Jeśli nie można z czegoś wyjść, to trzeba przez to przejść

Czyli Jaki lajf, taki stajl #niemampojęciaktóry.

Spodobała mi się ta nasza nowa mała tradycja z polecaniem Wam piosenek. Dziś jeszcze przed rozpoczęciem czytania, możecie klinąć play. Uznajmy to wzmocnieniem przekazu. Ale po przeczytaniu tekstu wróćcie to piosenki i wysłuchajcie jej, oglądając teledysku. Jest równie dobry, co sam utwór!

Kiedy czytam początek wpisu sprzed tygodnia, zaczynam się śmiać. Nigdy bym nie pomyślała, że tyle może się spierdolić w tak krótkim czasie. Wybaczcie brak poprawności politycznej, ale ranga problemów, którym muszę stawiać teraz czoła zasługuje na siarczyste przekleństwo, bez szans na wygwiazdkowanie jego części. Co mogło się zesrać, to się zesrało. Miałam swoje poukładane życie. Może intensywne, może stresujące, może z błędnie określonymi priorytetami. Ale miałam też grunt pod nogami. Od kilku tygodni trwam w rzeczywistości, w której każdy kolejny krok, kończy się wdepnięciem w jeszcze większe gówno. I to takie, którego paskudny smrodek długo krąży w powietrzu.

Mam przed sobą jakieś trzy/cztery miesiące walki o siebie. Ta pewna siebie część mnie, która zazwyczaj każe wybierać czerwone usta i szpilki przed wyjściem na miasto, mówi, że jak nie drzwiami, to oknem – wejdę jak po swoje. Z drugiej strony, doświadczenia ostatnich tygodni obudziły część, o której dawno już zapomniałam. Tą, która sprawia, że mam ochotę się rozkleić, powiedzieć dziękuję, ja wysiadam. Jeszcze bardziej niż na co dzień, doceniam to, że rodzina to wartość constans.

Dam radę. Dam radę tak, jak zawsze dawałam. Wyjdę z tego potłuczona jak kanka od mleka, ale wyjdę. Jak zawsze wychodziłam. Ale będzie mnie to dużo kosztować. Dzisiejsze popołudnie spędziłam nad robieniem analizy SWOT, drzewka decyzyjnego i mapy myśli. Zrobiłam tabelkę strat i korzyści, listę priorytetów. Z bólem serca stwierdziłam, że treningi, angielski, blog są na szarym końcu. Chcę być wobec Was fair i choć robię to z przykrością, to uprzedzam – posty będą pojawiać się nieregularnie, a wszystkie plany rozwoju bloga przesuwam w czasie. Wiem, że wchodzicie na bloga, żeby dowiedzieć się nowych rzeczy, ale też po to, żeby wprawić się w dobry nastrój. Nie są Wam potrzebne moje problemy i unoszący się nad tekstem fatalny nastrój. Trudno, piszę wprost: też mam problemy, też mi się nie układa. Też muszę walczyć z systemem, prokrastynacją, brakiem nadziei na poprawę sytuacji, problemami w związku. Podkreślam to jasno i wyraźnie, bo jeśli znowu dostanę maila z serii „tak bardzo zazdroszczę Ci, że…” to chyba się rozpłaczę. Naprawdę, jestem ostatnią osobą, na której punkcie powinno się mieć kompleksy.

Muszę podjąć taką decyzję, by zająć się w 100% tym, co wymaga teraz mojej atencji. Zagryźć zęby teraz, by cieszyć się efektem za parę miesięcy. Bo jeśli nie można z czegoś wyjść, to trzeba po prostu przez to przejść.

Przepraszam, jeśli własnie zburzyłam czyjeś wyobrażenie na mój temat. Nie zawsze jestem optymistką, często się boję, nie zawsze wszystko mi wychodzi i idzie po mojej myśli. Ale zamierzam spiąć pośladki i po tym wszystkim mieć lepsze pośladki niż Jen Selter, skoro będą w stanie przetrwać takie perturbacje.

Dziękuję Wam za wsparcie, które dostałam od Was pod błahym postem na Facebooku, w mailach i prywatnych wiadomościach. To bardzo dużo dla mnie znaczy i wiem, że mogę liczyć na Waszą wyrozumiałość, jeśli blog nie będzie aktualizowany tak często, jak wszyscy byśmy chcieli.

Zanim przywdzieje wór pokutny i zaleję Wasze ekrany litrami łez, przejdę do kilku sympatyczniejszych punktów poprzedniego tygodnia. To będzie dobre ćwiczenie motywacyjne dla mnie samej – zmusić się do znalezienia kilku powodów do uśmiechu :).

O, już mam! Któregoś dnia Łukasz podesłał mi printscreena z Google Analytics, a tam czekało na mnie… 60 tysięcy. 60 000 osób z własnej nieprzymuszonej woli odwiedziło bloga na przestrzeni ostatnich 30 dni. Ta liczba robi na mnie ogromne wrażenie i jest mi tym bardziej głupio, że nie będę teraz w stanie trzymać poziomu, do którego sama Was przyzwyczaiłam. Choć będę się starać i znajdować tyle międzyczasów, ile tylko będę w stanie wyszukać. Jednocześnie, na fejsbuku jest Was już ponad 3000, a jeśli Ciebie (tak, do Ciebie mówię!) jeszcze tam nie ma, to dołączaj. Bo mi przykro, ze z tylu czytelników tylko taki odsetek stwierdza, że mnie lubi! Zrobicie mi ogromną przyjemność podsyłając link do bloga czy fanpage’a komuś ze znajomych, kto mógłby być zainteresowany tematyką poruszaną przeze mnie na blogu.

Kończy się czas testowania Flabelosa i z przyjemnością opiszę Wam moje wrażenia jak tylko znajdę czas – mam nadzieję, że będzie to jeszcze w tym tygodniu. Moja aktywność fizyczna i dieta w ostatnich tygodniach były żałosne, a fakt utrzymania sylwetki w stanie niezmienionym w stosunku do poprzedniego miesiąca zawdzięczam chyba tylko temu sprzętowi. Zresztą, zrobimy fotki porównawcze i będzie widać jak na dłoni. Figa będzie strasznie smutna jak nadejdzie koniec testów, bo Flabelos to aktualnie jej ulubione mieszkanko :).

koktajl

A to jest pycha koktajl. Nie, nie zastąpi Wam pełnowartościowego posiłku, to nie jest pomysł na śniadanie, ale na poprawę humoru już na pewno :). Pomarańcza, jabłko i odrobina cytryny – pychotka. Dodajcie do tego nieco natki pietruszki i (opcjonalnie) cytrynę zamieńcie na limonkę, a uzyskacie coś pysznego i super orzeźwiającego. Polecam, Dr Lifestyle.

To by było na tyle. Fajnie, że jesteście!

PS. Naczelny redaktor tego bloga (Łukasz), stwierdził, że „lajfstajle nie piszą takich smutnych rzeczy”, więc uznajmy, że to tylko taka artystyczna kreacja 🙂