Co zjadam, jak spalam #4 – moje treningi i dieta, a jesienna chandra

 

Moja dieta

Jak się zapewne domyślasz, nie będzie szału. Obniżony nastrój nie zachęca do kreatywności w kuchni, więc ratuję się banałami. Jem dużo kasz, makaronów, ryżu. Codziennie na talerzu lądują warzywa mrożone, lubię też mieszanki warzyw z Biedronki, z których można przygotować pyszne zupy krem (np. dyniową). Każda potrawa jest wzbogacana dodatkową porcją chilli i imbiru, żeby bardziej rozgrzewała od środka. Dania jednogarnkowe są na prowadzeniu! Pieczoną ciecierzycą zajadam się kilka razy w tygodniu. Jem 4 posiłki dziennie.

Ratuje mnie robot kuchenny, którego mam do dyspozycji od 6 tygodni. Mycook Kohersena jest po prostu boski i gotuje dla mnie cały obiad w 35 minut. Na przykład takie warzywa meksykańskie z ryżem i kurczakiem (niczego nie trzeba gotować osobno w garnku czy jakimkolwiek innym naczyniu!).

drlifestyle-20161002

Trochę rozpieszczałam się jedzeniem na mieście.

drlifestyle-20161009-7671

Przepyszna zupa na mleku kokosowym z kurczakiem, kolendrą imbirem i pastą curry. Takie cudo za 18 zł Łodzianie mogą dostać w Tajskiej (Hot Spoon, Manufaktura).

drlifestyle-20161009-7668

Idealne czekoladowe brownie, do którego szczerzę się na zdjęciu tytułowym można zjeść w jednej z naszych ulubionych knajp – w Bredni. Jest tam pysznie, klimatycznie i tanio (np. wielkie ciacho z lodami – 10 zł). Niestety, dostałam karę za to odstępstwo od zaleceń, które sama sobie rozpisałam ;). Mimo zastosowania enzymu (ze względu na nietolerancję laktozy) przeżyłam rewolucję brzuchową, a dekolt, szyja i twarz pokryły się paskudnymi plamo-krostami. No cóż, całe ciało mówi mi: nie jedz laktozy! A ja mówię: postaram się. Ale brownie było tego warte ;). Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o bezlaktozowym zamienniku, którym miał być mus czekoladowy z wykorzystaniem wody po ciecierzycy. Jestem dość wymagająca w kwestii zamienników i ciężko przekonać mnie, że coś zdrowego naprawdę smakuje jak niezdrowy pierwowzór ;).

drlifestyle-20161002-7540

W robocie kuchennym przygotowałam też ciasto na pieczywo – tutaj chwalę się grahamkami z mąki razowej i mielonej na mączkę dyni.

Moje treningi

drlifestyle bieganie

Zdanie, które dzisiaj usłyszałam od mojej trenerki nie jest najlepszą reklamą bycia fit. Ale co poradzę, skoro w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że:

czasami trening jest jak podcieranie tyłka.

No nie ma w tym nic pięknego, fajnego i inspirującego, ale zrobić trzeba. I tak też robiłam w zeszłym tygodniu.

Ja wiem, że znacznie lepiej prezentowałabym się w szerokim uśmiechu, wietrze we włosach i subtelnym rumieńcu na policzku. Ale na początku blogowania założyłam sobie, że nie będę wciskać Czytelnikom kitu. Całkowicie szczerze uważam, że mam farta do fajnych, błyskotliwych, mądrych obserwatorów, więc tym bardziej głupio byłoby mi kręcić i idealizować rzeczywistość. A skoro nie chcę idealizować, to muszę napisać wprost: totalnie nie mam ochoty na treningi.

Tak samo, jak nie mam ochoty pracować, chodzić na uczelnię i w zasadzie tak samo, jak nie mam ochoty na cokolwiek, co nie jest leżeniem pod kołdrą z ciepłą herbatą i ciepłym kotem. No, ewentualnie z książką. Jednak to, że nie mam ochoty wywiązywać się z różnych obowiązków nie znaczy, że tego nie robię. Tak, jak nie rzuciłam pracy i studiów, tak samo nie zaprzestałam treningów.

