Jaką radę dałabyś młodszej sobie przed rozpoczęciem odchudzania?

Chciałabym być taka chuda, jak wtedy, gdy myślałam, że jestem gruba – przyznać się, która z Was pomyślała tak chociaż raz? Ja pewnie nawet więcej, co okazało się dla mnie cenną lekcją samoakceptacji – pisałam o tym więcej w artykule o największym przeciwniku odchudzania. Dziś nie patrzę na swoje ciało, jak na obiekt, w którym ciągle można coś poprawić – cieszę się, że jest zdrowe, silne, sprawne, a na dodatek mi się podoba (i średnio mnie interesuje czy zaspokaja potrzeby estetyczne obcych ludzi).

W dzisiejszym wpisie rządzą absolwentki Korepetycji z odchudzania, które miałam okazję poznać na weekendowym wyjeździe dla kursantek. Okazał się być zlotem jednorożców, z którego odleciałyśmy z przesłaniem: MNIEJ DRAMATU, WIĘCEJ BROKATU.  Spodziewałabyś się, że takie podejście może ułatwić odchudzanie?

Zobacz, co moje kursantki zmieniłyby w swoim podejściu do odchudzania z perspektywy czasu. Napisz w komentarzu, jaką jedną radę Ty dałabyś sobie przed rozpoczęciem odchudzania. Ach! I koniecznie daj znać czy zapraszać dziewczyny częściej na bloga :).

Nie zaczynaj się odchudzać!

Powiedziałabym sobie, by się nie odchudzać ;). Gdybym miała zacząć przygodę z aktywnością i zdrowym odżywianiem na nowo, chciałabym, by płynęło to z miłości, a nie niechęci do siebie. Niby zawsze tak to tłumaczyłam, a jednak, jak wiele dziewczyn, z chorym upodobaniem wyobrażałam sobie wycinanie fałdek na brzuchu i to, jak bez nich, tego uciążliwego piętna, stałabym się szczęśliwsza – to chyba nie jest definicja miłości.

Dziś wiem, że usilna chęć pozbycia się części siebie za wszelką cenę i ciągłe sprawdzanie czy nielubiany fragment ciała wciąż tam jest, nie ma zbyt wiele wspólnego z samoakceptacją. Młodszej Agnieszce powiedziałabym, by zacząć ćwiczyć, ruszać się i jeść zdrowo, a jeśli już koncentrować się na jakimś celu, to na wypracowaniu mięśni. Przestrzegłabym się przed zero-jedynkowym podejściem, w którym każda, nawet najmniejsza, czekoladka była złamaniem postanowienia, które trzeba było odpracować. Na początku mojej drogi katowałam się znienawidzonym cardio, bo przecież spala najwięcej kalorii.

Byłam “fit freakiem” i dumnie się tak nazywałam na instagramie, zgodnie z motywującymi hasłami przekonując współlokatorkę, że powinna ćwiczyć ze mną, niezależnie od tego, czy jej się chce i czy ma na to siłę – Chodakowska była u nas codziennym gościem 😉 a czasem nawet dwa razy dziennie. Do sałatki nie dodawałam żadnego tłuszczu, a do owsianki orzechów, bo to przecież dodatkowe kalorie.

Cała ta obsesja wywołana zakorzenionym już od gimnazjum/liceum przekonaniem, że przytycie jest jednym z najgorszych możliwych wydarzeń, które oddala mnie od jakiegokolwiek sukcesu – w szczególności towarzyskiego. Dziś wiem, że zaczynając swoją przygodę z odchudzaniem, nie miałam wiele do zrzucenia, wbrew temu, co widziałam – byłam raczej skinny fat i wystarczyło zmienić trochę nawyki żywieniowe, wyeliminować to, co mi nie służyło (wtedy tego nie wiedziałam) i zacząć ćwiczyć (najlepiej siłowo).

Najchętniej uchroniłabym tę najmłodszą mnie przed dominującym w mediach przekazem, który w tamtych czasach stał się nową modą – maskującą się pod płaszczykiem dbania o zdrowie i balansu (bo “przecież robię jeden rest day w tygodniu, umiem odpuścić”). Co z tego, że każdego dnia dobijałam się wyrzutami sumienia, bo nie potrafiłam wystarczająco długo trzymać się swoich założeń, a to wszystko skutkowało napadami obżarstwa, które rujnowały jakiekolwiek efekty.

