponujące efekty.

Jednocześnie stawiam wyraźną granicę pomiędzy „podoba mi się” a „bez tego nie będę szczęśliwa”. Dokładnie tak, jak zachwycam się torebkami Chanel, a na co dzień jestem zadowoloną użytkowniczką Dzikiego Józefa i Sabriny Pilewicz z OLXa. Podoba mi się Porsche Panamera, ale nie jest mi przykro docierać do celu Volkswagenem Touranem rocznik 2005. Lubię swoje nogi w szpilkach, ale w trampkach też mi się podobają.

I nie ma to nic wspólnego z godzeniem się na bylejakość – po prostu bilans strat i zysków pokazuje, że praca nad fit sylwetką więcej by mi zabrała, niż dała. Dlatego bez żalu z niej rezygnuję. Ale nie rezygnuję z dbania o siebie, swoje zdrowie i kondycję! Odpuszczam jedynie dokręcanie śruby w imię dodatkowych korzyści estetycznych. Reszta pozostaje bez zmian – nie odpuszczam aktywności, nie odpuszczam diety, nie odpuszczam zdrowych nawyków. Po prostu nie potrzebuję być już szczuplejsza.

Z kolei gdy przybrałam na wadze te ostatnie 5 kilogramów, stwierdziłam, że warto poświęcić trochę więcej czasu i uwagi, żeby wrócić do mojej optymalnej sylwetki. Bez presji, bez parcia na szybki wynik, bez stresu. Z miejscem na wszystko, co lubię.

I takiego odchudzania chcę uczyć innych :).

Potrzebujesz diety wspierającej w realizacji celów?

Psssst… Jeśli po lekturze artykułu stwierdziłeś, że to dobry moment by zacząć pracę nad zmianą nawyków, poprawić swoje odżywianie a może też sylwetkę – rzuć okiem na moje diety z marketów. Spełniają wszystkie założenia opisywane w artykule i mogą wesprzeć Cię w dążeniu do TWOICH celów:

Wszystkie zakupy zrobisz w jednym sklepie (dostajesz też listę zakupów). Gratis to wideoporadnik, w którym ja i Marta Hennig tłumaczymy jak radzić sobie ze zmianą stylu życia na zdrowszy (i jak ułatwić sobie korzystanie z diet).

Jadłospis powinien być traktowany jako narzędzie, które pokazuje Ci jak komponować posiłki, żeby zachować sytość, jakie produkty warto jeść, jakie sprytne rozwiązania stosować w kuchni, żeby nie poświęcać na zdrowe odżywianie szalonych ilości czasu. Dietowanie nie powinno być traktowane jako sposób na życie, ale na wielu etapach odchudzania może bardzo pomóc.