Dietetyk na diecie

W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać co było przyczyną stanu rzeczy. Zły humor, przez który nie chciało mi się ćwiczyć czy może brak ćwiczeń, pogłębiający zły humor? Domyślam się, że czujecie mdłości, gdy widzicie zachwyty nad mocą endorfinek (w tym miejscu powinnam wstawić jeszcze sto buziaczków i 34 serduszka). Ale cholera, to naprawdę działa. Uprawianie sportu nie tylko przyczynia się do pozytywnych zmian w naszym ciele. Nie tylko poprawia wydolność, siłę, sprawność, wytrzymałość. Działa też (co najmniej równie mocno!) na samopoczucie. Trenując, jesteśmy z siebie zadowoleni. Czujemy się dumni z tego, że robimy dla siebie coś dobrego. Każdy kolejny trening przybliża nas do upragnionego celu. Wiemy, że nie zmarnowaliśmy czasu. Mamy więcej energii do podejmowania innych wyzwań.

Wiecie co się dzieje, kiedy ktoś, kto regularnie uprawiał sport od kilkunastu czy kilkudziesięciu miesięcy i nagle przestaje to robić? Ja wiem. Been there, done that. Marazm, stagnacja, niezadowolenie, stany depresyjne. A zmieniające się odbicie w lustrze wcale nie pomaga. Niestety, zamiast działać motywująco, potęguje te myśli:

 i tak jestem najgrubszym grubym grubasem, więc bez różnicy czy zjem to ciastko, czy sobie odpuszczę

Z reguły zjadałam to ciastko. Odpuszczałam (niestety) rzadziej.

Co sprawiło, że przytyłam?

20150712-IMG_1238

Można by ograniczyć się do: za dużo wpieprzałam, a za mało się ruszałam, ale spróbujmy przyjrzeć się problemowi bardziej wnikliwie. Rozbiłam  go na czynniki pierwsze. Oto one:

  • zaprzestanie planowania zakupów
  • nieregularne robienie zakupów (wieczny brak produktów na przyrządzenie czegoś zdrowego, zwielokratniał częstotliwość zamawiania niezdrowych rzeczy przez telefon)
  • nowe obowiązki zabrały czas, który dawniej poświęcałam na przygotowywanie i spożywanie posiłków
  • nieregularny tryb pracy i zajęć na uczelni przyczynił się do niejedzenia nic przez cały dzień i ucztowania wieczorami
  • brak asertywności przy wyjściach ze znajomymi – tak bardzo chciałam sobie wynagrodzić ciężki okres, że nie umiałam odmawiać sobie (i innym) ciasta, chipsów czy piwa
  • niewysypianie się, chroniczne zmęczenie – miałam wrażenie, że na siłownię mogę iśc tylko po to, by poleżeć na macie
  • częste podróże – chęć próbowania lokalnych dań, niemożność przygotowywania posiłków
  • nauka nocami – a jak nauka, to i podjadanie
  • niedocenianie samej siebie – ten podpunkt może wydawać się niezrozumiały, więc rozwinę: w tamtym okresie moje poczucie własnej wartości znajdowało się nawet poniżej Raczek Elbląskich na Żuławach. Słuchajcie, jeśli podchodzi się kilkanaście razy do tego samego egzaminu, ucząc się za każdym razem – ciężko wierzyć w bycie superhiroł. Byłam na siebie zła, że nie idzie mi na uczelni, zaniedbuję bloga, związek. Nie umiałam być dla siebie dobra w tym okresie (a reuglarne treningi i zdrowe odżywianie to w moim mniemaniu przejaw troski o samą siebie).

Przeczytaj też ten tekst, w którym pokazuję swoje zdjęcia sprzed nabrania dodatkowych kilogramów i szerzej opisuję jego przyczyny.

Jaki jest plan?

2015-03-01_foto025_12-41-jako-Obiekt-inteligentny-1

Mowi się, że precyzyjnie określony cel, zapisany na kartce papieru, opatrzony datą, ma znacznie większe prawdopodobieństwo realizacji, niż zwykłę chcę coś zmienić. Ba! Nie tylko się tak mówi. Ta teoria została wielokrotnie udowodniona przez badaczy, a ja wierzę w nią głęboko. Ale tym razem to rozwiązanie się nie sprawdzi. Nie chcę obiecywać sobie, że schudnę X kilogramów. Szczerze? To dla mnie żadne wyzwanie. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym się uparła, mogłabym schudnąć 10 kg w miesiąc. Efekt byłby piorunujący, posypałyby się lajki i gratulacje. Ale to do niczego nie prowadzi. Moim celem jest powrót do regularnego uprawiania sportu i racjonalnego odżywiania, a zmiany w wyglądzie będą tylko (pożądanym) skutkiem ubocznym.

