Czy zawsze żyłam jak pączek w maśle

Z nadzieniem truskawkowym. Z lukrem i cukrem pudrem. Z posypką. Właśnie tak lubię myśleć o swoim aktualnym życiu, choć nie jest usłane różami, a ja nadal mam trochę dodatkowych obowiązków oprócz leżenia i pachnienia.

Po blisko półrocznym kryzysie, którego namiastki świadkami byliście w 2015 roku (np. tutu), postanowiłam mocno wziąć się za siebie. Wcześniej brałam się tylko za ciało, a teraz wzięłam się również za ducha. Jest to często praca u podstaw, nabywanie umiejętności, które każdy z nas powinien mieć w pakiecie, ale o których często zapominamy. Żyje mi się znacznie lepiej, choć w liczbie moich obowiązków nie zaszły przełomowe zmiany – nadal studiuję, pracuję, bloguję, mam podobne, co wcześniej obowiązki. Dzięki moim staraniom doceniam to wszystko znacznie bardziej. Dlatego coraz częściej możecie czytać o tym, że jestem szczęśliwa, zadowolona, że kocham swoją codzienność i optymistycznie patrzę w przyszłość. Jak np. w tekście „O spełnianiu marzeń inaczej„, pod którym pojawił się ten komentarz:

komentarz

Co widzi osoba trafiająca przypadkiem na mojego bloga?

Pewną siebie, może nawet zarozumiałą dziewczynę, która ma fajne mieszkanie, super kota i jeszcze lepszego narzeczonego. No przecież to już może szlag jasny trafić! A ona jeszcze, bezczelna, podróżuje kilka razy do roku. Je zdrowo, biega w tych swoich kolorowych bucikach, wiecznie jest uśmiechnięta. To na pewno dlatego, że ciągle dostaje coś za darmo! Od tych firm! Za nic! Na dodatek lubi swoje studia, ma dobry kontakt z rodzicami i jeszcze ciągle chwali się drogą torebką. Co to, to nie, tego już za wiele!

20160214-_MG_4263

Kreuję się na pewną siebie, a w obawie przed niepowodzeniem w konkursie Blog Roku niemal chciałam z niego zrezygnować. Zaryzykowałam, ale wiem, że przez do poniedziałku będę kłębkiem nerwów (jeśli chcecie trochę mi ulżyć wyślijcie sms o treści F11639 na numer 7124  za 1,23 zł – dochód z smsów przeznaczony na Fundację Dziecięca Fantazja). OK, jedziemy dalej. Mam fajne mieszkanie (na kredyt), kota (któremu zdarza się zrobić siku na torebkę), narzeczonego (którego ulubionym garniturem jest dres). Podróżuję kilka razy do roku (kupując najtańsze bilety i sypiając w kwaterach odbiegających standardem od ***** hotelu). Prowadzę zdrowy styl życia (choć serce mi pęka jak wychodzę ze znajomymi na pizzę, a ja wyczerpałam mój tygodniowy limit tolerancji na cheat meal). Tak, mniej więcej co trzydziesty post na blogu jest wynikiem współpracy z firmą. Nie, nie zawsze kiedy coś polecam, robię to za pieniądze. Żałuję, ale nie ;).

To, co widzicie na blogu jest nie tylko małym wycinkiem mojej rzeczywistości (pokazuję dokładnie to, co chcę, byście zobaczyli), ale przede wszystkim jest efektem konkretnych działań. Najczęściej nie widzicie całej ścieżki, a właśnie efekt. Czasami jest to skutek działań krótkodystansowych, choć najczęściej serii wyborów dokonywanych w trakcie całego życia.

20160214-_MG_4249

W dzieciństwie dużo czytałam (dziesiątki tysięcy stron rocznie) i bardzo dobrze się uczyłam (zawsze świadectwo z paskiem, średnia w podstawówce 5.9, w gimnazjum coś koło 5.5). Zawsze uchodziłam za nerda czy jak określano mnie wtedy – kujona i nudziarę. Na szczęście w gimnazjum miałam super paczkę i w 100% wykorzystałam nastoletnie lata. Na głupoty też :).

Później poszłam do liceum o profilu humanistyczno – prawnym z komunikacją społeczną do miejscowości oddalonej o 70 km od rodzinnej wsi. Mieszkałam ze studentką i jeszcze jedną licealistką. Nie poradziłam sobie z rozłąką z rodziną, musiałam wrócić i zmienić liceum po kilku miesiącach. Nie było fajnie przyznać się rodzicom, że podjęłam złą decyzję i prosić o pomoc w ponownej przeprowadzce i przeniesieniu w trakcie trwania semestru. Było wręcz bardzo niefajnie. Przyznać się? Do błędu? Ja?

