Jak poczuć się lepiej i stać się szczęśliwszym?

CALM ODPUŚĆ FOMO

Bądź grzeczny. Bądź miły. Nie kłoć się z koleżanką. Przeproś kolegę. Schowaj dumę w kieszeń. Zachowuj się –  co sąsiedzi pomyślą!

Te zwroty słyszałeś znacznie częściej, niż: pomyśl o sobie, zadbaj o siebie, bądź dla siebie dobry, jesteś ważny. Prawda?

Nie ma w tym nic dziwnego. Niemal każdy rodzic chce wychować dziecko na koleżeńskiego, sympatycznego człowieka, któremu łatwo będzie funkcjonować w społeczeństwie. Niestety bardzo łatwo w tym wszystkim zapomnieć o jednej, niezmiernie ważnej kwestii: na nic dobre relacje z innymi, dopóki  nie będzie dobrych relacji z samym sobą.

Jestem samonakręcaczem. To ja chcę od siebie ciągle więcej i więcej mimo że rodzice i Łukasz są dumni, chwalą i dopingują. Ciągle stawiam poprzeczkę jeszcze wyżej. I jeszcze trochę. Bo przecież mogę. Bo kto, jak nie ja. Mogę być lepsza, fajniejsza, mądrzejsza, bardziej oczytana, bardziej elokwentna, bardziej wysportowana, bardziej perfekcyjnopaniodomowa, bardziej każda. Jaka? To zależy od dnia. Od znajomej, którą spotkałam, od artykułu, który przeczytałam w gazecie, od internetowej sławy, która mignie mi na newsfeedzie. Mały bodziec z zewnątrz potrafi podburzyć wszystkie dotychczasowe ustalenia. Zapominam na czym mi zależy i nagle czyjeś pragnienia (bądź rzeczywistość) wyznaczają kierunek moich marzeń.

Jak dobrze, że mam to za sobą! Czasami przemawia przeze mnie dawny Samonakręcacz, ale nowa MonikaZen szybko go ucisza. Proces przemiany był długi i żmudny. Ale zdecydowanie warto było podjąć próbę. Jestem szczęśliwsza, spokojniejsza, bardziej optymistycznie nastawiona do życia. Nawet w sytuacjach stresujących, mój ogólny nastrój jest pozytywny.

calm odpuść fomo

Przykre czy niemiłe zdarzenia nie przechodzą bez echa. Moje serce nadal bije i jest zlepkiem sprawnie funkcjonujących komórek, a nie zimnym głazem ;). Ale te negatywne emocje przychodzą i odchodzą, nie zaprzątając sobą mojej głowy przez cały dzień. Albo przez kilka dni.

Być może to kwestia wieku. Może po prostu dojrzałam i stąd ta przemiana?

Hipoteza choć logiczna, to naciągana. Przecież dobrze wiem  jak bardzo zabiegałam o dojście do tego etapu. Co pomogło mi nie tylko zaakceptować siebie, ale nawet siebie polubić? Mieć dobry humor od rana do wieczora i tyle optymizmu, że wystarcza go na obdzielanie nim innych?

Inspiracją do napisania dzisiejszego tekstu jest książka Calm. Nazwę możecie kojarzyć z popularnym serwisem z muzyką relaksacyjną i metodami ułatwiającymi osiągniecie spokoju. Mogłabym napisać, że Calm to książka o rozwoju osobistym. O medytacji. Kreatywności. Dobrych relacjach z samym sobą i innymi. O praktykowaniu uważności. Najlepiej jednak oddaje jej charakter określenie „książka o tym, jak być dla siebie lepszym”.

Jest wyjątkową pozycją, która wśród koleżanek z branży wyróżnia się właściwie wszystkim. Zamiast ścian tekstu dostajemy piękne ilustracje. Łukasz był zachwycony typografią i nalegał, by to słowo (nie Łukasz, a typografia) pojawiło się w tekście. Są w niej karty do wypełnienia, inspirujące cytaty, a nawet kolorowanki. Calm nie podaje gotowych rozwiązań – sprzedaje filozofię życia, która jest niesamowicie zbieżna z tym, co próbuję wdrożyć w swojej codzienności.

