Facebookowa zabawa książkowa – czy Ciebie też pogięło?

Po fotkach z wakacji, potreningowych zdjęciach w pełnym makijażu, check inach w modnych miejscach przyszła moda na nowe. Lans na inteligenta.

Po ALS ice bucket challenge (które zdecydowanie zbyt szybko przekształciło się w ice bucket challenge już bez wzmianek o ALS) przyszła pora na zabawę książkową. Na pewno przewinęły Wam się na tablicach listy książek tworzone przez Waszych znajomych, a może nawet stworzyliście własne (ale dzięki temu, że czyta mnie śmietanka polskich internautów nie obawiam się, że możecie być bohaterami tego tekstu). Jeśli jednak uchowaliście się przed tym, nakreślę temat: jeden kumpel nominuje drugiego do stworzenia listy 10 książek, które (zależnie od wersji) mają być jego ulubionymi, takimi, które wywarły na niego największy wpływ lub takimi, które znaczyły dla niego najwięcej w dzieciństwie.

No właśnie. Ja o tym.

https://www.youtube.com/watch?v=6J9om4jfov8

O ile jestem w stanie uwierzyć, że ktoś mógł być w dzieciństwie usypiany przy pomocy „Nad Niemnem” (w moim przypadku to działało nie tylko w dzieciństwie) tak już trudno mi przyjąć do wiadomości, że standardem w dzieciństwie było zaczytywanie się w Kafce, Homerze, Murakamim czy Rimbaudzie. Nawet Marquez i Molier wydają mi się naciągani. Widząc podobne zestawienia nazwisk odnoszę wrażenie, że wymienienie 10 tytułów książek sprawia autorom tych wypocin problem, bo może nawet nie przeczytali dziesięciu? W przeciwnym razie spodziewałabym się nieco innych autorów w zestawieniu. W końcu nie każdy w wieku trzech lat potrafi wyrecytować inwokację.

10646747_10152718873684470_378357404993330739_n

A może to mnie pogięło? Bo gdybym została nominowana miałabym ograniczone pole manewru… Przede wszystkim przez to, że migiem wykorzystałabym pierwsze siedem tytułów każdą częścią Harrego Pottera! Robiłam eliksiry, rozgrywałam mecze Quidditcha (bujając się na deseczce przywiązanej sznurkiem od żelazka do kosza na boisku – kość ogonowa boli mnie po upadku do dziś :D) z kuzynkami przeprowadzałyśmy lekcje magii, a na sowę z Hogwartu czekam do dziś. Jeśli o wpływie mowa to nie mogłabym nie wspomnieć o Halinie Snopkiewicz i jej Słonecznikach. Lilka (bo chyba właśnie tak miała na imię główna bohaterka) była wówczas moją ulubioną blogerką kosmetyczną. Miała super długie rzęsy i podcięła je, żeby rosły jeszcze szybciej. Pobiegłam czym prędzej do łazienki, tępymi nożyczkami przerzedziłam (i tak wątłe) rzęsy i wróciłam do lektury. W kolejnym rozdziale przeczytałam, że jej rzęsy już nigdy nie były tak bujne jak przedtem. JASNE. Ja też czytałam do snu słownik ortograficzny, a Mistrza i Małgorzatę przeczytałam pierwszy raz w podstawówce. Lubiłam Dickensa i jego Opowieść wigilijną. A już przeczytany Kod Leonarda da Vinci wydawał mi się bardziej wiarygodnym egzaminem dojrzałości niż maturaA, czytałam też Coehlo. To był dopiero lans! Ach, czułam się dzięki temu taka dojrzała!

Tak dojrzała, że i tak zawsze wracałam do Pana Kleksa Dzieci z Bullerbyn. 

 A gdybyście mieli wymienić tu i teraz jedną, jedniutką i tylko jedniusieńką książkę, która wywarła na Was największy wpływ w dzieciństwie, to która by to była?

Odpowiadając sama sobie macham do Was na pożegnanie szczerząc się spod zbyt dużej tiary, w najmodniejszej szacie od Madame Malkin w drugiej ręce dumnie trzymając różdżkę z piórem z ogona feniksa oczywiście!