Nie zamierzam spędzić życia pod presją centymetrów, kilogramów i kalorii. Zamierzam wrócić do tego, co było dla mnie dobre – zarówno dla ducha, jak i dla ciała. Treningi, sensowne jedzenie. Po ostatniej wizycie na siłowni chciało mi się płakać. Ćwiczenia, które były banalne, stały się wyzwaniem. Dystans, jaki przebiegłam, dawniej byłby jedynie rozgrzewką. Zauważyłam okropny spadek formy! Jeśli znajdujecie się aktualnie na zakręcie i na jakiś czas porzuciliście ćwiczenia – wracajcie do nich czym prędzej, bo w przeciwnym razie będziecie bardzo tego żałować. Ja żałuję, ale zamierzam nadrobić stracony czas. Daję sobie 12 miesięcy. To wystarczający czas, by uzyskać pożądane efekty, a jednocześnie to moment, w którym powinnam zacząć rozglądać się za suknią ślubną ;). Te z Was, które mają ślub za sobą zapewne zgodzą się, że jest to wyjątkowo motywujący kawałek białego materiału.

Jak już ustaliliśmy, moja kondycja (a raczej jej brak) jest żenująca. Co gorsza, nie umiałam odnaleźć się na siłowni – kręciłam się po sali bez pomysłu na trening, to nie wyglądało jak coś, co chciałabym robić przez kolejne kilkanaście miesięcy. Przez najbliższe 4 tygodnie będę uczęszczać na różne treningi grupowe, by stopniowo wrócić do formy. Słodycze i fast foody idą w odstawkę – muszę być wobec siebie bardzo wymagająca, bo czuję, że po półrocznej rozpuście łatwo byłoby stracić kontrolę. Przez najbliższy miesiąc będę sobie pozwalać na wyskokowy posiłek raz w tygodniu.

Długo się zastanawiałam, w jakiej formie opisywać moje zmagania na blogu. Po ostatnim fiasku Wakacyjnej Akcji Motywacyjnej nie mam czelności ogłaszać kolejnych zrywów. Nie chcę składać obietnic bez pokrycia. Umówmy się więc, że zapraszam Was do przyłączenia się do mnie w sposób nieoficjalny :). Jeśli ktoś będzie chciał mnie zawołać w mediach społecznościowych, wystarczy oznaczyć mój profil (instagram: @drlifestyle.pl ; facebook: @drlifestyle) lub dodać znacznik #dietetyknadiecie. Dietetyk na diecie to oficjalna nazwa cyklu, w którym będę dokumentować moje zmagania oraz motywować Was do zrobienia czegoś dobrego dla siebie. Planuję publikować posty z następujących kategorii, bardzo proszę Was o opinie – co zostawić, co usunąć, a może coś dodać?

  • fit motywator – poniedziałkowy post z motywacyjnym plakatem/tapetą na telefon/tapetą na komputer do pobrania. Nie będzie to motywacja w stylu Paulo Coehlo, a raczej: Dzisiaj jadłam zgodnie z dietą i byłam na aerobiku. Lepiej, żebym jutro obudziła się szczupła! Coś z humorem, co będzie przypominało o treningu i zdrowym jedzeniu. Dajcie znać, która forma (plakat, tapeta na komputer czy telefon) jest dla Was najatrakcyjniejsza
  • jadłospisy – postaram się publikować je przynajmniej 2 razy w miesiącu, w piątki – jeśli czas będzie na to pozwał, jadłospisy będą ukazywały się co tydzień. W sytuacji braku czasu, zamiast jadłospisu będę publikować proste przepisy na zdrowe i dietetyczne posiłki
  • tygodniowe raporty – co czwartek na blogu będziecie mogli zobaczyć moje tygodniowe zmagania. Tak, zobaczyć! Zamierzam codziennie nagrywać krótkie filmiki, pokazujące co jem, co ćwiczyłam, jakie samopoczucie towarzyszy całemu procesowi. Następnie będą montowane i publikowane jako tygodniowy vlog. Jestem ciekawa co sądzicie o tym nowym środku przekazu?
  • miesięczne „metamorfozy” – z naciskiem na cudzysłów. Nie spodziewajcie się spektakularnych efektów po 4 tygodniach. W tych postach chciałabym raportować nawet najmniejsze postępy, opowiadać o tym co ćwiczyłam, co jadłam i jakie największe przeszkody napotykałam po drodze.

Do blogowego rozkładu jazdy dorzucam jeszcze wtorkowe wpisy fit (dietetyczne, motywacyjne, treningowe), środowy lajfstajl (podróże, uroda, wnętrza, relacje międzyludzkie), a niedziela zostaje bez zmian. Chyba, że chcecie by do „Jaki lajf, taki stajl” dołączyła tematyka ślubna (na pewno nie byłaby dominująca, ani regularna – jestem ciekawa czy w ogóle chcecie czytać jakiekolwiek wzmianki na ten temat?).

Taki jest plan, a życie go zweryfikuje – choć najpierw, możecie zweryfikować go Wy. Dajcie znać, które pomysły Wam się podobają, a które totalnie nie. To w końcu również Wasze miejsce :). Czekam również na komentarze od wszystkich tych, którzy chcą do mnie dołączyć i od 26 października wziąć się w garść, by zacząć robić dla siebie coś dobrego!