5 wniosków po 5 miesiącach małżeństwa, zdjęcia ze ślubu i miesiąca miodowego

Uwaga: jest słodko.  I to bardzo. Podobnie jak wtedy, gdy pisałam o różowych jednorożcach. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej lukrowanej laurki nie skoczy Wam cukier, dietetykowi takie rzeczy nie przystoją! Ale co poradzić, gdy dietetyk, to też babeczka z krwi, kości (a bywa że i cellulitu) i lubi się tak czasami rozmarzyć? Nie wiem czy to zasługa zbliżających się walentynek, których dotąd nie obchodziłam, czy zwiększenia poczucia wdzięczności za wszystko, co tu i teraz, ale chcę podzielić się z Wami przemyśleniami na temat ślubu, wesela i początków małżeństwa.

Uprzejmie uprasza się o niewyprowadzanie mnie z ewnetualnych błędów <3 

Kiedyś na blogu dostałam pytanie „czy nie boję się pisać na blogu o związku na wypadek jeśli coś nie wyjdzie”. Odpowiem zbiorczo: nie boję się. Nie wiem co będzie, cieszę się tym, co tu i teraz, i zamierzam dbać o to z całych sił. Może to dość niepopularny kierunek w dzisiejszych czasach, powinnam zostać przy własnym nazwisku na które pracowałam w sieci kilka lat, chronić prywatność najbliższych i przygotowywać się „na najgorsze” ale mój blog nigdy nie był i nigdy nie będzie Platformą Spełniającą Oczekiwania. Po to stworzyłam swoje miejsce w sieci, by móc pisać o tym, co mi w duszy gra.

A że dziś zagrało disco polo, no to innego tematu niż wesele podjąć nie mogłam!

Nie tylko papierek

slub drlifestyle

Ślub miał nie zmienić nic. W końcu znaliśmy się 6 lat, mieszkaliśmy razem grubo ponad 5, dzieliliśmy pasję, pracę, konto i newralgiczne miejsca w mieszkaniu, jak np. szuflada ze skarpetkami czy (o zgrozo!) półka w lodówce. Bywało, że dzieliliśmy ze sobą i kuchnię, i sypialnię, i salon, i jadalnię, gdy centrum naszego świata przez ponad 2 lata toczyło się w mikrominikawalerce.

Co miałoby się zmienić po ślubie?! Niby nic. A jednak zmieniło się wszystko.

Może to przywiązanie do tradycji, może magiczna moc symboli, ale od ślubu nie było dnia, by widok obrączki na palcu mnie nie ucieszył. Po ślubie jestem jeszcze szczęśliwsza, że się na niego zdecydowaliśmy, bo wraz z nowym nazwiskiem dostałam coś więcej. Coś, czego nie da się nazwać (a już na pewno opisać w sposób, który nie przyprawi postronnych świadków o mdłości).

Po prostu fajnie jest być żoną!

Podróż poślubna

cewe fotoksiazka

Na okładce naszej CEWE fotoksiążki widnieje napis „państwo Ciesielscy – jedyna taka podróż”. Bynajmniej nie mamy tu na myśli miesiąca miodowego – choć należy do moich ulubionych wspomnień z całego życia, to wierzymy, że ślub i ten szalony okres niedługo po nim stanowią jedynie początek naszej najpiękniejszej, wspólnej podróży. Jesteśmy gotowi na trudności, bo wierzymy, że skoro mamy siebie, to mamy już wszystko (a tą dolnolotną myśl zapisaliśmy nawet na obrączkach). Nie potrzebujemy dużo więcej na co dzień, jednak chcemy słuchać siebie nawzajem, znać swoje potrzeby i najskrytsze marzenia.

Jedynym z tych ostatnich, był prawdziwy miesiąc miodowy. Mówiłam już o tym nie raz i będę powtarzać przy każdej kolejnej okazji: podróż poślubna jest warta wszystkich wyrzeczeń! Suknię ślubną można znaleźć na OLX, postawić na skromny wystrój sali, zrezygnować z wideo czy fotobudki, ale podróż poślubna powinna być w pakiecie z każdym ślubem. Po przeżyciu własnej tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu.

Wydaliśmy na spełnienie marzenia wszystkie oszczędności i spędziliśmy ponad miesiąc w bezludnej Islandii, pocztówkowo idealnej Dominikanie i przepysznym Rzymie, do którego zabraliśmy Rodziców w podziękowaniu za to, że zorganizowali nam obojgu takich fajnych małżonków.

Na Islandii spotkało nas coś, co można nazwać zbiegiem okoliczności. I pewnie zrobiłabym tak, gdyby nie fakt, że nie wierzę w przypadki. Widocznie tak musiało być!

Na Islandię poleciała z nami moja poprawinowa suknia ślubna. Sesje na bieżąco robił nam mąż z pomocą statywu i samowyzwalacza. Na jednej z czarnych plaż podbiegła do nas wesoła blond wariatka, która zapytała czy może zrobić nam zdjęcie – wcześniej obfociła nas grupa Azjatów, więc nie widzieliśmy w tym nic dziwnego. Do momentu, gdy wyciągnęła z torby aparat i przedstawiła się jako fotografka ślubna (Na instagramie: Susankadams), która marzyła o sesji plenerowej na Islandii. Efekty widzicie poniżej, a ja muszę na chwilę przerwać pisanie, bo coś mi się obraz rozmywa :).