Cieszę się, że przekaz medialny powoli się zmienia i życzę każdej młodej dziewczynie, by nie musiała przechodzić tego typu drogi, która być może nie była jeszcze skrajnie drastyczna, ale ostatecznie to właśnie przekonanie o własnej grubości i obwinianie tego stanu o wszelkie niepowodzenia doprowadziły mnie do braku samoakceptacji, radości z wielu wydarzeń, fiksacji na punkcie odchudzania i napadów kompulsywnego objadania. Dzisiaj uważam, że to wszystko należy zacząć od budowania miłości do siebie i możliwości swojego ciała 🙂

Zadbanie o psychikę powinno być pierwszym krokiem do zadbania o swoje zdrowie.

Agnieszka Hanisz

Wszystko albo nic, to durna strategia!

  1. 100% albo nic to durna strategia i daleko na niej nie zajedziesz, bo “nic” jest wygodniejsze, a ty jesteś z natury wygodnym człowiekiem. Nie musisz z tym walczyć, ale jeśli twoje cele są dla ciebie ważne, to trzeba będzie chociaż trochę zrezygnować z wygody.
  2. Jak zjesz jakieś śmieci, to spoko, po prostu od następnego posiłku jedz lepiej. To ma znaczenie czy zjesz pizzę, czy pizzę i siedemnaście innych rzeczy, a dietę zaczniesz “od poniedziałku”.
  3. Na redukcji można jeść pizzę! (Szok, niedowierzanie, miliony pytań bez odpowiedzi). Redukcja nie składa się wyłącznie z owsianek i kurczaka z ryżem. Nie trzeba jeść również pięciu posiłków dziennie, bo jak zjesz cztery albo co gorsza trzy, to już kaplica i można odpuścić i zajeść pizzą.
  4. Utrzymywanie wagi w czasie, czyli brak regresu, to też progres.
  5. Najważniejsze w redukcji jest twoje samopoczucie. Jeśli minęło już kilka tygodni, a ono nadal jest kiepskie, to znaczy że sposób na redukcję jest nieodpowiedni i nie do podtrzymania po zakończeniu redukcji. Trzeba przemyśleć strategię i wdrożyć zmiany.
  6. Niekupowanie nowego stanika “bo przecież zaraz schudniesz i nie będzie pasował” również jest durną strategią – przynajmniej jeśli nie zaczęłaś jeszcze nic w tym kierunku robić i jesteś na wiecznej diecie “odponiedziałku”.

Alex R.

Poszukaj sportu, który polubisz – istnieje, choć teraz wydaje Ci się to niemożliwe

Marto,

jeśli masz z tego tekstu zapamiętać jedno, to niech to będzie to: nie przejmuj się tym, co myślą inni. Ludzi jest masa i każdy myśli co innego. Nie jesteś w stanie ani odpowiadać wszystkim, ani wszystkich przekonać do swojego zdania. Zwłaszcza, że skąd ten pomysł, że to Ty masz rację? Odetnij się od ludzi toksycznych, pielęgnuj relacje z tym wartościowymi. 

Nie masz najlepszych nawyków, a Twoja sylwetka nie jest idealna. O nawyki i zdrowie warto walczyć, zwłaszcza, że pójdzie za tym poprawa sylwetki, samopoczucia, samooceny. Ale idealna nigdy nie będziesz i nie wierz niczemu i nikomu, kto twierdzi, że jest inaczej. 

Spróbuj bardziej o siebie zadbać:

  • staraj się więcej chodzić, więcej się ruszać,
  • poszukaj sportu, który polubisz, one istnieją, choć teraz wydaje Ci się to niemożliwe,
  • postaraj się trochę poprawić dietę, nie musi być idealna, ale wiesz, że jesz niezdrowo i za dużo,
  • popraw nawyki, a potem wytrzymaj jakiś czas na ujemnym bilansie kalorycznym (wiem, nastoletni kujonie, że wiesz już co to jest!)
  • nie oszukuj, trzymaj ujemny bilans kilka, kilkanaście tygodni, a efekty Cię zaskoczą

Życzę Ci powodzenia. 

Marta Owczarzak

Chuda wcale nie byłaś lepsza

Jest jedna mała sprawa, której Ci zazdroszczę wiesz? Że jesteś jeszcze taka młoda i całe życie przed Tobą – nieee żebym ja była już mega starowinką. Jestem świadomą, zadowoloną z życia, kochaną przez męża (wciąż tego samego) i już praktycznie dorosłego syna, i kochającą ich, i siebie kobietą w kwiecie wieku. W dodatku poznałam jedną fantastyczną panią dr – choć nie lekarza – mądrą życiowo, która mi tak w głowie namieszała, że dzięki niej na diecie bez diety schudłam, trzymam wagę i wiesz co? Może nie kocham sportu, ale więcej się ruszam. 

Trochę Ci zazdroszczę, ale ciut współczuję. Bo wiesz – do tego stanu jeszcze przed Tobą daleka i nie zawsze łatwa droga. Wiele wzlotów i upadków. Trudna emocjonalnie i wagowo do ogarnięcia jazda. Rollercoaster bez trzymanki. 