Być może to kwestia autorów. Nie wypowiadają się z poziomu mentora, ale równego nam partnera. To młodzi goście, którzy nie próbują wmówić nam, że powinniśmy wprowadzić do życia ascezę, wyrzec się technologii, odciąć od Internetu. Próbują wskazać drogę do spokoju w codziennym świecie, bez rezygnacji z możliwości, które przed nami roztacza.

Kupili mnie pragmatycznym podejściem, zwartą treścią i poradami, które łatwo wcielić w życie. Zamiast opowiadać długimi godzinami o sztuce medytacji, oni sprowadzają ją do choćby 10 minut dziennie, spędzonych w spokoju, bez bodźców zewnętrznych. To brzmi znacznie lepiej niż rytuał z pustelnikiem w najbardziej odległym zakątku świata. W tej niepozornej, niebieskiej książeczce przywołanych jest wiele badań naukowych, potwierdzających prezentowane w niej teorie. Nie jest to podręcznik dla zaawansowanych, ale z pewnością bardzo skuteczny inspirator dla początkujących.

To dzięki Calm dowiedziałam się o FOMO. FOMO, czyli „fears of missing something” – lęk przed tym, że coś nas ominie. Tutaj możecie przeczytać więcej na temat FOMO, zrobić prosty test sprawdzający czy ten problem Was dotyczy, a także podejrzeć kilka propozycji prostych rozwiązań do wdrożenia na co dzień, by żyło się lepiej.

O co chodzi z tym FOMO? Codziennie jesteśmy zalewani ogromem informacji i możliwości. W moim przypadku możliwości bardzo często okazywały się ogranicznikami. Tak bardzo bałam się zaprzepaszczenia jakiejkolwiek szansy, że łapałam się każdej możliwej. Właśnie ze strachu przed tym, że coś może mnie ominąć. Że ktoś, kto podejmie wyzwanie, którego ja nie chciałam, zyska coś super rewelacyjnego o czym ja marzę. Nawet kiedy to piszę, nie mogę uwierzyć we własną głupotę. Być może dla części z Was to oczywistości. Dla mnie odkrycie roku.

calm odpuść fomo

Tak wygląda pierwsze podejście do zrobienia ładnego zdjęcia przez blogerkę, która nie ma kota.

calm odpuść fomo

A tak zrobione przeze mnie.

Wracając do książki! Bardzo nie lubię hurraoptymistycznych poradników, które obiecują złote góry za postawienie książki na półce. Mimo krótkiego czasu odkąd książka wpadła w moje ręce, przeczytałam ją już dwa razy. Czyta się ją błyskawicznie, co dla części osób będzie zapewne wadą. Dla mnie to zaleta i potwierdzenie filozofii, którą promuje książka – chrońmy się przed zalewem informacji i wybierajmy tylko te najbardziej znaczące. Kilkanaście grafik spełni rolę tapety w telefonie. Niektóre fragmenty wpisałam do mojego myślodsiewnika. Po lekturze czułam się zainspirowana, zmotywowana i? Spokojna.

CALM ODPUŚĆ FOMO

Poznajcie 16  rzeczy, nawyków i sposobów, które na co dzień czynią mnie znacznie szczęśliwszą. Próbuję wdrażać je w życie od października 2015 roku (niektóre elementy dochodziły w trakcie). Co ważne, trudno mi określić, które z wymienionych punktów są przyczyną, a które skutkiem. Zaczęłam biegać, bo poczułam się ze sobą lepiej czy poczułam się ze sobą lepiej, bo zaczęłam biegać? Zacznijmy, więc:

  1. Bieganie – mogę mieć najpodlejszy nastrój, a po zakończonym treningu czuję się co najmniej poprawnie (a zazwyczaj rewelacyjnie). Podczas biegania świetnie się myśli, ale też nie myśli. To dobry moment na pobycie z samym sobą, wsłuchanie się w muzykę, albo to, co krąży po głowie i nie daje spokoju. Rozwiązania pojawiają się same.
  2. Zdrowe odżywianie – od 3 lat jem poprawnie. Pozwalam sobie na różne mniejsze i większe występki (częściej większe), ale generalnie jem dobrze. Teraz jem bardzo dobrze. Uważam na to, co wrzucam na swój talerz nie tylko pod kątem sylwetkowym, ale przede wszystkim odżywczym. Dbam o to, by pokrywać zapotrzebowanie na witaminy i minerały. Realnie przekłada się to na fizyczne możliwości. Mam więcej siły i energii do działania. Wysokiej jakości, dobrze zbilansowane posiłki przekładają się na fizyczne możliwości.
  3. Picie 2 litrów wody dziennie – koncentracja na poziomie level expert gwarantowana
  4. Poranny trening – w moich vlogach od początku roku mogliście zobaczyć, że każdy poranek zaczynam od sesji ćwiczeń. Nie jest to żaden skomplikowany trening, a raczej swobodne rozciąganie, ćwiczenia relaksacyjne. Pod wpływem książki zamieniłam poranny trening na poranną „medytację”. Dodaję cudzysłów, bo wiem, jak groźnie brzmi to słowo. Książka sugeruje, by w trakcie medytacji przywoływać myślami spokojne miejsce, ciepłe wspomnienie z jak największą ilością szczegółów, bądź coś, co sprawiło nam kiedyś radość. Wprawia mnie to w doskonały nastrój na cały dzień.
    CALM ODPUŚĆ FOMO
  5. Praktykowanie wdzięczności – każdego wieczora zapisuję na kartce 3 rzeczy, za które danego dnia jestem wdzięczna. Dawniej bardzo często zasypiałam z myślą o tym, że coś poszło nie tak. Że coś muszę, powinnam, że czegoś nie mam, a przecież chciałabym. Te myśli bezpośrednio przed snem utrudniały proces samego zasypiania, ale też wpędzały w podły nastrój. Naprawdę nie ma nic sensownego w roztkliwianiu się nad tym jak bardzo wszystko jest do dupy. Myślenie o trzech – choćby najmniejszych – pozytywnych drobiazgach, jasnych myślach danego dnia, działa dokładnie odwrotnie.
  1. Doprecyzowanie celów – lubię mieć dużo, angażować się we wszystko i pomagać każdemu. Niedawno zrozumiałam (niemalże Amerykę odkryłam), że lepiej skupić się na mniejszej ilości, ale z większym zaangażowaniem. Wyznaczyłam sobie trzy najważniejsze cele tego roku, rozpisałam sposoby realizacji. Każdego wieczora zadaję sobie pytanie „co zrobiłam dzisiaj, by zrealizować mój cel”. Świadomość, że wieczorem będę musiała udzielić na nie odpowiedzi nie raz zmotywowała mnie do działania. Nie lubię robić z siebie idiotki.
  2. Kolorowanie ? wszystko, co przeczytaliście w Internecie na temat kolorowanek dla dorosłych jest prawdą. Relaksują, odstresowują i odwracają uwagę od najbardziej uporczywych myśli. Zrobiłam z kolorowania swój rytuał, który ułatwia mi zasypianie.
    calm odpuść fomo
  3. Sen – no właśnie. Nadal bywają tygodnie, w których śpię po 3 h dziennie, ale bardzo pracuję nad tym, by było ich jak najmniej. Odkąd przestałam liczyć owce (w Calm widziałam wyniki badań wykazujące brak skuteczności tego działania), a zaczęłam myśleć o miłych rzeczach, miejscach, w których chciałabym się znaleźć, zasypia mi się znacznie łatwiej. Kiedyś potrafiłam przeleżeć 2 h i mimo zmęczenia nie móc zasnąć. Teraz mnie to nie dziwi. Mój mózg był bombardowany natłokiem informacji. Zastanawiałam się co czeka mnie jutro, a co z dzisiejszych wydarzeń mogło pójść lepiej. Co mogłam zrobić inaczej, co powinnam była zrobić inaczej, a co w ogóle nie powinno mieć miejsca. Teraz próbuję z całych sił odsuwać od siebie te myśli.