Najważniejszą pamiątką są (i będą) zdjęcia!

foptoksiążka

Skoro wydajemy grube tysiące na fotografa, nie wyobrażam sobie nie móc wziąć tych zdjęć do ręki za kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt lat. No wiecie, uronić łezkę nad czołem bez zmarszczek, nad Starym, który wtedy nie był jeszcze zrzędliwy, nad pięknym etapem życia, nad znajomymi i członkami rodziny, z którymi mogliśmy świętować, a których przecież może już nie być wśród nas. Zdjęcia muszą być wywołane i już!

Zależnie od wybranego pakietu możecie dostać od fotografa obrobione i wyselekcjonowane zdjęcia w formie cyfrowej, wywołane odbitki lub fotoksiążkę. Nasz fotograf (Adam Marciniak ? polecam całym serduchem!) przygotował przepiękną książkę, jednak chcieliśmy mieć na półce jeszcze wersję bez cenzury 😉 z fotkami od przyjaciół a przede wszystkim z relacją z podróży poślubnej.

Mąż przywiózł z miesiąca miodowego grube tysiące zdjęć, których (choć przepiękne) zwyczajnie nie chce się oglądać. Świadczy to o dwóch rzeczach: nadmiernym przywiązaniu do zdjęć i nieumiejętności rozstania się z milionami podobnych kadrów w celu pozostawienia na dysku twardym najlepszych oraz przywiązaniu do papieru. Z tym drugim łatwiej coś zrobić, niż z pierwszym, więc właśnie zachwycam się kolejną fotoksiążką.

Zdecydowaliśmy się na format duża panorama z cewe.pl, która zawiera ponad 100 stron wspomnień. W twardej oprawie, na porządnym papierze (premium matowy) . Całość wygląda solidnie i jest piękną oprawą dla cudnych przeżyć. Jeśli przeraża Was perspektywa projektowania własnej, spróbujcie pobawić się programem do składania CEWE fotoksiążek – marka ma do tego własną aplikację, która robi wszystko za nas. Wystarczy przeciągać zdjęcia z dysku w odpowiednie miejsca najbardziej odpowiadającego Wam szablonu.

Selekcja zdjęć zajęła nam kilka dni, ale trzymając w rękach efekt końcowy stwierdzam, że było warto. Z biegiem czasu to przekonanie może tylko rosnąć. A przynajmniej taki jest cel : ).

Wesele jest dla gości

Choć popularna w ostatnich latach głosi zupełnie odwrotne założenia, my podeszliśmy do tematu tradycyjnie. Chcieliśmy, by nasi przyjaciele i rodzina mieli stworzone pozytywne warunki do świętowania  z nami ważnych chwil. Choć Pannie Młodej może się wydawać, że spójność koloru wstążeczki na zaproszeniu z lakierem użytym do pedicure i kompozycji kwiatowej na Sali ma kluczowe znaczenie, to? może i owszem, ma. Dla niej.

Ludzie z wesela pamiętaj najbardziej: zespół, jedzenie, picie i atmosferę stworzoną przez parę młodą. W dowolnej kolejności. Najpiękniejsza sala nie uratuje imprezy z niefajnym klimatem, najbardziej wykwintne menu nie spełni oczekiwań wygłodniałych gości, a francuska koronka utrudniająca poruszanie w sukni ślubnej nie ukryje niesmaku pozostałego po znudzonej, obrażonej na cały świat i tren własnej sukienki Panny Młodej.

Chcieliśmy, żeby to była wesoła impreza bez nadmiernej spiny. Czy się udało? Mało powiedziane! Choć nie jesteśmy typem imprezowiczów, a już na pewno typem naszych ulubionych przyjęć nie są wesela to? na własnym bawiliśmy się świetnie. Właśnie za sprawą fantastycznych gości, z którymi mogliśmy celebrować piękne chwile. Sprawili, że ten dzień był możliwie najlepszy. Nie spodziewałam się, że może być aż tak cudownie, a nasi przyjaciele przeszli samych siebie, organizując multum niespodzianek. No i znowu ostrość obrazu siada. Chlip, chlip.

Kolejny raz podkreślę, że zdjęcia to pamiątka obowiązkowa! Dopiero gdy obejrzeliśmy reportaż, widzieliśmy ile ominęło nas w trakcie imprezy.

Przed ślubem vs. Po ślubie

Ślub nie sprawił, że bardziej się kochamy, poważniej traktujemy czy jest nam lepiej na co dzień. Jest po prostu bardziej. Lepiej. Mocniej. Tak, jak zawsze miało być. Jest dobrze.

Kończąc wpis postanowiłam zapytać Łukasza jakie są jego wnioski po pół roku małżeństwa. Z właściwym sobie taktem i nutką romantyzmu, odpowiedział:

Nie jest tak źle jak mówią. Żona jeszcze mi się nie roztyła.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o wzniosłe przemyślenia młodych małżonków i poprawność polityczną bloga dietetyka. No cóż ? serce nie sługa.

I całe szczęście, bo gdyby osią decyzyjną była głowa, ominęłoby mnie coś absolutnie niesamowitego.