Żyj zdrowo i aktywnie z Anną Lewandowską – czy warto?

żyj zdrowo i aktywnie z anną lewandowską opinia

Anna Lewandowska wydała piękną książkę. Tylko czy poradnik o zdrowym stylu życia powinien być przede wszystkim piękny? Kupując „Żyj zdrowo i aktywnie z Anną Lewandowską” dostajemy niemal 300 stron inspiracji, motywacji, pięknych zdjęć i jakieś 100 stron treści. Szkoda tylko, że to w głównej mierze przedruk bloga.

Żyj zdrowo i aktywnie z Anną Lewandowską

Anna Lewandowska – sportowiec odnoszący międzynarodowe sukcesy, posiadaczka niepoprawnie długich nóg, umięśnionego brzucha. Miła, piękna, zadbana kobieta, aktywnie działająca na rzecz promocji sportu wśród dzieciaków – stale zachęcająca do ćwiczeń na zajęciach wychowania fizycznego i jednocześnie walcząca o poprawę ich jakości. Na jej nieszczęście, to również żona piłkarza, który (pech chciał!) jest milionerem, a z tytułu podpisanego kilka miesięcy temu kontraktu już niedługo stanie się multimilionerem. A i ona podpisuje coraz to bardziej wartościowe kontrakty, występuje w kampaniach społecznych, udziela wywiadów. No i cały czas nienagannie wygląda.

Tym samym staje się idealnym obiektem kultu hejterów, a wylewany na nią jad wydaje się być jeszcze bardziej satysfakcjonujący niż na kogokolwiek innego (bo co ona wie o życiu zwykłych śmiertelników?!). Świetny tekst o tym zjawisku napisała Marta, tworząc poradnik „Jak sprawić, żeby ludzie przestali Cię lubić”. Polecam – będzie niezłym uzupełnieniem mojego wpisu na temat jej książki.

A co do książki…

Żyj zdrowo z Anną Lewandowską

„Żyj zdrowo i aktywnie z Anną Lewandowską” to (jak mówi sama autorka) książka dla początkujących, która ma być inspiracją i motywacją do zmiany stylu życia i jednocześnie wskazówką, która ma pomóc w podjęciu faktycznych działań. Co w niej znajdziesz?

  • podstawowe informacje na temat funkcjonowania układu pokarmowego
  • naprawdę ciekawe przepisy zaprezentowane w niecodziennej formie – na każdy miesiąc przypada jadłospis, bazujący na sezonowych produktach
  • kilka treningów (nie przyglądałam się szczególnie, bo ćwiczenia prezentowane na zdjęciach nie są dla mnie w żaden sposób użyteczne) oraz krótką charakterystykę poszczególnych rodzajów treningów – fajnie, że wspomina też o rzeczach nadal mało popularnych w Polsce jak np. tabata
  • prześwietne zdjęcia i oprawę graficzną książki – pojawienie się fotek z Instagrama autorki wprowadziło „swojski” klimat 😉
  • inspirację do podjęcia działania – to na pewno, bo perfekcyjne ciało Ani będzie Cię inspirować na naprawdę wielu stronach książki
  • zgodną z moją filozofią teorię o tym, że trzeba znaleźć swoją aktywność fizyczną, bo dopiero taka „nasza” gwarancją czerpania radości z uprawiania sportu
  • kilka całkiem sensownych porad jak odnaleźć równowagę duchową – na szczęście Ania nie bawi się w psychologa, ani mnicha tybetańskiego (choć już o grzybku tybetańskim można poczytać w książce ciekawe rzeczy), a po prostu daje ludzie, proste do wdrożenia w życie rady
  • wartościowe wypowiedzi dietetyka Jacka Kucharskiego i trenera biegania (choć jednym stwierdzeniem mi podpadł, o czym niżej)

To może być ważna informacja: „Żyj zdrowo i aktywnie z Anną Lewandowską” to nie jest książka o odchudzaniu. To książka o wpływie sportu i diety na zdrowie i o atrakcyjnym wyglądzie jako efekcie ubocznym podejmowanych działań. Anna Lewandowska mówi, że jej książka to podręcznik dla początkujących z czym nie do końca się zgadzam – autorka prezentuje w niej wiele kontrowersyjnych zaleceń, których zasadności nie będzie w stanie ocenić laik! Co prawda Ania podkresla, że wszystkie te rzeczy sprawdzają się u niej, ale niekoniecznie musi sprawdzić się u innych, powołuje się na liczne autorytety, ale jednocześnie…