Wiele byłoby prostsze gdybyś patrzyła na siebie już teraz oczami męża. Słuchała gdy mówi, że jesteś piękna, że masz apetyczną figurę i nawet skórka pomarańczowa czy rozstępy nie zmienią zachwytu w jego oczach. Gdybyś polubiła siebie i nie eksperymentowała z jedną czy drugą cudowną dietą narażając zdrowie dla paru kilo. Okaże się, że bez nich – chuda, z odstającymi obojczykami – wcale nie byłaś lepsza, ładniejsza. Zresztą – kilogramy i tak zawsze wracały.  

Ale czy życie zawsze jest proste? Jeszcze wiele się nauczysz – o sobie, swoim ciele, miłości bezgranicznej i zdrowiu. Wiele doświadczysz. Nie spoczniesz na laurach, ani się nie poddasz. 

Czekam tu na Ciebie. Jest fajnie. Przychodź. Niezależnie od trudności po drodze – warto. Albo inaczej – ciesz się drogą bo to ona w końcu doprowadzi Cię do mnie.

Agnieszka Radziewińska

Zaakceptuj i pokochaj tę kobietę, jak najlepszą przyjaciółkę

Marysiu,

Wiem, że ciężko jest Ci przyjąć i uznać za prawdziwe komplementy, ale fakty mówią same za siebie. Jesteś wspaniałą, wartościową, mądrą i rozważną kobietą. I to jest najważniejsze. To musisz zrozumieć i tę kobietę zaakceptować i pokochać, jak najlepszą przyjaciółkę. Wtedy droga do pokonania kompleksów będzie spokojniejsza i łagodniejsza. Dla najlepszej przyjaciółki chciałabyś tego co najlepsze i nigdy byś nie doradziła nic złego, prawda? Znasz odpowiedź. 🙂

Jesteś jedyna w swoim rodzaju i wyjątkowa, nie ma drugiej takiej jak Ty, więc nie porównuj się z innymi. Ty masz swoją drogę do przejścia w życiu, to, że ktoś jest w tym miejscu, w którym Ty chciałabyś być, nie znaczy, że to na Ciebie nie czeka. To twój “harmonogram” życia. 

Nie wierz, we wszystkie nowinki dietetyczne, nie kombinuj. Przecież najprostsze rozwiązania są najskuteczniejsze. Jedz to co lubisz, nie ma produktów zakazanych, to ilość nas gubi. Wszystkie internetowe autorytety – myślisz, że mają idealne życie, nie mają problemów. Zastanów się – czy Ty chętnie dzieliłabyś się publicznie swoimi problemami i gorszymi dniami?

Znajdź swoją ulubioną aktywność. Spacer to też aktywność, nie musisz biegać jeśli nie lubisz. Kochałaś taniec – spróbuj do niego wrócić. To jednak nie to? Trudno, nie załamuj się, jest tyle innych aktywności, próbuj! Nawet nie wiesz ile wspaniałych chwil przeżyjesz i ilu wspaniałych ludzi poznasz dzięki temu. 

Masz dobre nawyki z domu, kochasz warzywa i owoce, uwielbiasz jeść kolorowo, korzystaj z tego.

Złota reguła to od ogółu do szczegółu. Pracuj nad swoimi złymi nawykami i nie daj się im opanować. Wszystkie emocje są OK i masz prawo je przeżywać, krzycz, płacz, śmiej się. Bądź cierpliwa. Uda Ci się, wierzę w Ciebie, Ty też uwierz. 🙂

Marysia Regulska

A Ty? Jaką radę dałabyś sobie przed rozpoczęciem odchudzania?

Zostaw komentarz

  1. Gunia

    Hey, wszystko pieknie sie czyta..nawet w ciagu 20sekund mysle sobie,ok…polubie to cialo,te rozstepy,zwisajace walki,wielkie biodra…pokocham ten tluszcz! Niech bedzie lzej! Ale po 20sekundach sa juz tylko lzy i bezsilnosc ze tak mega nienawidze tego ciala ze nawet udawac nie umiem ze je lubie…ha!wlasciwie to udaje cale zycie przed znajomymi ze wszystko jest super,czuje swietnie,czasem cos ponarzekam w zartobliwym tonie. Ehhh,staram sie,diety które podejmuje realizuje w 70%, a ze swoja nienawiścią tym bardziej powinnam dzialac na 100%? Niestety pokusy wygrywaja:(( odkrylam Twojego bloga od niedawna…moze obudze w sobie ta inspiracje do diety i w ogole do zycia. Pozdrawiam!!!

    1. Monika Ciesielska

      Jeśli już z doświadczenia wiesz, że przy działaniu na 100% pokusy wygrywają, to to nie jest strategia dla Ciebie.