A teraz słuchajcie, to bardzo ważne. Nie myślcie o białym niedźwiedziu polarnym, który je marchewkę.

Mam Cię! Nic dziwnego, że zobaczyłeś białego niedźwiedzia polarnego jedzącego marchewkę.

Jeśli mówisz sobie „nie chcę myśleć o szefie, nie chcę myśleć o szefie” – przywołujesz myśli o nim. Jeśli zamiast tego przywołasz super wspomnienie, albo zaczniesz wizualizować jedno ze swoich marzeń, będzie znacznie łatwiej zastąpić twarz szefa przyjemniejszym obrazkiem.

  1. Relacje – mniej w Internecie, więcej w świecie. W moim przypadku to nie lada wyzwanie. Moja praca i hobby (blog) dzieją się w Internecie. Ale to nie znaczy, że muszę być zawsze online. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie tego, ale odkąd umiem włączyć tryb samolotowy w telefonie i komputerze, znacznie łatwiej mi się zrelaksować. Nie robię tego każdego wieczora, bo nie zawsze tego potrzebuję. Takie dni należą wręcz do rzadkości.

W tej elastyczności założeń upatruję się sukcesu moich działań. Nie narzucam sobie nic, ani niczego nie zakazuję. Kilka tygodni z ograniczeniem bodźców zewnętrznych znacznie ułatwiło mi proces wsłuchiwania się w samą siebie. Nawet nie wiedziałam, że mogę mieć takie banalne potrzeby, których spełnienie daje mi tyle przyjemności.

20150516-20150516-IMG_8896
  1. Racjonalne planowanie – wpadłam w sidła planowania. Próbowałam przewidzieć swoją przyszłość, przyszłość Łukasza, naszych dzieci i ich wnuków. A co jeśli, a może gdyby, a jakby to, to co? Zawszezawszezawszezawsze na pełnych obrotach. Teraz staram się wybiegać w przyszłość na tyle, na ile sięgają moje aktualne cele. Jednym z największych jest rozpoczęcie poradnictwa żywieniowego w 2017 roku i wiele swoich decyzji podporządkowuję temu celowi. Nie planuję jednak światowej ekspansji, szczegółowych zasad franczyzy i nie zastanawiam się czy lepiej mieć swój gabinet czy wynajmować u kogoś. Skupiam się na tym, co jest na ten moment niezbędne – moje możliwie najwyższe kwalifikacje i zdobyte doświadczenie.
ogorkowa
  1. „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Daję sobie szansę na bycie niedoskonałą. Co ciekawe, nie zauważyłam spadku zadowolenia z samej siebie. Ba! Osoby z mojego otoczenia również widzą wyłącznie pozytywną zmianę. Kolejne potwierdzenie zasady „mniej znaczy więcej”. Im lepsze relacje mam z samą sobą, tym lepiej układają mi się relacje z innymi.
  2. Zabiłam Zosię. Zosię Samosię. Zaczęłam dzielić się obowiązkami z innymi. Jaśniej artykułuję swoje oczekiwania wobec innych. Mniej boję się prosić o pomoc. Kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia, bo przecież mogłoby być odebrane jako przyznanie się do niewiedzy. Toć to zbrodnia przeciwko ludzkości!
    wyroznione_maskajpg
  3. Domowe spa. Zaczęłam wpisywać do kalendarza zabiegi urodowe. Malowanie paznokci, maseczka, fryzjer, peeling itp. Mają taką samą wagę, jak inne obowiązki, rezerwuję dla nich konkretne przedziały czasowe. Czuję się znacznie bardziej zadbana, a przez to bardziej zadowolona. Zamiast bawić się w pimp my face przed imprezą, staram się co kilka dni robić coś, co pomoże mi wyglądać lepiej na co dzień. Dodatkowo te czynności same w sobie działają na mnie relaksacyjnie.
  4. Lenię się. W końcu mam odwagę przyznać przed samą sobą, że nie każde zajęcie musi być kreatywne, inspirujące i rozwijające. Czasami to, czego potrzebuję, to durna komedia, w której ktoś się potyka, a ja śmieję się do rozpuku. Bywa, że zamiast dobrego czerwonego wina, orzechów i sera wolę piwo. Miodowe. Z orzeszkami pod ręką. Przecież nie ma w tym nic złego! No, może wysoki indeks glikemiczny 😉
  5. Nie zadręczam się rzeczami, na które nie mam wpływu. To chyba najważniejszy podpunkt ze wszystkich w tym tekście. Za każdym razem, gdy zaczynam się czymś martwić, zadaję sobie pytanie „czy jest coś, co mogę zrobić, by zmienić stan rzeczy”. Jeśli odpowiedź jest negatywna odpuszczam na tyle, na ile to możliwe. Każdą minutę niepokoju przeliczam na straconą minutę życia. Przecież nikt mi jej nie odda, a to czy ja będę buzować ze złości czy zaakceptuję problem takim, jaki jest, nie zrobi żadnej różnicy.Nie zrozumcie mnie źle! Nie chodzi o to, by wszystkie porażki i problemy zrzucać na poczet „nie mam na to wpływu, więc muszę to akceptować, nie warto się zadręczać, nie będę nic z tym robić”. Zawsze staram się znaleźć wyjście ewakuacyjne, zrobić cokolwiek, co choć w małym stopniu może zmienić stan rzeczy. Ale gdy nie mogę, nie rwę sobie z tego powodu włosów z głowy.
    DSC_2383
  6. Pozwalam sobie na bycie smutną. Przykład z ostatnich dni: ubiegając się o wejście do finałowej dziesiątki Bloga Roku spadłam na 13 miejsce 12 h przed zakończeniem głosowania (po raz setny dziękuję za uratowanie sytuacji!). Gdy zobaczyłam ranking, było mi smutno. Przez parę minut próbowałam się pocieszać, racjonalizować i tłumaczyć, że najważniejsze jest to, ile osób uważa, że mój blog na taki tytuł zasługuje (co od początku było dla mnie najważniejszym parametrem w całej tej akcji). Ale w porę się opamiętałam. Smutek, to normalna i zdrowa reakcja na rozczarowanie. Mam prawo być smutna, nawet łzę uronić mogę! Jestem słaba? Nie. Jestem człowiekiem.

