Jesteś początkujący? Ciesz się!

odchudzanie początki

Przeszło Ci kiedyś przez myśl, że masz coś, czego zazdrości Ci każdy zawodowy sportowiec? Ba! Nawet biegacz amator – pasjonata, który ma za sobą kilka półmaratonów byłby gotów wiele poświęcić, by móc doświadczyć tego, czego Ty doświadczasz. By móc skorzystać z możliwości, którą Ty masz.

Wiesz, jesteś w posiadaniu czegoś bardzo cennego. Prawdopodobnie nie zdajesz sobie sprawy z istnienia tej rzeczy. Skoro nie wiesz czym dysponujesz, nie wiesz, co tracisz, nie korzystając z tego (niemalże nieodnawialnego) zasobu. Uczucie dumy, satysfakcji, spełniania, zadowolenia z siebie (czasem nawet euforii).

Pozwólcie, że najpierw coś Wam opowiem.

Czy zawsze lubiłam sport?

Nie. Wstyd przyznać, ale unikałam go jak ognia. Byłam niezdarą. Zamiast grać w piłkę na boisku, wolałam czytać książki. Gry zespołowe mnie krępowały – czułam się niepewnie, odstając od grupy. Im dłużej ich unikałam, tym bardziej pogłębiały się problemy – błędne koło się toczyło. Gdy złamałam nogę, cieszyłam się na zwolnienie z w-fu. Nie lubiłam tych zajęć – czułam, że niezależnie od tego, jak bardzo będę się starać i tak ciągle będzie za wolno, za blisko, za nisko, za jakoś. Te uczucia towarzyszyły mi mimo sympatycznych i życzliwych nauczycieli – miałam szczęście do wuefistów na każdym etapie edukacji.

W gimnazjum odkryłam, że nieźle biegam. Byłam zaskoczona wynikiem testu Coopera i postanowiłam trzymać się mojego konika. Zaliczyłam parę zawodów (głównie biegi przełajowe i długodystansowe), ale nigdy nie miałam w sobie na tyle samozaparcia, by regularnie trenować i pielęgnować nowo odkryte predyspozycje.

Przyszły problemy zdrowotne i bieganie diabli wzięli. Nie tęskniłam.

Nigdy nie byłam szczypiorem – moja waga kręciła się gdzieś w okolicach górnej granicy normy. W końcu ją przekroczyła. Wspomniane problemy zdrowotne i spowodowany nimi brak aktywności fizycznej spowodowały, że zaczęłam tyć.

Postanowiłam zwalczyć nadwagę w genialny sposób! Byłam z siebie bardzo dumna, gdy przed osiemnastymi urodzinami udało mi się schudnąć 5 kilogramów w dwa tygodnie. Tak, Dukan ;). Później tak sobie tyłam, chudłam, tyłam, chudłam. Tyłam troszkę częściej. O diecie przypominałam sobie przed wakacjami i ważnymi wydarzeniami.

Im starsza się stawałam, tym bardziej interesowały mnie przyczyny moich problemów ze zdrowiem. Okazało się – o czym nie powiedział mi te 6 lat temu żaden lekarz – że nadwaga nie jest moim sprzymierzeńcem przy zespole policystycznych jajników. Rzecz jasna nikt nie wspomniał słowem, że moje ulubione ciastka, soki z kartonu, ogromne ilości bananów pochłaniane na jeden raz nie sprzyjają regulowaniu wydzielania insuliny przez trzustkę. Przy zagrożeniu insulinoopornością (w tamtym okresie wyniki badań plasowały mnie na granicy między zdrowiem, a IO) ma to spore znaczenie.

Moja świadomość rosła z każdym miesiącem, ale nowe fakty nie były same w sobie na tyle silnym bodźcem, bym zaczęła coś zmieniać. W sierpniu 2012 roku wyprowadziłam się z rodzinnego domu. Zamieszkałam z Łukaszem w Łodzi, na (nie)naszych pierwszych 27 metrach kwadratowych.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie doceniałam świetnie gotującego taty. Że nie doceniałam kogokolwiek, kto chciał ugotować cokolwiek – nie zdawałam sobie sprawy jaki to luksus ;). Na talerzu coraz częściej lądowały dania na telefon, zapiekanki, pierogi, zupki chińskie i podobne. Urozmaicenie diety? Tak, kanapkami.

