Moja nauka angielskiego w domu

nauka angielskiego w domu

Nie zaskoczę Was. Miałam szansę nauczyć się języka w dzieciństwie/okresie nastoletnim. Pod koniec podstawówki rodzice zapewnili mi korepetytora, w gimnazjum miałam angielski dwa razy w tygodniu, podobnie w liceum. To daje dobre 8 lat nauki. Powinnam pochwalić się teraz profem, albo co najmniej ferstem. Powinnam móc swobodnie przełączyć się na pisanie tej notki po angielsku. Ale nie mogę. Bo te 8 lat nauki, okazało się czasem straconym.

Korepetytor nie był wymagający, w gimnazjum poziomy uczniów były zbyt zróżnicowane, a w liceum i tak zaczęliśmy wszystko od początku. W tym okresie nie wyjeżdżałam z kraju, więc nie miałam sposobności (ani przymusu) używania języka.  Na studiach uczyliśmy się języka specjalistycznego, a dodatkowy kurs przytłaczał mnie formą (4 h co tydzień w piątek od 18). Obawiam się, że ten scenariusz jest Wam dobrze znany. Z biegiem lat, brak znajomości angielskiego doskwierał coraz bardziej, choćby dlatego, że mój poziom znacznie odstawał od poziomu znajomych ze studiów. A problem stale się pogłębiał, bo podczas gdy oni rozmawiali z ludźmi z wymiany, ja przysłuchiwałam się biernie, bojąc się popełnić błąd. Co z tego, że rozumiałam wszystko, co z tego, że w głowie prowadziłam imponujące złożone dialogi, w których brylowałam zabawnymi anegdotkami. Co z tego, skoro te dialogi nie wychodziły poza ramy mojej głowy, a sformułowanie zdania pojedynczego skutkowało przyspieszeniem akcji serca i rumieńcem na twarzy. Problem znikał, gdy pojawiało się piwko czy dwa, ale umówmy się, że to w najlepszym przypadku doraźne rozwiązanie.

Kaplica. Pozostały mi dwie opcje: albo wziąć się w garść, albo do końca życia mieć kompleksy na tle nieznajomości języka. I jeszcze jedno, chyba najgorsze ? przepuszczać przez palce kolejne okazje, które dostaje od losu ze względu na niewystarczającą biegłość w angielskim. Skoro czytacie ten wpis, to doskonale wiecie, którą opcję wybrałam. Zaskoczę Was: nie, nie postanowiłam popaść w alkoholizm! Stwierdziłam, że sobie poradzę. Mimo braku talentu do nauki języków obcych i wszystkim innym niesprzyjającym okolicznościom, które nie są niczym innym, jak klasycznymi wymówkami. Nie ukrywam, że jednym z bodźców do działania było 12 minut spędzonych na oglądaniu powyższego filmu Mateusza Grzesiaka – bardzo motywujący i pokazujący zupełnie nowe (dla mnie) podejście do nauki języka. W dużej mierze dzięki niemu uwierzyłam, że mogę :). Do rzeczy (możecie mieć małe dejavu, bo wspominałam o tym jak wygląda moja nauka angielskiego w domu między słowami w innych wpisach).

Moja nauka angielskiego w domu – narzędzia

nauka anielskiego w domu

DuoLingo

To darmowa aplikacja na telefon (ale można korzystać z niej również z poziomu komputera), służąca do nauki języka angielskiego w między czasie. Aplikacja zakłada podział na tematy, z których każdy składa się z kilku lekcji, trwających kilka minut. Przyswajamy słówka, zwroty, ale też całe formy gramatyczne. Niewątpliwą zaletą tego narzędzia, jest fakt utrwalania słówek poprzez różne sposoby: wybieramy odpowiednie tłumaczenie z wariantów abc, tłumaczymy zdanie z angielskiego, tłumaczymy z polskiego, rozpoznajemy przedmiot na obrazku, spisujemy zdanie ze słuchu.