Nie była to jedyna poważna zmiana – pod koniec 2 klasy liceum zmieniłam profil z humanistycznego na biologiczno – chemiczny. Drobiazg.

the-iceberg-of-success

W gimnazjum i liceum już dorabiałam. Zaczynałam jako 13-latka wyszukując fajnych rzeczy w lumpeksach, a następnie wystawiając je na Allegro, gdzie ludzie licytowali za wielokrotność ceny, po której kupowałam ubrania. Za zarobione pieniądze pojechałam z tatą do Rzgowa, do Ptaka, gdzie kupiłam 30 portfeli, które później też sprzedałam. Ten system działał praktycznie przez cały okres gimnazjum. Jeździłam na festyny, gdzie obsługiwałam nalewak do piwa czy przewracałam kiełbaskę na grillu (hej kochanieńka zajmiesz się moją kiełbaską? huehuehuehue). Były gościnne występy w sklepie. Był epizod w drukarni ze składaniem książek. Korepetycje, pomoc w pisaniu różnego typu prac.

Chciałam dostać się na wydział lekarski. Nie wyszło. Zależało mi na tym tak bardzo, że postanowiłam odroczyć moment pójścia na studia o rok, by spróbować poprawić maturę. 3 miesiące po maturze  pracowałam 4-5 dni tygodniowo w systemie 16-godzinnych zmian. Jako recepcjonistka i kelnerka, a bywało, że i pokojówka. W czasie wolnym, prężnie działałam w FM Group, by zrealizować program marketingowy, który był premiowany tygodniową wycieczką do Kenii. W pakiecie z rewelacyjnym hotelem, all inclusive, z lwami, słoniami (możecie zobaczyć relację z pobytu i opinię o naszym hotelu Baobab Beach Hotel) i wszelkimi możliwymi bajerami. Do poprawiania matury przygotowywałam się rok. Nie wyszło. Płakałam bite 72 h z przerwami na sen. Gdy zobaczyłam, że mimo 9 miesięcy intensywnej nauki nie poprawiłam biologii o ani jeden procent, poczułam się jak wielkie, okrągłe zero. Zero. Null. Nothing. Kupa. Nie było to najgorsze doświadczenie w moim życiu, ale to jest właśnie miejsce, w którym stawiam granicę prywatności. Musicie uwierzyć na słowo.

Poczucie wartości poleciało na łeb na szyję, pewność siebie przepadła bezpowrotnie, a wiara we własne możliwości przestała istnieć. Poszłam na biotechnologię, a po roku rozpoczęłam drugi kierunek – studiowałam zaocznie dietetykę. Mniej więcej wtedy powstał ten blog.

Zakładałam go bez żadnych przywilejów. Nie reklamowałam się. Nie miałam znajomych w blogosferze, którzy mogli mnie polecić. Nie prezentowałam żadnych kontrowersyjnych treści, przez które ktoś mógłby chociaż obsmarować mnie publicznie.

Moim ogromnym ułatwieniem były umiejętności Łukasza, który od samego początku bardzo wierzył w sens założenia bloga, więc zaangażował się w tworzenie go. Nie wiem czy zdecydowałabym się na stworzenie Dr Lifestyle, gdyby nie on. Mówi się, że zrobienie prostej strony internetowej to błahostka, ale ja się z tym nie zgadzam. Gdy oprócz pracy twórczej, trzeba zajmować się równolegle technikaliami, uczyć się podstaw grafiki, fotografii (tu przydaje się blog Natalii), zastanawiać się nad tym, jaki sprzęt wybrać, dużo trudniej jest tworzyć wartościowe treści. Jeśli zastanawiacie się nad założeniem bloga, polecam Wam zlecić komuś wdrożenie szablonu (najlepiej komuś, kto ma w sobie cierpliwość do wiecznie pytających osób i jego praca może mieć charakter edukacyjny).

Jeśli nie macie takiej osoby w swoim otoczeniu, bądź nie chcecie inwestować, możecie szukać pomocy na grupach na Facebooku (np. Biznes, blogowanie, marketing, Fotograficzna grupa wsparcia) u blogerów dzielących się swoją wiedzą na temat blogowania (np. Seria wpisów Simplicite). Skarbnicą wiedzy o blogowaniu dla początkujących jest e-book Joanny Glogazy i Marty Klimowicz. Pozycje obowiązkowe to obie książki Tomka Tomczyka o blogowaniu. I tu powinnam na chwilę się zatrzymać.