Pierwsze pół roku samodzielnego życia sprawiło, że było mnie 13 kg więcej, niż w liceum (73 kg vs 60 kg).

Postanowiłam wziąć się w garść. Zainteresowałam się żywieniem, sportem i byłam zafascynowana tą dziedziną wiedzy. Ciąg dalszy tej historii już znacie – fascynacja zaowocowała podjęciem drugiego kierunku studiów (dietetyki). Niedługo po tej decyzji, dojrzałam do założenia bloga.

W zakładce Moje postępy, możecie zobaczyć comiesięczne raporty z pola walki. Na początku istnienia bloga każdego miesiąca pokazywałam efekty moich działań i opisywałam treningowo – żywieniowe zmagania.

Tym sposobem doszliśmy do moich początków z odchudzaniem na poważnie

To była istna sinusoida – perfekcyjne tygodnie, po których następowały tygodnie totalnej klęski. Od tamtego momentu bywały w moim życiu całe miesiące bez treningów. Nie brakowało mi motywacji, ani wiedzy – brakowało mi wierności własnym postanowieniom i konsekwencji.

Bo to własnie one, a nie – działająca krótkoterminowo – motywacja, są determinantą sukcesu. Nie tylko w odchudzaniu.

Rok temu o tej porze w moim życiu miało miejsce wiele zawirowań. Zbyt wiele jak na jedną osobę, a już zdecydowanie zbyt wiele w krótkim odcinku czasu. To był okres próby dla mojej silnej woli, która okazała się być wolą bardzo słabą. W jedzeniu znalazłam pocieszenie, a zobowiązania zajmujące 16 h dziennie, codziennie, stanowiły dla mnie wystarczającą wymówkę do rezygnacji z treningu. Przez pół roku miewałam fazy samokontroli, w których dbałam o zdrową dietę i maksymalnie często się ruszałam (swobodne truchty, grupowe zajęcia fitness). Przeważały fazy braku kontroli. Jak to się skończyło dla mojej figury?

grubas-animacja

Fatalnie. Ale przynajmniej okazało się, że dotychczasowa aktywność fizyczna nie poszła na marne. Choć ważyłam tyle, co przed schudnięciem, wyglądałam znacznie lepiej – jędrna, napięta skóra i przebijające się spod warstwy tłuszczowej otuliny mięśnie. O przyczynach tego stanu rzeczy i fatalnych efektach pisałam szczegółowo we wpisie, który nigdy nie powinien zostać opublikowany. Do dziś jest to najchętniej komentowany wpis na blogu, a ja wracam do niego w chwilach zwątpienia.

Od tamtego momentu minęło pół roku. Dietą i umiarkowanymi ćwiczeniami bardzo łatwo udało mi się schudnąć. Przeczytaj szczegółowy wpis, w którym opisuję jak udało mi się schudnąć 5 kilogramów (do około 67 kg).

Aktualnie ważę 70 kilogramów i jestem zachwycona tym, jak z każdym tygodniem zmienia się moje ciało. Nie dbam o cyferki, a efekty obserwuję każdego dnia w lustrze i raz w tygodniu podczas analizy składu ciała (dostałam od Łukasza super wagę z wiarygodnym analizatorem, opowiem Wam o niej innym razem).

 

Wyglądam coraz lepiej, ale najbardziej spektakularna zmiana zaszła w mojej głowie. Mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że

  • nie czuję się pokrzywdzona, odżywiając się zdrowo – nie odnoszę wrażenia, że coś mnie omija, że wolałabym inaczej; szczerze polubiłam ten sposób odżywiania
  • w zdrowej kuchni znalazłam ogromne pole do poznawania nowych smaków, testowania przepisów – moja kuchnia jest bardzo urozmaicona, kombinuję z przyprawami i ciekawymi dodatkami
  • wypracowałam logistyczne ułatwiacze odchudzania
  • pokochałam aktywność fizyczną – wcześniej (w ciągu ostatnich 2,5 roku) trening dawał mi satysfakcję, byłam z siebie dumna, ale nie postrzegałam aktywności fizycznej, jako ulubionej formy spędzania czasu. Poza nielicznymi treningami, postrzegałam sport jako środek do celu – nie cel sam w sobie. Nie przeszkadzało mi to szczególnie, ale też nie ułatwiało regularnych treningów
  • trening stał się dla mnie normą – postrzegam go, jako integralną część mojego tygodniowego harmonogramu
  • panuję nad zachciankami – teraz to do mnie należy decyzja czy zjem czekoladę, a nie do czekolady (czasami wystarczała sama jej obecność w pobliżu, bym się skusiła –  nie musiała bardzo się starać o moje względy 😉

Ostatnio zastanawiałam się skąd ta zmiana – przecież wiedzę teoretyczną miałam od dawna, odpowiednie nastawienie również, świadomość koniecznych do poniesienia poświęceń też. Okazało się, że największa metamorfoza mojej sylwetki, zaczęła się w głowie.