      Twoje ciało będzie wyglądać bardzo podobnie jeszcze długo po rozpoczęciu odchudzania – pierwsze mocne zmiany wizualne widać po około-5kg, co zazwyczaj zajmuje około 2 miesięcy.

      Skoro przez ten czas ciało i tak będzie wyglądać podobnie może odpuść sobie kategorozywanie go w jakikolwiek sposób- czty to nienawidzenie, akceptowanie czy cokolwiek innego i sumiennie skup się na działaniu: wprowadzeniu podstawowych zdrowych nawyków i unikaniu największych błędów?

  2. Dada

    W sumie nigdy nie nie miałam spiecia wagowego. Lubiłam swoje szerokie biodra które pomogły w urodzeniu trójki dzieci. Po porodach zazwyczaj byłam chudzsza niż przed wręcz anorektyczna. To wszystko było do 40 lat. Zaczęłam tyc chociaz wyglądałam lepiej i dobrze się z tym czułam, jednak presja młodych kobiet, gazet zaczęłam uważać że jestem nieatrakcyjna. Im bardziej chciałam nosić rozmiar 38 tym gorzej się czułam. Po durnej walce dałam sobie spokój. Chodzę na tańce, truchtam 2 razy w tygodniu 5 km, idę na ćwiczenia. Praktycznie jeden dzień w tygodniu mam wolne od aktywności fizycznej. Jem mniej i inaczej, wagowo nie spadlam ale nie mam zadyszki, ciało jest inne. I zaczęłam to robić dla siebie. Mam gdzieś że mój rozmiar 44 komuś nie pasuje. Szkoda mi młodych kobiet które są pod taką presją wagowa. Szczęście nie zależy od wagi tylko od naszej akceptacji. Żeby niebylo że popieram otyłość. Ona powoduje dużo chorób ale nie dajmy się zwarjowac. Powodzenia i jeżeli coś zmieniamy to tylko dla siebie.

  3. Paulina

    Żeby od razu z nastawienia na odchudzanie przejść do chęci wyrobienia zdrowych nawyków. Trochę mi to zajęło, najpierw waga miała pokazywać jak najmniej, ale nigdy nie było wystarczająco mało. Teraz ważę ciut więcej, ale się nie odchudzam, a staram się, aby moja aktywność i moje odżywanie służyły mojemu ciału i duszy, a nie tylko zmniejszały cyferki na wadze kosztem np. samopoczucia. Bo co mi po płaskim brzuchu, jeśli na wszystkich warczę albo nie chcę wyjść do knajpki, bo boję się, że przekroczę dzienny limit kcal i wtedy byłaby tragedia? Ta zmiana powoduje, że ze swoim ciałem mam o wiele lepsze relacje niż kiedy ważyłam mniej. Znalazłam też swoją ukochaną aktywność (chodzenie) i dzięki temu żyje się po prostu lżej i przede wszystkim bez spiny!

  4. Kasia

    Częściej poproszę takie wpisy
    Niestety nie potrafię zaakceptować siebie z teraz…choćbym nie wiem jakich sensownych argumentów w rozmowie ze sobą użyła…
    No nie działa…
    Nie cierpię swojego ciała, jak tu je zaakceptować?…
    Akceptuje siebie sprzed 10 lat i żyje tym wyobrażeniem…
    A jeśli spojrze na zdjęcie z teraz( o ile takie sie trafi) nie wierze w to co widzę, przecież to nie mogę być ja naa serio…

  5. Paczi

    Nie poddawaj się. Idź do psychoterapeuty. Przestań jeść w fast foodach, brzuch przestanie Cię boleć. Kup sobie ten strój, bo jest ładny, zasługujesz na ładne, a nie na wyglądanie jak tłusta świnia – masz tłuszcz, ale nie jesteś tłusta. Traktuj ludzi tak, jak oni traktują Ciebie. Jeśli czujesz się przy kimś źle, musisz udawać kogoś kim nie jesteś – wyjdź z tej relacji, to Ci nie służy. I nie bój się białka!
    🙂

  6. Karo

    Wszystko co napisała Alex R. to w 100% ja. Niestety…
    Chyba pora poukładać sobie w głowie i zacząć działać z ciałem 🙂
    Poproszę więcej takich wpisów 🙂