  • zaleca smażenie na oliwie z oliwek. Nie dodaje nic na temat tego, że (jeśli już) powinna być to oliwa rafinowana (o wyższym stopniu dymienia niż extra virgin), a w ogóle to na oliwie można raczej podsmażać, niż smażyć. Skoro zdrowie czytelnika jest dla autorki tak istotne to czemu nie ma słowa o oleju kokosowym czy choćby smalcu (i wszystkich aspektach doboru tłuszczu do smażenia)? Kwestia najlepszego tłuszczu do smażenia jest mocno kontrowersyjna, a Anna Lewandowska w swojej książce poświęca jej dwa zdania, każdorazowo po prostu „polecając oliwę z oliwek”. Dla mnie to zdecydowanie za mało.
  • publikuje wypowiedź doświadczonego biegacza, który wychwala treningi na czczo – to również jest bardzo kontrowersyjna kwestia, bo stosując się do tego zalecenia nierozważnie można doprowadzić do naprawdę niebezpiecznych rzeczy. Czasami (rzadko, bo rzadko, ale jednak) jest to najkorzystniejszy wariant, ale na pewno nie podałabym tego w formie ogólnego zalecenia dla każdego czytelnika książki
  • pisze o tym, że trening aerobowy sprawia, że spalamy glikogen. Owszem, tak się dzieje – w pierwszej fazie treningu, ale trening aerobowy (dodatkowo Ania wyraźnie pisze, że ma na myśli trening o takiej intensywności, która pozwala na swobodną rozmowę) pozwala na spalanie właśnie pożądanej tkanki tłuszczowej! To kolejny aspekt, z którego oceną laik będzie miał problem, a najprawdopodobniej nawet nie zastanowi się nad tym, że to co czyta może mieć drugie dno, traktując autorkę jako autorytet
  • pozwala sobie na zbyt duże skróty myślowe, co może wprowadzić czytelnika w błąd. Może na przykładzie: „Węglowodany trawione są w środowisku zasadowym. Ten proces zaczyna się już w jamie ustnej”. Jest to duże uproszczenie, które wskazywałoby na to, że pH w jamie ustnej jest zasadowe, co w przypadku zdrowego człowieka nie byłoby sytuacja poprawną – pH w jamie ustnej powinno być obojętne (waha się minimalnie poniżej i powyżej pH=7), a jakby wziąć pod uwagę samo pH śliny to aż u 87 % osób jest ono lekko kwasowe (pH około 6,5-6,75). Owszem, węgle są wstępnie trawione w jamie ustnej, ale za sprawą enzymu amylazy ślinowej, a nie po prostu panującego w nim pH (podkreślam, że moje tłumaczenie to mały procent tego, co powinno się napisać o trawieniu węglowodanów – teraz chyba widzicie, że te dwa przytoczone zdania to zdecydowanie za mało). Zasadowe pH w jamie ustnej powodowałoby wręcza wytrącanie się wapnia.
  • w całej książce jest mnóstwo ogólników w stylu „Jedz więcej warzyw.” „Jedz raczej więcej mniejszych posiłków”. Mało konkretnej treści, dużo haseł, które każdy minimalnie interesujący się zdrowym stylem  życia już gdzieś usłyszał – wielokrotnie brakowało mi pociągnięcia tematu i rozwinięcia go o odpowiedź na pytanie „dlaczego?”

Może się okazać, że to ja jestem niedouczona i moje uwagi są niesłuszne. Ale to nie ja wydaję książkę, powołując się na kontakty z biochemikami, dietetykami i lekarzami, przytaczając dziesiątki przeczytanych publikacji i kreując się na autorytet (choć Anna Lewandowska w swojej książce kilkukrotnie zaznacza, że „Jeśli jej wiedza okaże się niezgodna z prawdą to poinformuje o tym swoich czytelników). Po prostu wydaje mi się, że (mimo najszczerszej chęci zachowania pełnej rzetelności przy prowadzeniu bloga) jest różnica między publikacją wpisu, a książki – wpis można zedytować, a ewentualne nieścisłości wyjaśnić w komentarzu. A książka w niezmienionej wersji trafi do tylu czytelników, w ilu egzemplarzach została wydrukowana.

Odpowiadając na tytułowe pytanie – czy warto kupić książkę Anny Lewandowskiej?

Nie warto. Ta książka jest dla wszystkich i tym samym dla nikogo – nie nadaje się dla początkujących, bo tłumaczy większość zagadnień po łebkach. Chyba, że to taka taktyka – książka dla leniwych, którzy nie są dociekliwi i przyjmują wszystko tak, jak napisała autorka. Ups, ale dla nich ta książka również nie jest najlepszym wyborem, skoro pojawiają się w niej takie niuanse i wątpliwości, o których pisałam powyżej. Może jest to książka dla profesjonalistów? Niestety, nie znajdziemy w niej unikalnych informacji, a oryginalne przepisy nie są wystarczającą motywacją, bo znajdziemy je na blogu/instagramie/facebooku autorki.

Czyli w tym samym miejscu, gdzie znajdziemy większość treści książki. Zamiast wydawać 40 zł wejdźcie na jej bloga i wybierzcie z niego to, co dla Was najlepsze. No i inspirujcie się i motywujcie jej pięknym ciałem, wytrwałością, kreatywnością  w kuchni i sukcesami sportowymi – jest w tym świetna!

To super dziewczyna, którą warto obserwować, ale po prostu szkoda, że pospieszyła się z wydaniem książki – bo o ile w Internecie wszystko można zedytować/dopowiedzieć w komentarzach tak już co przyjął papier raz, to będzie oddawał każdemu czytelnikowi, który weźmie w rękę książkę.