Każda odchudzająca się kobieta, którą znam (a są ich tysiące) przynajmniej raz w życiu zjadła coś, czego na poziomie logicznym wolałaby nie zjeść. Mimo, że wiedziała, że to zaszkodzi odchudzaniu, to chęć zaspokojenia chwilowej zachcianki była silniejsza.

To najczęstsza przyczyna braku progresu w odchudzaniu. Bezpośrednim rozwalaczem odchudzania nie są:

  • brak motywacji
  • stres, napięcie
  • picie zbyt małej ilości płynów
  • “jedzenie za mało”
  • za mało snu
  • niedopracowany plan treningowy

Bezpośrednią przyczyną tycia jest zjadanie więcej kalorii, niż spalasz.

Okoliczności i stan zdrowia mogą mieć na to pośredni wpływ. Np.

  • jesz zbyt mało kalorii, więc ograniczasz aktywność spontaniczną, dajesz z siebie mniej na treningach – masz niższą aktywność niż ta, którą zakładałaś przy planowaniu diety, więc deficyt nie jest tak duży, jak zakładałaś – albo zbyt niska kaloryczność diety na co dzień sprawia, że zdarzają Ci się dni z przejadaniem (nic dziwnego)
  • niewyrównana lekami niedoczynność tarczycy obniża Podstawową Przemianę Materii o około 10-15%, czego nie uwzględnia kalkulator do liczenia kalorii czy nawet zegarek monitorujący aktywność – masz “teoretyczny” deficyt, ale w praktyce spalasz mniej kalorii, niż sugerują obliczenia
  • mało śpisz -> więcej czasu spędzasz na nogach -> jesteś przemęczona -> masz większą skłonność do jedzenia większych porcji/przejadania się a i samych aktywnych godzin w ciągu dnia jest więcej – nic dziwnego, że bywasz głodna (jeśli niedosypianie pojawia się notorycznie może prowadzić do zmian hormonalnych, które nieco utrudniają spalanie tkanki tłuszczowej, ale nie są to na tyle istotne zmiany, by można było zrzucać na to winę za tycie – ale na to że mniej śpisz=więcej jesz już zdecydowanie tak )
  • nie pijesz wystarczająco dużo płynów – mylisz pragnienie z głodem, częściej podjadasz
  • źle zbilansowana dieta może sprawić, że nawet przy subtelnym deficycie kalorycznym czujesz się głodna – brakuje błonnika, białka, posiłki mają małą objętość, co doprowadza do podjadania albo do dni pt. “mam to w dupie, zjem wszystko, co można zjeść”, gdzie z łatwością możesz wyzerować deficyt kaloryczny, na który pracowałaś cały tydzień (jeśli podejrzewasz, że mało sycąca dieta może być Twoją przeszkodą w odchudzaniu, rzuć okiem na mój Jadłospis z Biedry i Dietę Lidlową

Możemy zastanawiać się jeszcze m.in. nad adaptacjami metabolicznymi, rozkładem makroskładników, suplementacją. Mnóstwo rzeczy może ułatwiać lub utrudniać odchudzanie. Jednak jeśli chcesz zrobić prawdziwy progres w odchudzaniu, nie możesz zrzucać winy za niepowodzenia na okoliczności zewnętrzne.

To znaczy możesz.

Ale od tego się nie schudnie.

W ten sposób jedynie utrwalisz przekonanie, że jesteś beznadziejnym przypadkiem, na który nic nie działa.

Szkoda Twojego czasu

Zanim zaczniesz szukać przyczyny braku postępów w niuansach, kupować (nieskuteczne) spalacze tkanki tłuszczowej, wydawać setki złotych na bezpodstawnie szczegółowe badania stanu zdrowia, sprawdź podstawy: czy na pewno nie zdarza Ci się zjadać więcej, niż potrzebujesz?

Skieruj energię w najbardziej opłacalne działania

1

Poznaj największą przeszkodę

Czym najczęściej się przejadasz? Co jesz nawet wtedy, gdy nie jesteś głodna? W jakich okolicznościach najczęściej zjadasz znacznie więcej, niż planowałaś?

Czym przejadałaś się w ciągu ostatnich 4 tygodni? Sprecyzuj to!

2

Wypunktuj konsekwencje

Jak się czujesz po niekontrolowanym przejadaniu? Przyznaj wprost – o ile dni wydłuży się Twoje odchudzanie przez pójście za zachcianką?

Wypunktuj bardzo konkretnie wszystkie konsekwencje w podręcznym notesie/na telefonie.

3

Nie udawaj, że nie mają znaczenia

Gdy okoliczności będą pchać Cię w ramiona tego szkodliwego nawyku, będziesz miała ochotę rzucić to wszystko w kąt – wróć do swojej notatki.

Przeczytaj ją. Najlepiej na głos, przed lustrem. Równie skuteczne, co dziwaczne.

Skup się na tym, co najczęściej doprowadza Cię do nadwyżki kalorycznej

Przypomnij sobie wszystkie te sytuacje, w których dochodziłaś do wniosku, że w sumie dwójkę robił na to pies, teraz chcę TO jeść.

Nie mówię tutaj o niskim kalibrze typu “teściowa upiekła tak pyszne ciasto, że zjadłam dwa kawałki”. Mówimy o przejedzeniu wyższej rangi. Tym, które prowadzi do bólu brzucha z kacem moralnym w pakiecie.

Jeśli nie wiesz o czym piszę, to cudnie, masz wielkiego farta!