Jeśli czytasz mnie od dłuższego czasu wiesz zapewne, że odradzam zmuszanie się do treningów w okresie choroby, spadku formy czy innych ważnych DLA CIEBIE powodów (nieistotne czy ktoś inny uznałby je za błahe). Mogłoby się wydawać, że jesienna chandra jest dobrym uzasadnieniem odpuszczenia treningów na kilka dni. Tak też zrobiłam. I wiesz co się stało?

Zamiast poczuć się bardziej wypoczęta i zrelaksowana, czułam się jeszcze bardziej wkurzona, niezadowolona, a frustracja tylko narastała. Spadło poczucie własnej skuteczności, stopniała samoocena. W żadnym wypadku nie miało to nic wspólnego z brakiem efektów przez zaniechanie treningów. Było to spowodowane samą w sobie rezygnacją z treningów.

Zawaliłam coś, co przecież zależy tylko ode mnie. Jasne, może aura nie jest do końca sprzyjająca. Kiedy o 5:30 staję przed blokiem mam wrażenie, że nie ma takiej siły, która sprawi, że zacznę przebierać nogami i posuwać się do przodu. Nie raz po prostu zawracałam. Mimo, że przecież obudziłam się wcześniej, przygotowałam posiłek potreningowy, włożyłam sportowe ciuchy i słuchawki w uszy. A po zderzeniu z falą zimna, wiatru i deszczu, dochodziłam do wniosku, że nie dam rady.

Wracałam do mieszkania i zamiast cieszyć się tym, że jest ciepło, nie wieje i nie pada na łeb, byłam zła. Bo znowu zawaliłam.

drlifestyle-20161001-7335

Wiem, to może stawać się nudne, ale nic nie poradzę na to, że remedium okazał się jak zwykle zdrowy rozsądek.

  • Przecież wcale nie muszę dodać fotki, na której jestem uśmiechnięta i zadowolona z treningu
  • Przecież ten trening wcale nie musi uczynić mnie mistrzem świata
  • Przecież mogę zwolnić, skrócić trasę
  • Przecież nie muszę trenować o 5:30
  • Przecież mogę powiedzieć trenerce, że nie jestem w nastroju, nie chce mi się gadać, a ciężkiego treningu nie wytrzymam
  • Przecież mogę po prostu odpuścić
  • Przecież mogę zmniejszyć częstotliwość treningów
  • Przecież jedyną osobą, która ma wpływ na to jak będzie wyglądać mój trening, jak będzie intensywny, ile będzie trwać i w końcu – czy w ogóle się odbędzie – jestem ja sama, więc nie muszę przejmować się tym, co wypada, co powinnam

I właśnie dlatego pokazuję Ci zdjęcie, na którym nie szczerzę się od ucha do ucha i nie skaczę ze szczęścia z powodu potreningowej satysfakcji i erupcji endorfin. Może teraz zburzę czyjś światopogląd i sama okażę się niegodna prowadzenia bloga o zdrow(sz)ym stylu życia, ale przynajmniej napiszę szczerze. Te treningi wcale nie są fajne. Nadal nie podoba mi się twarz mokra nie od potu, a od deszczu, dzięki któremu po treningi mokre są nawet majtki. Nie jestem zachwycona, że zamiast 60 kilogramów w przysiadzie, ledwo dźwigam 40. Nie skaczę ze szczęścia, gdy zamiast standardowych 90-minut na siłowni, padam po 45 minutach.

Ale jestem całkiem zadowolona, że udaje mi się wykonać najcięższe ćwiczenie w ostatnich tygodniach: po prostu podnoszę tyłek z kanapy. 

Może i podczas treningów sobie odpuszczam, pewnie sporo ułatwiam i raczej nie wykonuję rewolucyjnej pracy nad swoją sylwetką. Ale za to z pewnością utrwalam nawyk regularnego uprawiania sportu, działam na korzyść dla zdrowia i przede wszystkim samopoczucia. Bo nawet jeśli nastrój nie ulega znacznej poprawie po treningu, to przynajmniej nie jest jeszcze gorszy. Jesienna chandra minie, a ja wrócę do dawania z siebie na treningach wszystkiego i ciut ciut. I jeszcze trochę. A gdybym teraz odpuściła, to jesienna chandra zamieniłaby się w przewlekły dołek za sprawą kilku kilogramów nadbagażu.

Zbyt trudno było mi wyrwać każdy kilogram ze szponów mojego układu hormonalnego ;).