Do czego doprowadziły powyższe zabiegi? Mogę bez cienia zażenowania spojrzeć w lustro i powiedzieć: Dziewczyno, lubię Cię, jesteś fajna. Nadal widzę w tym lustrze duży nos, wąskie usta i masę pryszczy. Nadal nie jestem tak opanowanym człowiekiem jak bym chciała. Nadal często mówię szybciej, niż myślę. Ale jest mi dobrze z samą sobą.

Nie jestem idealna, ale idealnie sobie z tym radzę.

A przecież dobrze wiecie, że nie zawsze tak było.

CALM ODPUŚĆ FOMO

Jest mi bardzo miło być częścią kampanii „Odpuść FOMO”. Książka, o której cały czas piszę jest według mnie przedłużeniem kampanii i rozwinięciem głównych tez w niej promowanych. Warto rozpocząć od niej proces dokonywania zmian w stylu życia (w zakresie znacznie szerszym zdrowe odżywianie i aktywność fizyczna). Dla mnie stała się bardzo ważną pozycją, która otworzyła mi oczy jeszcze szerzej.  Calm to dobry drogowskaz na początek. Ręczę swoim dobrym imieniem, że nie będziecie rozczarowani! Polskim wydaniem zajmuje się Wydawnictwo Albastros (znajdziecie ich na Facebooku i inspirującym Instagramie). Odwalili kawał dobrej roboty, wierzę, że książka znajdziecie wielu fanów. Mogę być pierwsza na liście :).

Z przymrużeniem oka czytałam jedynie fragment o kostce czekolady. Bez wątpienia będziecie wiedzieć, o którym mówię, gdy zaczniecie czytać. Mam nadzieję, że choć jedna z szesnastu rzecz zainspiruje Was do robienia więcej dobrego dla siebie. Miejcie się dobrze!