Bloga założyłam na początku sierpnia, znajomym zaczęłam mówić coś na ten temat dopiero we wrześniu, po stworzeniu kilkunastu (aktualnie bardzo mnie śmieszących) postów. Moi znajomi w październiku, w dzień moich urodzin zrobili coś, co bardzo pomogło rozwojowi bloga – udostępnili informację o nim w swoich mediach społecznościowych. Zbiegło się to w czasie z podlinkowaną przez Jasona Hunta (wówczas Kominka) mojej recenzji jego książki. Skakałam ze szczęścia, gdy widziałam na blogu 300 osób w jednym momencie :). Niecałe 10 000 osób przewinęło się przez bloga przez pierwsze trzy miesiące jego istnienia. To 10 razy mniej, niż w ciągu trzydziestu dni (ten stan utrzymuje się już od kilku miesięcy, a tendencja jest wzrostowa.

blog statystyki poczatek

No właśnie. Teraz.

Pracuję, studiuję, realizuję zlecenia, współpracuję z markami. Poznaję cudownych ludzi przez bloga – zarówno z blogosfery, jak i z kręgu moich czytelników. Blog jest najmocniejszym stymulatorem mojego rozwoju. Kiedy go zakładałam myślałam głównie o tym, że będzie moim najlepszym portfolio. Nadal się z tym zgadzam, ale wiem, że gdyby nie on (i Wy) nie miałabym w sobie tyle zapału do ciągłej nauki. Chcę wiedzieć więcej i więcej, i być coraz lepsza.

20160214-_MG_4248

Ostatnio trafiłam na karteczkę, którą zapisałam dawno temu. Była zatytułowana „do 25-tych urodzin chcę…”. Zaczęłam czytać i wyć :). Nad własną głupotą.

To, czego dwa lata temu chciałam dla „prawie dorosłej siebie” (bo tak myślałam o sobie w wieku 25 lat), ziściło się w ponad połowie. Najbardziej wzruszył mnie podpunkt „zostać narzeczoną”, bo dziś wiem, że dwudzieste piąte urodziny będę obchodzić pierwszy raz w życiu jako… Żona mojego męża. To brzmi dumnie!

Jestem szczęśliwa. Mimo wielu niedoskonałości mojego życia, niespełnionych ambicji i porażek. Zaczęłam akceptować siebie taką, jaką jestem i czerpać z życia garściami. Pracuję nad swoimi wadami, pielęgnuję zalety.

Nie jestem idealna, ale idealnie sobie z tym radzę.

Taki tekst umieszczony na drewnianym serduszku dostałam od koleżanki ze studiów, która podarowując mi go znała mnie 2 miesiące. Agata, trafiłaś w sedno :). Lubię powtarzać sobie to zdanie, kiedy zaczynam myśleć o sobie źle. Porażki zaczęłam rozpatrywać w kategorii cennych lekcji. Może gdybym dostała się na lekarski po pierwszej maturze nie poznałabym Łukasza? Może gdybym nie miała wypadku samochodowy, który skończył się dla mnie jedynie urazem kręgów szyjnych, zgubiłaby mnie nadmierna pewność siebie i doszłoby do czegoś poważniejszego w skutkach? Może gdybym była rozpieszczonym dzieckiem, które dostaje wszystko na tacy, nie byłabym zaradna? Może gdybym została w kaliskim liceum, nigdy nie zainteresowałabym się żywieniem i wkuwała teraz paragrafy?

Może byłoby lepiej. Może gorzej. Z pewnością inaczej, a przecież teraz jest mi naprawdę dobrze! Nie boję się mieć odważnych marzeń i robię wszystko, by je zrealizować. Ale wiem i akceptuję fakt, że nie każde dojdzie do skutku.

Mam nadzieję, że ten post nie tylko raz na zawsze utnie dyskusje na temat „idealnego życia wiecznie uśmiechniętej Moniki”, ale też doda Wam otuchy.
Nie dostałeś pracy? Najwidoczniej Twój Szef byłby wampirem energetycznym i przez niego nie założyłbyś firmy, o której marzysz.

Redukcja etatów? Teraz rekrutacja na wymarzone stanowisko u konkurencji nie będzie wyjściem poza strefę komfortu, a logicznym, słusznym krokiem.

Rozstałeś się z partnerem? Być może musiał zniknąć on, żeby mógł pojawić się ktoś inny.

Pozwól sobie na bycie nieidealnym. Nie zamartwiaj się rzeczami, na które nie masz wpływu. Nie kieruj swoim życiem, próbując spełnić czyjeś ambicje i oczekiwania. Bądź dla siebie dobry. Poświęcaj 80% czasu na 20% rzeczy, które są dla Ciebie najważniejsze. Dowiedz się czegoś o sobie – poznaj swoje oczekiwania, marzenia i codziennie próbuj robić coś, co choć o milimetr przyczyni się do realizacji tego celu.

Tego życzę sobie i Wam.