  7. Asia

    Mądrość przychodzi z wiekiem i doświadczeniami a uczenie się na cudzych błędach to czasem zadanie ponad ludzkie siły 😀
    Tych kilkanaście lat temu powiedziałabym sobie po prostu: zadbaj o zdrowie i pomyśl nad tym co i jak jesz i jak się po tym czujesz; stawiaj małe kroczki i nie zniechęcaj się potknięciami, słuchaj intuicji i swojego ciała. Za cel weź dobre samopoczucie, nie utratę wagi i nie rób nic wbrew sobie, bo wewnętrzny konflikt ostatecznie wyrządzi więcej zła niż pożytku.
    Po małych kroczkach te większe przychodzą same, naturalnie. No i właśnie, rzecz kiedyś dla mnie niepojęta: dla każdego znajdzie się aktywność, która będzie czystą przyjemnością. U mnie na ten moment są to głównie bardzo szybkie spacery (myślę, że już na wiosnę będę biegać, bo zimą chyba nie ogarnę tematu odpowiedniej odzieży) i trampolina.
    Oczywiście u każdego sprawdzi się inne podejście, dlatego bardzo mocno trzeba słuchać co podpowiada nam intuicja i ciało, no i może jeszcze czasem wyniki badań 😉

  8. Kaja

    Moja waga to już od podstawówki ogromna sinusoida. W wieku 12 lat bardzo przytyłam, nie wiem czy to kwestia “okresu dojrzewania” czy po prostu za dużo jadłam, wiem że byłam gruba i nie znalazłam wsparcia. Rówieśnicy wyzywali mnie od grubasów, wielokrotnie słyszałam nawet od najbliższych “nie wpierdalaj tyle”. Więc zostawiałam obiad, zamykałam się w swoim pokoju i płakałam. W pewnym momencie postanowiłam, że tak nie będzie i w tym samym wieku podjęłam decyzję, że ostatni posiłek będę zjadać o 12 w południe. Tak było, dziecko które rosło i potrzebowało energii jadło jakieś 800kcal dziennie. Schudłam bardzo szybko, wszyscy chwalili efekty, zachwycali się moją przemianą, a ja… Dalej płakałam, bo wiedziałam czym to wszystko jest okupione. W gimnazjum bywało różnie – raz się głodziłam, raz jadłam wszystko, potem znowu przechodziłam na kolejną dietę. Kiedy w drugiej gimnazjum poszłam na ważenie i okazało się, że przytyłam jakieś 10kg (co wciąż powodowało, że moje BMI było jak najbardziej w normie”) słyszałam tylko jak dwie pielęgniarki rozmawiały między sobą: Ty no dychę przytyła! I powiedziały do mnie: no nie jest źle, ale nie tyj już więcej. Patrzyłam na szczupłe koleżanki z wąskimi biodrami i się załamywałam, dlaczego u mnie to tak nie wygląda? W liceum właściwie było podobnie, raz normalne jedzenie, raz dieta białkowa i inne takie – rozwalanie sobie metabolizmu na makda. Skończyło się na psychologu i zdiagnozowanych zaburzeniach odżywiania. Kiedy w końcu psychicznie w miarę z tego wszystkiego wyszłam, fizjologicznie sprawa się rypła. Między klasą maturalną a studiami przytyłam chyba z 20 kg i znowu byłam przygrubawa – nie jakoś bardzo gruba, bo jednak zawsze miałam dość proporcjonalnie rozłożone kilogramy, ale jednak z zauważalną nadwagą. Chociaż muszę przyznać, że mimo wszystko szczęśliwsza, niż w poprzednich latach. Byłam w szczęśliwym związku, zaczęłam chodzić na zajęcia fitness, które dawały mi sporo satysfakcji. Nie powiem, że nadwaga mi nie przeszkadzała, bo przeszkadzała, ale trochę nie wiedziałam jak się za to wszystko zabrać. Myślałam o pójściu do dietetyka i jakoś tak to odkładałam. Pod koniec studiów wkręciłam się mocno w treningi siłowe, kettle i te sprawy. I wtedy podjęłam decyzję, że trzeba coś z tym zrobić, zresztą nie byłam w tym już sama 🙂 Zainstalowałam sobie aplikację, patrzyłam na makro, jadłam około 1800kcal dziennie (i to wystarczało żeby chudnąć, szok!). W najlepszym momencie schudłam około 15 kg, a moja sylwetka zmieniła się diametralnie. Tym razem też spotkałam się z uznaniem i tym razem nie płakałam po kątach – miałam satysfakcję z tego, że wszystko przebiegło zdrowo i z głową. Od tego czasu minęły już ponad 3 lata – w międzyczasie trafiłam do szpitala (z innych powodów), ale i tak wciąż trzymam wagę minus około 10 kg, cały czas jestem aktywna fizycznie, chodzę na siłownię, spaceruję, uprawiam inne sporty i w końcu czuję się ze sobą dobrze! Jasne że chętnie pozbyłabym się jeszcze kilku kg – w tym celu myślę o zakupie po nowym roku którejś z Twoich diet, ale najważniejsze jest to, że w końcu się akceptuję. Nie widzę już grubej osoby, widzę dziewczynę o fajnej, kobiecej sylwetce, a nawet wysportowanej. Byłam niedawno na analizie składu masy ciała i spotkał mnie szok – wszystkie wyniki idealne! Aż myślałam, że je ktoś podmienił 🙂 Cieszę się, że trochę zmieniły się kanony – pożądaną sylwetką nie jest już ta wychudzona anorektyczna, ale wysportowana, z fajnie zarysowanymi mięśniami ( Twoja sylwetka Moniko to dla mnie SZTOS!:)) i nawet lekkim tłuszczykiem tu czy tam A teraz po co to wszystko piszę i po co się tak żalę? Żeby zwrócić uwagę na to, jak otoczenie, nawet to najbliższe może wyrządzić ogromną krzywdę dziecku czy nastoletniej dziewczynie, która ma problem ze swoją akceptacją! Ludzie, słowa naprawdę mogą “zabijać tak jak nożem” i prowadzić do zrujnowania sobie zdrowia… Myślcie o tym, że “Ty gruba świnio” cholernie boli, a stwierdzenie “nie żryj tyle” to wcale nie jest dobra rada. Można inaczej próbować pomóc, bez traumatyzowania kogoś na całe życie…