20160228-_MG_4831

Wcześniej nie dbałam o swój komfort psychiczny. Tryb robot: mode on. Zawsze powtarzałam sobie mała, dasz radę! Zaciśnij zęby, ogarniesz! Łapałam się każdej szansy na (pozorny) rozwój czy źródło dodatkowego dochodu, bo bałam się, że coś może mnie ominąć.

Okazało się, że tym, co omijało mnie najczęściej było po prostu życie.

Pół roku temu postanowiłam, że tak dłużej być nie może. Wprowadzałam różne techniki, o których możecie poczytać w tekście Jak poczuć się lepiej i stać się szczęśliwszym? . Jak widać, moje starania przyniosły świetne rezultaty – czuję się dobrze sama ze sobą, lubię swoje życie. Proces wdrażania zmian jest w toku, na mojej liście spraw do zamknięcia zostało jeszcze kilka podpunktów. Drugie półrocze 2016 będzie jeszcze lepsze!

cabo

Im lepiej czuję się z samą sobą, im bardziej podoba mi się moje normalne, codzienne życie, tym łatwiej mi robić dla siebie coś dobrego – ćwiczyć i zdrowo się odżywiać. Zwiększenie komfortu psychicznego okazało się być moją receptą na zdrowie fizyczne :). Uporządkowałam sobie wiele spraw, zrezygnowałam z licznych zobowiązań, nauczyłam się odpoczywać.

Muszę podkreślić, że teraz treningi napędzają mnie jeszcze bardziej, dzięki czemu czuję się jeszcze szczęśliwsza. Jestem pewna, że przy najbliższym kryzysie nie będę uciekać od treningów, a raczej będę uciekać od problemów na trening.

Wniosek? Chcesz zadbać o ciało? Zadbaj o ducha.

odchudzanie początki

Za oficjalny początek przełomu w podejściu do diety i sportu przyjmuję 1 kwietnia. Tego dnia zrobiłam sobie zdjęcia i wykonałam analizę składu ciała. Fotki będę powtarzać co miesiąc, a analizę składu ciała każdego tygodnia. Oficjalnego podsumowania metamorfozy spodziewajcie się po sześciu miesiącach – 1 października opublikuję efekty (jakie by nie były) wraz z kompletem zdjęć i pomiarów pośrednich.

Dlaczego warto być początkującym?

Jesteśmy już przy przy końcu wpisu, a Ty nadal nie dowiedziałeś się czym jest ta wyjątkowa rzecz, którą posiadasz, a której mogą Ci zazdrościć osoby zaawansowane, trenujące od dawna.

Masz możliwość szybkiego progresu.

Do napisania dzisiejszego tekstu zainspirował mnie mój wczorajszy biegowy wynik. Od dawna nie biegam na czas/dystans/rekord. Odinstalowałam Endomondo, a zegarek treningowy służy mi głównie do obserwowania aktualnego tętna (w celu optymalizacji spalania tkanki tłuszczowej i zapobiegania powysiłkowym bólom głowy) i motywowania Was.

Biegam w rytm muzyki, zależnie od humoru, od czasu jaki chcę przeznaczyć na trening, od pogody i wielu innych czynników, z których żaden nie ma nic wspólnego z presją wyniku. Ani w trakcie treningu, ani w oczekiwanych rezultatach. Biegam, żeby biegać.

Wczoraj byłam podekscytowana nowym strojem do biegania, więc postanowiłam wybrać się na delikatną, godzinną przebieżkę. Pech chciał, że odtwarzacz muzyki wylosował dla mnie piosenkę, przy której po prostu nie da się truchtać. Przyspieszyłam. Biegło się super! Wyobrażałam sobie, że zamiast szarych budynków otaczają mnie palmy, a ja biegnę wzdłuż Barcelonety. I nagle co na słuchawkach? Utwór najbardziej na świecie kojarzący mi się z naszym wyjazdem do Barcelony.