Anglojęzyczna prasa, książki, filmy, vlogi

anglojęzyczne czasopisma to pewna nauka angielskiego
  • Prasa – czytam elektroniczne wersje brytyjskich lub amerykańskich czasopism. Wybieram tylko te artykuły, które mnie interesują, bo wtedy przyjemniej pracuje się z tekstem. Tekst drukuję, podczas czytania po raz pierwszy zakreślam niezrozumiałe słowa, następnie sięgam do słownika, tłumaczę i czytam jeszcze raz. Jak uczę się słówek opowiem troszkę dalej. Czasami kupuję też czasopisma o modzie w Empiku, ale z reguły jestem rozczarowana, bo niestety obrazki czyta się tak samo w każdym języku.
  • Książki – nie mogę pochwalić się imponującą ilością książek przeczytanych w języku angielskim, bo mówimy tu dokładnie o trzech sztukach, ale ta propozycja jest na tyle interesująca i skuteczna, że postanowiłam o niej wspomnieć. Wybierając książki nie kierowałam się ich stopniem trudności (książki o określonym poziomie oferuje np. wydawnictwo Penguin Readers), a znajomością lektury. Przeczytanie Harrego Pottera i kamienia filozoficznego czy Małego Księcia nie zrobiłoby mi problemu nawet po francusku ;). Wybierałam przydatne zwroty czy wyrazy i postępowałam jak ze wszystkimi nowościami do przyswojenia.
  • Filmy, seriale – przełom nastąpił przypadkiem? W trakcie oglądania „Dawcy pamięci” (polecam ten film!) straciliśmy napisy. Fabuła była na tyle wciągająca, że nie było mowy o przerwaniu seansu, więc po prostu kontynuowaliśmy. Okazało się, że nie odczuliśmy znaczącej różnicy w komforcie oglądania porównując do wersji z napisami. Obejrzałam też sezon Plotkary po angielsku, ale nie potrzeba wybitnych umiejętności lingwistycznych do dialogów na poziomie tej produkcji ;).
nauka angielskiego w domu poprzez vlogi
  • Vlogi – z tej kategorii jest to podpunkt dominujący na dzień dzisiejszy. Sprawia mi dużą przyjemność oglądanie amerykańskich vlogerek urodowych. Dziewczyny wnoszą powiew świeżości do (w dramatycznej większości) nudnego jaki flaki z olejem polskiego YouTuba kosmetycznego, można podpatrzeć ciekawe produkty i słuchać tych cudownych akcentów. Rewelacja! Może ktoś z Was czytał już książkę Zoelli?

Angielski z lektorem online

angielski z lektorem online

Czyli najskuteczniejsza forma nauki języka angielskiego w domu i nie tylko w domu z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Wspominałam ostatnio w komentarzach, że korzystam (od listopada) z usługi chatterbox.pl. Odezwała się do mnie Iwetta, jedna z założycielek tego startupu z propozycją dorzucenia mi kilku lekcji za aktywną i szczerą promocję, więc teraz połączę przyjemne z pożytecznym i opowiem Wam szczegóły. Na chatterbox.pl trafiłam po tekście Edyty Zając – pomyślałam sobie, to jest to! Bez wychodzenia z domu, bez tracenia czasu na dojazdy i bez konieczności ogarniania mieszkania na wypadek przyjścia korepetytora ;). Idealna opcja dla zajętej osoby. Jako, że liczba zajęć nie zawsze idzie w parze ze stanem konta, sprawdziłam jaki jest koszt tej przyjemności. Bach! Pierwsza lekcja za darmo J. No to dalej. Wypełniłam prosty formularzyk, zaznaczyłam godziny, które mi pasują i zgłosiła się do mnie lektorka, Ewelina Szoka. Bardzo cieszę się, że od pierwszych zajęć trafiłam właśnie na nią, choć podejrzewam, że chatterboxowa ekipa dobiera swoich lektorów tak, by każdy z nich był gwarancją spełnienia oczekiwań klienta.

idealny kącik do nauki angielskiego
tak się kończy nauka angielskiego z kotem...
Figa upodobała sobie biegi przełajowe. Moja dziewczynka!

Podczas pierwszej lekcji przeżyłam szok. Odebrałam telefon na Skype i zamiast „Dzień dobry” usłyszałam „Hello, how are you today?” O nie, o nie, gonitwa myśli, ciśnienie 120/80 (dla mnie to jak 180/140!), czerwień na policzkach, paznokcie wbijające się w dłonie i pot na skroniach. Byłam w szoku – ale jak to, przecież nawet nie wie jaki jest mój poziom, jak tak można i co teraz, jak ja się z nią dogadam, jak wszystko ustalę?! I wiecie co? Dogadałam się, ustaliłam wszystko bez problemu. Największą barierą wcale nie była ta językowa, tylko ta w mojej głowie. Z każdą minutą lekcji i swobodnej rozmowy stres opadał, a ja byłam coraz bardziej opanowana i pewna siebie. Po pierwszej lekcji zrozumiałam, że dokładnie czegoś takiego potrzebuję – przymusu mówienia po angielsku. Zdecydowałyśmy, że głównie będziemy koncentrować się na konwersacjach, ale nie zapominając o innych umiejętnościach językowych.