A jeśli wiesz aż za dobrze, to, no cóż – nie jesteś z tym sama. To problem bardzo wielu odchudzających się kobiet.

Wytypuj najczęściej zjadane (przejadane) produkty i towarzyszące im okoliczności. Wszystkie te rzeczy, które postanawiasz świadomie zjeść w nadmiarze mimo że teoretycznie wiesz, że to szkodzi Twoim celom.

W tym momencie to może nie mieć dla Ciebie znaczenia, ale ma ogromne znaczenie dla Twojego odchudzania.

I właśnie dlatego chcę, żebyś miała przy sobie notatkę sporządzoną przy użyciu trzeźwego umysłu. To pomoże Ci podjąć świadomą decyzję, gdy będzie Ci się wydawało, że “teraz to nie ma dla Ciebie znaczenia, wolisz to wszystko zjeść tu i teraz i już”.

To może nie mieć znaczenia dla Ciebie w danym momencie, ale ma ogromne znaczenie dla Twojego odchudzania.

Czym wolisz się kierować przy podejmowaniu decyzji?

Jeśli zależy Ci na Twoim celu, nie możesz notorycznie go sabotować! Różne wpadki rozejdą się po kościach i fałdkach, ale przeginanie kilka razy w miesiącu dniami na kilka tysięcy kalorii może całkowicie wyzerować deficyt energetyczny wypracowany w tygodniu.

Spróbuj stawić temu czoła. Doprecyzuj najczęstszą przeszkodę w odchudzaniu. Dobitnie wypunktuj jej wszystkie konsekwencje. A gdy pojawi się kolejny pomysł, żeby pójść na łatwiznę, zamiast pokonać przeszkodę – przeczytaj to, co napisałaś. Najlepiej na głos, może nawet przed lustrem. A później odpowiedz sobie na pytanie: czy chcesz zapłacić taką cenę za zaspokojenie chwilowej zachcianki?

Uciekanie przed konsekwencjami nie sprawia, że konsekwencji nie będzie.

Spróbuj. Pewnie nie za każdym razem się uda. To nie są proste rzeczy i nie trzeba z tego powodu drzeć szat. Ale próbować trzeba! Choćby z szacunku do całej pozostałej pracy wkładanej w odchudzanie. To jedyna droga do zobaczenia jej namacalnych efektów.

Zostaw komentarz

  1. Sunny

    Czy to oznacza, że jeśli jest się zdrowym i wyniki ma się w normie, to nie ma możliwości, żeby nie chudnąc, jeśli faktycznie jest się w deficycie kalorycznym, nawet niewielkim (ok.300 kcal)?

    1. Monika Ciesielska

      Im niższy deficyt kaloryczny, tym większe ryzyko błędu – np. przeszacowane aktywność (ruszasz się mniej, niż zaznaczyłas w kalkulatorze) i niedoszacowana ilość jedzenia (np. przez trudne do policzenia jedzenie poza domem).

      Najbardziej prawdopodobną przyczyną braku redukcji przy deficycie 300 kcal jest fakt, że ten deficyt może istnieć tylko na papierze, a w praktyce trzymasz się zera kalorycznego.

      1. Chica Mala

        Ja bym dorzuciła jeszcze to, że im mniejszy deficyt kaloryczny, tym mniejsza różnica w wadze, której można nie zauważyć z powodu naturalnych wahań wagi z uwagi chociażby na cykl miesięczny.

        1. Sunny

          Brzmi rozsądnie 🙂 Wygląda na to, że czas wdrożyć więcej aktywności fizycznej, bo jestem z deficytem już blisko PPM i nie chcę ryzykować jego przekroczenia. Dzięki dziewczyny 🙂

  2. olkaparasolka

    Zawsze jak o tym myślę, to nie mogę wyjść z szoku jakie to jest proste. A zazwyczaj wydaje się takie trudne ;). Ale wyprzedzanie działania rozumem jest bardzo satysfakcjonujące. Przed chwilą moją uwagę przykuła miseczka szczęścia u rodziców i pojawiła się myśl żeby coś skubnąć. Ale chwila, jadłam obiad, w lodowce czeka pyszna kolacja, nie potrzebuję teraz czekoladek, nie warto. I sukces. Za to kiedy świadomie decyduję że chcę coś zjeść, to nawet 2 pierniczki stają się mega pyszne i wystarczające (w opozycji do całej paczki, którą zjadałam kiedyś). Lubię siebie kiedy stosuję się do tego, czego uczysz :).

    1. Monika Ciesielska

      Dziękuję za zaufanie w takim razie! 🙂

      PS. U mnie na “jestem najedzona, ale coś bym zjadła” nieźle działają herbatki owocowe :). Zawaużyłam, że nie chodzi koniecznie o jedzenie, ale o przedłużenie aktu posiłku – tego elementu błogości, odpoczynku, spokoju.

  3. Anella Krawczyk

    Ten artykuł to coś o mnie. W ostatnich tygodniach coraz częściej zdarzają mi się takie dni, tragedia.
    Może takie proste rozwiązanie zadziała, zobaczymy. Moja lista “grzesznych produktów” jest bardzo długa 🙁

  4. Alexa

    Ja świadomie, robiąc w Poniedziałek zakupy, dla odmiany od innych tygodni, nie kupiłam słodkich napoi, ciastek ani czipsów, co było stałym elementem zakupów, i to w ilościach większych niż potrzeba zwyczajniej przekąski. Mam wrażenie, że to mały sukces w moich działaniach.