  9. Taf

    Ja bym sobie powiedziała: nie chcij się podobać mężczyznom 🙂 dojrzej szybciej do jednego faceta zamiast wielu (w sensie, chcij związku a nie przygód miłosnych). Jestem starsza teraz, chcę się ustatkować więc nie muszę już być atrakcyjna. Ale kiedyś… Kiedyś chciałam co tydzień innego haha 😀 a przy moim wyglądzie to mnie było możliwe.

  10. Kasia

    Częściej poproszę takie wpisy
    Niestety nie potrafię zaakceptować siebie z teraz…choćbym nie wiem jakich sensownych argumentów w rozmowie ze sobą użyła…
    No nie działa…
    Nie cierpię swojego ciała, jak tu je zaakceptować?…
    Akceptuje siebie sprzed 10 lat i żyje tym wyobrażeniem…
    A jeśli spojrze na zdjęcie z teraz( o ile takie sie trafi) nie wierze w to co widzę, przecież to nie mogę być ja naa serio…

  11. Paulina

    Żeby od razu z nastawienia na odchudzanie przejść do chęci wyrobienia zdrowych nawyków. Trochę mi to zajęło, najpierw waga miała pokazywać jak najmniej, ale nigdy nie było wystarczająco mało. Teraz ważę ciut więcej, ale się nie odchudzam, a staram się, aby moja aktywność i moje odżywanie służyły mojemu ciału i duszy, a nie tylko zmniejszały cyferki na wadze kosztem np. samopoczucia. Bo co mi po płaskim brzuchu, jeśli na wszystkich warczę albo nie chcę wyjść do knajpki, bo boję się, że przekroczę dzienny limit kcal i wtedy byłaby tragedia? Ta zmiana powoduje, że ze swoim ciałem mam o wiele lepsze relacje niż kiedy ważyłam mniej. Znalazłam też swoją ukochaną aktywność (chodzenie) i dzięki temu żyje się po prostu lżej i przede wszystkim bez spiny!

  12. Dada

    W sumie nigdy nie nie miałam spiecia wagowego. Lubiłam swoje szerokie biodra które pomogły w urodzeniu trójki dzieci. Po porodach zazwyczaj byłam chudzsza niż przed wręcz anorektyczna. To wszystko było do 40 lat. Zaczęłam tyc chociaz wyglądałam lepiej i dobrze się z tym czułam, jednak presja młodych kobiet, gazet zaczęłam uważać że jestem nieatrakcyjna. Im bardziej chciałam nosić rozmiar 38 tym gorzej się czułam. Po durnej walce dałam sobie spokój. Chodzę na tańce, truchtam 2 razy w tygodniu 5 km, idę na ćwiczenia. Praktycznie jeden dzień w tygodniu mam wolne od aktywności fizycznej. Jem mniej i inaczej, wagowo nie spadlam ale nie mam zadyszki, ciało jest inne. I zaczęłam to robić dla siebie. Mam gdzieś że mój rozmiar 44 komuś nie pasuje. Szkoda mi młodych kobiet które są pod taką presją wagowa. Szczęście nie zależy od wagi tylko od naszej akceptacji. Żeby niebylo że popieram otyłość. Ona powoduje dużo chorób ale nie dajmy się zwarjowac. Powodzenia i jeżeli coś zmieniamy to tylko dla siebie.

