Moje plany na Dzień Kobiet

Moja szefowa to całkiem wredna baba. Zmusza do nadgodzin, w nosie ma L4, na dobre słowo trzeba pracować tygodniami, a przy pierwszej lepszej okazji czepia się czegoś, co jest zrobione poniżej jej standardów (czyli do prawie wszystkiego).

Żadnego współpracownika ani podwykonawcy nie traktuje gorzej, niż sama siebie.

Bo przecież trzeba od siebie wymagać! Jeśli Nie idziesz do przodu to się cofasz! Inni mają prawo do błędów, ale JA NIE. Nie ma się z czego cieszyć, skoro mogło być lepiej.

…Szefówko, schowaj te swoje podwójne standardy w kieszeń i idź być zołzą gdzie indziej. Już Cię nie potrzebuję, nie chcę i nie biorę Cię tak serio, jak dawniej.

Co to za pomysł, żeby traktować siebie gorzej, niż kogokolwiek na świecie?

Okej, My Boss. Rozumiem Twoje intencje – całe życie byłaś przekonana, że „ciężka praca popłaca, na uznanie trzeba sobie zasłużyć, a wartość człowieka poznaje się po efektach jego działań”.

Jestem w stanie wyobrazić sobie, że miałaś czyste intencje. Chciałaś dla mnie dobrze. Nie znałaś innej drogi do szczęścia.

Ale ja już wiem, że da się inaczej. A nawet jak się nie da, to zamierzam zaryzykować.

Bo nie wyobrażam sobie spędzić reszty życia, będąc dla siebie taką mendą.

„Jesteś wartością samą w sobie”.

Ekhm. Jeśli moje podejście do samej siebie mieszkałoby nad morzem, to koncept „Jesteś wartością samą w sobie” leżałby gdzieś hen, heeeeen daleko w wysokich górach.

Potrafię wynagrodzić się logiką – doceniam swoje osiągnięcia, jestem dumna ze swojej pracy, cieszę się, że sama zarobiłam na rzeczy, o których kilka lat temu jedynie nieśmiało marzyłam.

Ale doceniać siebie za to, że po prostu jestem? Eeeee. Czyli za co? Jak to? To nie tylko efekt się liczy? Można być dla siebie miłym ot tak? Tylko za to, że się działa, że się stara, że się próbuje robić dobre rzeczy i być dobrym człowiekiem, i już?

Ano widzicie . Taka jestem mądra w kontekście odchudzania, gdy zachęcam do koncentracji na drodze – zamiast na celu – a samej ciężko przychodzi mi to w sferze zawodowej.

Mówię: sprawdzam

Większość dorosłego życia spędziłam kopiąc się ze sobą jak z koniem (a nawet nafuranym testosteronem ogierem wygrywającym wszystkie ważne wyścigi).

Tak bardzo skupiałam się na tym, co jeszcze mogę udoskonalić, co poprawić, co zmienić, że brakowało mi uwagi dla siebie samej.

Jak się czuję? Czy to, co robię nadal mnie cieszy? Czy jest mi dobrze? Czy jestem szczęśliwa?

Żyjąc z nastawieniem na efekt, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Bo i po co, skoro każdą trudną emocję można przeczekać, zagryźć zęby i przeboleć? Teraz pytam: TYLKO KURDE PO CO?

W imię kolejnego odhaczonego celu, którym nawet nie potrafię się nacieszyć, bo w jego miejsce szybko wskakuje kolejny?

Samorozpieszczanie daje siłę

Od kilku miesięcy bardzo świadomie uczę się siebie na nowo. Uczę się rozpoznawać emocje i obchodzić się z nimi. Szukam prawdziwych potrzeb, motywatorów i źródeł szczęścia.

I co się okazuje? Że mój lęk przed Samorozpieszczaniem był zupełnie nieuzasadniony. Wcześniej nie pozwalałam samej sobie na chwile lenistwa, na przyznanie, że zwyczajnie „niechcemisię”, że potrzebuję się wyspać, odpocząć – bałam się, że to zabije moją produktywność.

Tymczasem, im bardziej dbam o swój dobry nastrój i zaspokajanie potrzeb, tym efektywniej działam. Pracuję mniej, a osiągam satysfakcjonujące rezultaty.

Brawo Monika, potrzebowałaś dwóch lat terapii, żeby dotarło do Ciebie, że nie jesteś robotem i oprócz stawiania sobie kolejnych celów, wypadałoby także zadbać o to, jak się czujesz w trakcie ich realizacji ???

Kobieto, pamiętasz o sobie?

Totalnie nie wiem czy to będzie jeden z tych wpisów, pod którym nie zobaczę ani jednego komentarza (co moja Szefowa z pewnością złośliwie skrytkuje i wykorzysta jako okazję do wbicia szpileczki „bo najwidoczniej zanudziłam czytelnika na śmierć”), czy może ten, pod którym okaże się, że jest nas więcej.

Nas – kobiet, które gdzieś po drodze do lepszego życia zapomniały o sobie.

I może od naszego „tu i teraz” jest daleko do codziennego samorozpieszczania, ale na szczęście jest cholernie blisko do Dnia Kobiet! Halko, skoro mamy nawet swoje święto w kalendarzu, to może wypadałoby je hucznie obejść?

Moje plany na Dzień Kobiet

Będę świętować z pompą! Biorę wolne. Niech se Szefowa myśli co chcc, aktualnie i tak uważam, że to duża łaskawość z mojej strony, gdyż nie proszę od razu o pół roku urlopu połączonego z delegacją w słoneczniejsze miejsce! Biorę wolne i już. A co z nim zrobię?

  • pójdę na masaż tajski
  • odwiedzę Muzeum Sztuki w Łodzi
  • zjem ze sobą lunch w wege knajpie
  • zabiorę się na basen
  • wezmę udział w warsztacie „Joga jest kobietą”
  • wpłacę darowiznę na rzecz Centrum Praw Kobiet

… i tylko ja sobie świadkiem, ile się ze sobą nanegocjowałam, by pozwolić sobie na zrobienie tylu super rzeczy jednego dnia. Wiecie co mi pomogło?

Pomyślałam o wszystkich ważnych dla mnie ludziach, którym organizowałam różne niespodzianki. Jak dbałam o każdy szczegół, starałam się sprawić im przyjemność. Logika była ostatnim kryterium, którym się wtedy kierowałam.

A gdyby tak dla odmiany podejść do siebie samej w dokładnie taki sposob, w jaki podchodzę do ludzi, na których mi zależy?

To całkiem kusząca perspektywa. Dam znać, jak się bawiłam!

A co Ty zrobisz dla siebie?