nauka angielskiego ułatwia podróże

Lekcje są bardzo zróżnicowane, ale spróbuję przedstawić Wam jakiś reprezentatywny dla całości zarys. W pierwszej części prowadzimy small talk – trochę plotkujemy, opowiadam co się u mnie działo, co ciekawego robiłam, co czytałam. Jeśli nic nie przychodzi mi na myśl, Ewelina rzuca tematem (szybko wyczuła moje zainteresowania, więc rozmawiamy o rzeczach, o których mam pojęcie), a ja komentuję. Następnie przechodzimy do ćwiczeń związanych z moją wcześniejszą prośbą (jak np. tematyka podróży przed wyjazdem do Londynu) czy z moimi zainteresowaniami (racjonalne odżywianie). Za pomocą specjalnej platformy (bardzo intuicyjna, nie trzeba się tego obawiać), Ewelina pokazuje mi materiały, filmiki, nagrania, z którymi pracujemy. Po zakończeniu (na moją prośbę) zwraca uwagę na popełniany przeze mnie błąd podczas lekcji i omawia go – może to być źle stosowana forma gramatyczna, zły dobór słów. Jeśli chodzi np. o czasy, tłumaczy mi konstrukcje, ćwiczymy i dostaję zadania do zrobienia w domu. Podczas zajęć Ewelina wypisuje wszystkie słówka, o które pytałam w trakcie trwania lekcji na Skype, więc po zakończeniu rozmowy mogę je sobie wynotować i przetłumaczyć. Dostaję pracę domową, którą sprawdzamy na początku lekcji (chyba, że nie miałam żadnych problemów to wówczas nie tracimy na to czasu).

To, że lekcja wygląda tak u mnie, wcale nie znaczy, że u Was wyglądałaby tak samo. Zaletą chatterbox.pl jest niesamowita elastyczność. Sam dobierasz tematykę zajęć, umiejętność, którą szczególnie chcesz rozwinąć. Lekcje mogą odbywać się nawet o 21 czy o 22, a równie dobrze o 8 rano. Koszty są niższe niż godzina korepetycji w dużym mieście – za karnet na 10 lekcji zapłaciłam około 370 zł, pojedyncza lekcja kosztuje 39 zł. Można dokupić dowolną ilość lekcji. A jeśli zdecydowalibyście się na zakup trzech lekcji w okresie 20 stycznia – 20 lutego to dostaniecie w prezencie słuchawki – wystarczy, że wyślecie maila, w którym podacie hasło Dr Lifestyle. Załatwiłam Wam, żebyście nie musieli ponosić dodatkowych kosztów, ja póki co kradnę słuchawki Łukaszowi (wyglądam jak Pani z call center, prawda?).

nauka angielskiego w domu z kotem na kolanach

Aktualnie mam dwie lekcje tygodniowo i ten stan rzeczy chcę utrzymać co najmniej do końca czerwca. Później zobaczymy. Może zacznę francuski, niemiecki, hiszpański czy rosyjski? Nieważne na jaki język się zdecyduję, na pewno wybiorę chatterbox.pl, bo na jakich innych zajęciach mogłabym siedzieć z turbanem na głowie, kubkiem herbaty w ręce i Figą na kolanach?

Pewnie interesują Was postępy jakie poczyniłam przez te 2 miesiące. Są o g r o m n e. Nie boję się, po prostu. Nie stresuję się nadchodzącą lekcją i perspektywą rozmowy w języku obcym, coraz łatwiej przychodzi mi formułowanie złożonych wypowiedzi, przypomina mi się mnóstwo słówek, których kiedyś nie używałam w mowie, formy gramatyczne jakoś tak same układają się w poprawne ciągi. Jestem bardzo, bardzo zadowolona i pierwszy raz w życiu tak optymistycznie patrzę w moją językową przyszłość. Piszę Wam o tym bez obaw, bo wiem, że z Eweliną, moim wkładem pracy i całą resztą narzędzi, o których piszę poniżej czy powyżej po prostu dam radę. A musicie wiedzieć, że nie podchodziłam tak do tematu nigdy wcześniej.

Nauka angielskiego w domu poprzez gry

A dokładniej jedna gra przeglądarkowa. Banalnie prosta, cudownie skuteczna, niebezpiecznie wciągająca. Ba ba dum. Super alternatywa dla Facebooka przewijanego po raz milionowy, gdy bardzo nie chce Wam się wykonywać jakiegoś zadania ;). Nauka angielskiego w domu poprzez gry jest o tyle ciekawym sposobem, że w zasadzie czasu spędzonego na grach, nie identyfikujemy z nauką. Nie odczuwamy związanego z tym wysiłku, a czynność ta nie wymaga dużego nakładu czasu. Podejrzewam, że jest dużo więcej podobnych gier, jeśli znacie jakieś to podrzućcie mi w komentarzu.