  13. Asia

    Mądrość przychodzi z wiekiem i doświadczeniami a uczenie się na cudzych błędach to czasem zadanie ponad ludzkie siły 😀
    Tych kilkanaście lat temu powiedziałabym sobie po prostu: zadbaj o zdrowie i pomyśl nad tym co i jak jesz i jak się po tym czujesz; stawiaj małe kroczki i nie zniechęcaj się potknięciami, słuchaj intuicji i swojego ciała. Za cel weź dobre samopoczucie, nie utratę wagi i nie rób nic wbrew sobie, bo wewnętrzny konflikt ostatecznie wyrządzi więcej zła niż pożytku.
    Po małych kroczkach te większe przychodzą same, naturalnie. No i właśnie, rzecz kiedyś dla mnie niepojęta: dla każdego znajdzie się aktywność, która będzie czystą przyjemnością. U mnie na ten moment są to głównie bardzo szybkie spacery (myślę, że już na wiosnę będę biegać, bo zimą chyba nie ogarnę tematu odpowiedniej odzieży) i trampolina.
    Oczywiście u każdego sprawdzi się inne podejście, dlatego bardzo mocno trzeba słuchać co podpowiada nam intuicja i ciało, no i może jeszcze czasem wyniki badań 😉

  14. Paczi

    Nie poddawaj się. Idź do psychoterapeuty. Przestań jeść w fast foodach, brzuch przestanie Cię boleć. Kup sobie ten strój, bo jest ładny, zasługujesz na ładne, a nie na wyglądanie jak tłusta świnia – masz tłuszcz, ale nie jesteś tłusta. Traktuj ludzi tak, jak oni traktują Ciebie. Jeśli czujesz się przy kimś źle, musisz udawać kogoś kim nie jesteś – wyjdź z tej relacji, to Ci nie służy. I nie bój się białka!
    🙂

  15. Taf

    Ja bym sobie powiedziała: nie chcij się podobać mężczyznom 🙂 dojrzej szybciej do jednego faceta zamiast wielu (w sensie, chcij związku a nie przygód miłosnych). Jestem starsza teraz, chcę się ustatkować więc nie muszę już być atrakcyjna. Ale kiedyś… Kiedyś chciałam co tydzień innego haha 😀 a przy moim wyglądzie to mnie było możliwe.

  16. Karo

    Wszystko co napisała Alex R. to w 100% ja. Niestety…
    Chyba pora poukładać sobie w głowie i zacząć działać z ciałem 🙂
    Poproszę więcej takich wpisów 🙂

  17. Gunia

    Hey, wszystko pieknie sie czyta..nawet w ciagu 20sekund mysle sobie,ok…polubie to cialo,te rozstepy,zwisajace walki,wielkie biodra…pokocham ten tluszcz! Niech bedzie lzej! Ale po 20sekundach sa juz tylko lzy i bezsilnosc ze tak mega nienawidze tego ciala ze nawet udawac nie umiem ze je lubie…ha!wlasciwie to udaje cale zycie przed znajomymi ze wszystko jest super,czuje swietnie,czasem cos ponarzekam w zartobliwym tonie. Ehhh,staram sie,diety które podejmuje realizuje w 70%, a ze swoja nienawiścią tym bardziej powinnam dzialac na 100%? Niestety pokusy wygrywaja:(( odkrylam Twojego bloga od niedawna…moze obudze w sobie ta inspiracje do diety i w ogole do zycia. Pozdrawiam!!!

    1. Monika Ciesielska

      Jeśli już z doświadczenia wiesz, że przy działaniu na 100% pokusy wygrywają, to to nie jest strategia dla Ciebie.

      Twoje ciało będzie wyglądać bardzo podobnie jeszcze długo po rozpoczęciu odchudzania – pierwsze mocne zmiany wizualne widać po około-5kg, co zazwyczaj zajmuje około 2 miesięcy.

      Skoro przez ten czas ciało i tak będzie wyglądać podobnie może odpuść sobie kategorozywanie go w jakikolwiek sposób- czty to nienawidzenie, akceptowanie czy cokolwiek innego i sumiennie skup się na działaniu: wprowadzeniu podstawowych zdrowych nawyków i unikaniu największych błędów?

