Czy warto kupić maseczki Himalaya?

Ze względu na specyficzny kolor, powiedziałabym nawet, że kupą niemowlęcą. Wszystko to za sprawą najlepszej maseczki na świecie. OK, doprecyzuję: na świecie kosmetyczno – pielęgnacyjnej ignorantki, która zaczęła się interesować kosmetykami, gdy w wieku lat dwudziestu dwóch, zaczęła przechodzić  trądzik młodzieńczy. Czy raczej hormonalny. Jeśli chcecie zobaczyć, jaki stan cery zapoczątkował moje zainteresowanie tematem kosmetyków pielęgnacyjnych, zajrzyjcie do wpisu poświęconego w całości moim problemom z cerą. Stosując się do Waszych rad z komentarzy powolutku wychodzę na prostą – mam nadzieję, że za kilka tygodni (pesymistyczniej: miesięcy) będę mogła pochwalić się satysfakcjonującymi efektami. Jednak już dziś wiem, że jest jeden produkt, który zasługuje na polecenie. I to takie w stylu „musicie spróbować!”. Uff, mam szczęście, że to nie jest wpis sponsorowany, bo pewnie nawet byście nie uwierzyli. Chociaż nie, w końcu jesteście super i wiecie, że nie wciskałabym kitu! Wiecie, no nie ;)?

 Himalaya Purifying Neem Mask

Gwiazda wieczoru to wbrew pozorom nie moja twarz wysmarowana zieloną mazią, ale owa maź we własnej osobie. To maseczka za niecałe 10 polskich złotych: Himalaya Purifying Neem Mask do skóry normalnej i tłustej. Za jej superowość odpowiada miodla indyjska, kurkuma (nie dość, że pycha to jeszcze taka zdolna!) i ziemia fulerska. Te wszystkie nazwy nie mówią nic, ale wystarczająco dużo powiedziała siostra Łukasza, kiedy powiedziała, że muszę jej spróbować. Kiedy z kolei ja dałam spróbować Ani, Ania kupiła własny egzemplarz :). Jeśli marketing szeptany nie jest dla Was wystarczającą zachętą do zakupu to powiem, co zauważyłam. Uwaga, uwaga, breaking news:

Himalaya Purifying Neem Mask

Zauważyłam efekty stosowania tej maseczki. Kurtyna!

Pod względem kosmetyczno – pielęgnacyjnym działam trochę jak facet. Nie widzę dużej różnicy po stosowaniu kremów czy odżywek, nie jestem w stanie powiedzieć, że moje uda są szczuplejsze o centymetr, dopóki ich nie zmierzę. A w przypadku tej maseczki zauważyłam efekt i to nie jeden:

maska2
  • skóra znacznie mniej się przetłuszcza, efekt utrzymuje się kilka dni od zastosowania maseczki Himalaya Purifying Neem Mask
  • oczyszcza i zwęża pory – serio! I za to ma u mnie ogromnego plusa. Oczyszcza, a oprócz tego zwęża, czyli na chłopski rozum zmniejsza powierzchnię, która może być zapełniona przez kolejne brudy, bakterie i innych nieprzyjaciół. Racja?:)
  • skóra po tej zielonej papce jest nawilżona, wygładzona i bardziej miękka, niż przed użyciem
  • gdy zmywamy ją po zaschnięciu (jakieś 15 minut od nałożenia), czuć pod palcami drobinki, które potęgują efekt oczyszczonej skóry
  • jestem niemal pewna, że używał jej Jim Carrey w Masce!
maska3

O, a na pierwszym planie tego zdjęcia prezentuję Wam inną maseczkę marki Himalaya – z cynkiem. Nie mam pojęcia co to za stwór na drugim planie, ale ewidentnie użył tej zielonej ;)! Białą wersję maseczki Himalaya też lubię, ale nie mogę powiedzieć, by efekty po jej zastosowaniu były równie spektakularne. Jeśli jednak zmagacie się z trądzikiem i będziecie zamawiać Himalaya Purifying Neem Mask to warto kupić też tubkę tej cynkowej :). Cena bardzo podobna.

Informacja tylko dla osób, które po ostatnim wpisie o ograniczeniu liczby kupowanych rzeczy nie postanowiły sobie zacząć kupować mniej: ich maseczki peel-of też są świetne.

A teraz zamieniam się w słuch (choć w przypadku Waszych komentarzy może nawet bardziej w czujne oko) i czekam na Waszych ulubieńców. Może się okazać, że przez kosmetyczną ignorancję omijam jakiś super maseczkowy produkt :).