Moja nauka angielskiego w domu – sposoby

Wiecie już na jakich narzędziach bazuje moja nauka angielskiego w domu, a teraz pora na kilka słów o tym jak wygląda nauka sensu stricto – jak uczę się słówek, jak zapamiętuję przydatne wyrażenia, jak uczę się konstrukcji gramatycznych:

  • W pierwszej kolejności przygotowuję tabelkę w formacie A4, dzielę ją na 4 kolumny. W pierwszej wpisuję słowo po angielsku, drugą zostawiam pustą w trzeciej wpisuję polskie tłumaczenie, a czwartą zostawiam pustą. Zginam kartkę na pół wzdłuż dłuższego boku. Najpierw staram się uzupełnić wersję z angielskiego na polski (w drugiej kolumnie), następnie odwracam złożoną kartkę na druga stronę i tłumaczę polskie słówka na język angielski. Rozkładam kartkę, sprawdzam poprawność tłumaczeń. W tej formie się uczę, czytam raz czy dwa. Zmazuję zawartość kolumny drugiej i czwartej. Podchodzę do uzupełniania jeszcze raz, sprawdzam. Jeśli gdzieś popełniłam błąd, zakreślam słowo neonowym kolorem i układam z nim zdania. Jeśli jakieś słówko jest wyjątkowo złośliwe to?
  • Najtrudniejsze dla mnie słówka rozkładam po całym mieszkaniu spisane na małych karteczkach z tłumaczeniem na odwrocie. Przyklejam do ramki na zdjęcie, wieszam w kuchni, wkładam do książki, do portfela. Staram się otoczyć uporczywym słówkiem, by nadziewać się na nie parę razy dziennie. Po kilku dniach słówko nauczone.
  • Oprócz słówek uczę się również gotowych wyrażeń. Forma jest początkowo podobna do tabelki ze słówkami. Jeśli jakieś wyrażenie sprawia mi problem, wpisuję je w gogle z dopiskiem „lyrics” – dostaję tekst piosenki, w której znajduje się moje wyrażenie. Odpalam piosenkę na YouTube, wsłuchuję się w tekst. I zapętlam, i zapętlam, i zapętlam jak Wittamina na Vine. Ponadto, wykorzystuję kartkę, którą zawsze mam pod ręką (jestem z tych, którzy bazgrolą podczas rozmowy telefonicznej czy oglądania filmików) i bezwiednie notuję frazę kilka czy kilkanaście razy.
  • Jeśli chodzi o naukę gramatyki – podstawą są oczywiście ćwiczenia (np. uzupełnianki), ale mam jeszcze jedną prywatną metodę. Tworzę absolutnie abstrakcyjną historyjkę czy dialog, w której muszę użyć danej formy gramatycznej. To, co jest abstrakcyjne czy zabawne dla mnie, nie musi być takie dla was, ale przytoczę jeden przykład dla zobrazowania mechanizmu. Dajmy na to czasy przeszłe, past simple i past continuous. Wiadomo, wiadomo continuous sytuacja ciągła, simple przerywa. Ale jakoś tak łatwiej się zapamiętuje, kiedy mam w głowie sobie zdanie wzorcowe „kiedy biegałam po parku (past continuous, sytuacja ciągła), Michael Jackson poprosił mnie o rękę (continuous – sytuacja przerywająca”. Im bardziej abstrakcyjne skojarzenie tym trwalsze.
  • Niestety – bez tego nie ma szans na długotrwałe zapamiętanie dużej ilości słówek. Czasem wracam do moich tabelek, czasem powtarzam rundy w Duolingo, czytam tłumaczone jakiś czas temu artykuły. Formy powtórek są przeróżne, ale powtórki są konieczne.

Ufff, to by było na tyle. Kończę powoli, bo zamiast pisać o tym jaka to fajna jest nauka angielskiego w domu, powinnam? brać się za naukę. Mam super tekst o wielozadaniowości, więc aż się chce! Pamiętajcie o prezencie (słuchawkach) przy zakupie minimum 3 lekcji na www.chatterbox.pl, wyślijcie maila i w treści dopiszcie „Dr Lifestyle”. Zanim kupicie, wybierzcie darmową lekcję próbną, żeby zobaczyć czym tak się zachwycam. Ja się już dzisiaj nagadałam, teraz czekam na Wasze metody nauki angielskiego (czy ogólniej: języka obcego). Jestem też bardzo ciekawa czy to ja źle trafiałam w gimnazjum i liceum czy może nieprzygotowani angliści w szkołach to bolączka polskiego systemu edukacji? Póki co nauka angielskiego w domu jest dla mnie najskuteczniejsza, choć może gdybym kilka lat temu miała tą samą świadomość potrzeby znajomości języka podchodziłabym do tego inaczej…? Nie pozostaje mi nic innego jak nadrobić stracony czas. Czekam na Wasze doświadczenia z nauką języków obcych :).