  18. Kaja

    Moja waga to już od podstawówki ogromna sinusoida. W wieku 12 lat bardzo przytyłam, nie wiem czy to kwestia “okresu dojrzewania” czy po prostu za dużo jadłam, wiem że byłam gruba i nie znalazłam wsparcia. Rówieśnicy wyzywali mnie od grubasów, wielokrotnie słyszałam nawet od najbliższych “nie wpierdalaj tyle”. Więc zostawiałam obiad, zamykałam się w swoim pokoju i płakałam. W pewnym momencie postanowiłam, że tak nie będzie i w tym samym wieku podjęłam decyzję, że ostatni posiłek będę zjadać o 12 w południe. Tak było, dziecko które rosło i potrzebowało energii jadło jakieś 800kcal dziennie. Schudłam bardzo szybko, wszyscy chwalili efekty, zachwycali się moją przemianą, a ja… Dalej płakałam, bo wiedziałam czym to wszystko jest okupione. W gimnazjum bywało różnie – raz się głodziłam, raz jadłam wszystko, potem znowu przechodziłam na kolejną dietę. Kiedy w drugiej gimnazjum poszłam na ważenie i okazało się, że przytyłam jakieś 10kg (co wciąż powodowało, że moje BMI było jak najbardziej w normie”) słyszałam tylko jak dwie pielęgniarki rozmawiały między sobą: Ty no dychę przytyła! I powiedziały do mnie: no nie jest źle, ale nie tyj już więcej. Patrzyłam na szczupłe koleżanki z wąskimi biodrami i się załamywałam, dlaczego u mnie to tak nie wygląda? W liceum właściwie było podobnie, raz normalne jedzenie, raz dieta białkowa i inne takie – rozwalanie sobie metabolizmu na makda. Skończyło się na psychologu i zdiagnozowanych zaburzeniach odżywiania. Kiedy w końcu psychicznie w miarę z tego wszystkiego wyszłam, fizjologicznie sprawa się rypła. Między klasą maturalną a studiami przytyłam chyba z 20 kg i znowu byłam przygrubawa – nie jakoś bardzo gruba, bo jednak zawsze miałam dość proporcjonalnie rozłożone kilogramy, ale jednak z zauważalną nadwagą. Chociaż muszę przyznać, że mimo wszystko szczęśliwsza, niż w poprzednich latach. Byłam w szczęśliwym związku, zaczęłam chodzić na zajęcia fitness, które dawały mi sporo satysfakcji. Nie powiem, że nadwaga mi nie przeszkadzała, bo przeszkadzała, ale trochę nie wiedziałam jak się za to wszystko zabrać. Myślałam o pójściu do dietetyka i jakoś tak to odkładałam. Pod koniec studiów wkręciłam się mocno w treningi siłowe, kettle i te sprawy. I wtedy podjęłam decyzję, że trzeba coś z tym zrobić, zresztą nie byłam w tym już sama 🙂 Zainstalowałam sobie aplikację, patrzyłam na makro, jadłam około 1800kcal dziennie (i to wystarczało żeby chudnąć, szok!). W najlepszym momencie schudłam około 15 kg, a moja sylwetka zmieniła się diametralnie. Tym razem też spotkałam się z uznaniem i tym razem nie płakałam po kątach – miałam satysfakcję z tego, że wszystko przebiegło zdrowo i z głową. Od tego czasu minęły już ponad 3 lata – w międzyczasie trafiłam do szpitala (z innych powodów), ale i tak wciąż trzymam wagę minus około 10 kg, cały czas jestem aktywna fizycznie, chodzę na siłownię, spaceruję, uprawiam inne sporty i w końcu czuję się ze sobą dobrze! Jasne że chętnie pozbyłabym się jeszcze kilku kg – w tym celu myślę o zakupie po nowym roku którejś z Twoich diet, ale najważniejsze jest to, że w końcu się akceptuję. Nie widzę już grubej osoby, widzę dziewczynę o fajnej, kobiecej sylwetce, a nawet wysportowanej. Byłam niedawno na analizie składu masy ciała i spotkał mnie szok – wszystkie wyniki idealne! Aż myślałam, że je ktoś podmienił 🙂 Cieszę się, że trochę zmieniły się kanony – pożądaną sylwetką nie jest już ta wychudzona anorektyczna, ale wysportowana, z fajnie zarysowanymi mięśniami ( Twoja sylwetka Moniko to dla mnie SZTOS!:)) i nawet lekkim tłuszczykiem tu czy tam A teraz po co to wszystko piszę i po co się tak żalę? Żeby zwrócić uwagę na to, jak otoczenie, nawet to najbliższe może wyrządzić ogromną krzywdę dziecku czy nastoletniej dziewczynie, która ma problem ze swoją akceptacją! Ludzie, słowa naprawdę mogą “zabijać tak jak nożem” i prowadzić do zrujnowania sobie zdrowia… Myślcie o tym, że “Ty gruba świnio” cholernie boli, a stwierdzenie “nie żryj tyle” to wcale nie jest dobra rada. Można inaczej próbować pomóc, bez traumatyzowania kogoś na całe życie…

  19. Natalia Natalia

    “Brak regresu to też progres ” to zdanie mi się podoba i chyba muszę przestawić myślenie. Schudłam 25 kg, a ciągle martwi mnie to, że waga od dluuuzszego czasu stoi w miejscu. Ciesz się dziewczyno, że tyle schudłas.