20150501-IMG_8505

Poczułam zadyszkę, co od dłuższego czasu mi się nie zdarzało. Spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że się zepsuł. W 8 minut z małym hakiem przebiegłam ponad 2 kilometry, a średnie tempo pokazywało mniej niż 4 minuty na kilometr. Całkiem logiczne, prawdopodobne wyniki. Tylko nieprawdopodobne, że ja tak szybko biegnę!

Zmieniłam plany, skręciłam w inną ulicę, by mieć mniej więcej 3 km drogi do domu (i niemalże brak świateł po drodze). Byłam ciekawa w jakim czasie jestem w stanie przebiec 5 kilometrów tempem, które nadal sprawia mi przyjemność (nie zamierzałam mieć tachykardii i odczuwać dyskomfortu przez cały wieczór).

początki odchudzanie

Przebiegłam. Zerknęłam na zegarek i nie wierzyłam. Z wrażenia zapozowałam z nim do góry nogami ;).

5 kilometrów w 18 minut i 42 sekundy. (Wynik może być zbyt optymistyczny przez błąd pomiaru dystansu, co zmienia faktu, że biegało się super :))

Nie ekscytują mnie te liczby – wynik, jak wynik. Ekscytuje mnie postęp.

Ten wpis powstał pod wpływem refleksji po zakończonym biegu. Przypomniałam sobie pierwsze nieśmiałe, biegowe kroki w Parku Źródliska. Minuta truchtu, 2 minuty marszu. Na początku dawałam radę mniej niż pół godziny. Zakwasy towarzyszyły mi przez dwa dni po takim treningu. Pierwszym celem (którego realizacja zajęła mi kilka miesięcy) było przetruchtanie 30 minut bez przerwy. Pamiętam, że przebiegłam około 4 kilometrów w pół godziny, ten życiowy rekord padł na bieżni w łodzkiej Sporterze. Później marzyłam o tym, by biec bez przerwy przez 60 minut. To zajęło pół roku, jak nic!

Pojawiły się plany związane z pierwszym startem w zawodach. Postanowiłam pobiec w biegu na 10 km, jeśli przebiegnę ten dystans w mniej niż godzinę. Nie udało się przez ponad rok.

Od moich pierwszych treningów minęły trzy lata, ale pamiętajcie, że nigdy nie były to treningi regularne, zaliczałam liczne bardzo długie przerwy. Aktualnie nie mam żadnego treningowego planu biegowego. Biegam tak, jak mi się chce. I może właśnie dlatego z każdym kolejnym treningiem chce mi się coraz bardziej.

Pamiętam jeden taki bieg, podczas którego udało mi się pokonać 5 km w 25 minut. Miałam wrażenie, że moje uda staną w płomieniach, serce wyskoczy przez gardło, a dodatkowo udławię się własnym potem. Rok od tego czasu ten sam dystans pokonuje w czasie znacznie krótszym.

To jest właśnie nasz przywilej – przywilej początkujących i amatorów. Zawodowcy muszą walczyć miesiącami o urwanie sekundy na długim dystansie. 4 lata przygotowują się do tego, by poprawić swój wynik o (dla nas nic nieznaczące) centymetry czy sekundy, by wypaść na olimpiadzie równie dobrze, co w zeszłej edycji. O mistrzostwie decydują ułamki jednostek.

A my? My możemy się cieszyć postępami z tygodnia na tydzień. Im bardziej jesteś początkujący, tym większy progres masz szansę zaliczyć w krótszym czasie. Nie pozbawiaj się szansy na odczuwanie ogromnej satysfakcji i dumy z samego siebie.

Podejmij decyzję, zacznij i po prostu obserwuj to, co się stanie.

Ciało szybko odwdzięczy się za Twoje postanowienie. Choć progres sylwetkowy zajmie nieco więcej czasu, niż treningowy – nie przejmuj się tym. Nie skupiaj się na swojej sylwetce. Niech postanowieniem będzie regularna aktywność fizyczna sama w sobie. Efekty przyjdą same! Szczególnie, jeśli do sportu dodasz pozostałe elementy proponowane przeze mnie w ramach Odchudzania Małymi Krokami.

Trzymam za Ciebie kciuki!