6 lekcji wyciągniętych ze Slow fashion – modowa rewolucja

Z budowaniem funkcjonalnej szafy jest trochę tak, jak z odchudzaniem. Niby wszyscy wiemy, co powinniśmy robić, ale nijak ma się do tego, co robimy. Masz rzucić czekoladę? No dobra, jeszcze dzisiaj ostatni raz, a od jutra to już na pewno! Wiesz, że nie potrzebujesz kolejnych jeansów? No ale te są wyjątkowe, tak super podkreślają tyłek, są ekstra. W przypadku czekolady zazwyczaj nie idziesz pobiegać, by spalić nadwyżkowe kalorie, a w sprawie spodni nie pozbywasz się jednej pary starych jeansów, by zrobić miejsce dla nowych.

Efekt? W obu przypadkach znikasz – w pierwszym pod warstwą tłuszczu, a w drugim pod stertą ubrań.

Gdy rano otwierałam szafę, nie sięgałam po śliczną koronkową bluzeczkę z misternymi zdobieniami. Wrzucałam na siebie drugą skórę, czyli doskonale Wam znaną bluzę Balonowa. Gdy spieszyłam się do pracy, nie prasowałam spodni na kant, a wybierałam te, które nie wymagały zaangażowania żelazka. Szykując się na imprezę, dochodziłam do wniosku, że w nawet najseksowniejszych czerwonych szpilkach nie będę wyglądać zjawiskowo, skoro cały wieczór spędzę w loży z obolałymi stopami, gdzie i tak nikt nie zwróci na mnie uwagi.

To po jaką cholerę kupowałam kolejne koktajlowe sukienki? Nie wiem. Jednego mogę być pewna: nieudane zakupy przechodzą do historii. Co za tym stoi?

Slow fashion – modowa rewolucja.

ksiazka2
Autorka dumnie prezentująca swoje dzieło. Źródło: http://styledigger.com/

Książka Joanny Glogazy z www.styledigger.com była pozycją długo przeze mnie wyczekiwaną. Blog Asi był jednym z pierwszych, które poznałam (do dziś pamiętam szczękoopad, który zaliczyłam po zobaczeniu jej kozaków za kolano z River Island). Jestem z nią od początku i z przyjemnością obserwowałam jej rozwój, którego naturalnym efektem było blogowanie na coraz wyższym poziomie. Po takim wstępie możecie się domyślać jak duże były moje oczekiwania.

Książka Slow fashion – modowa rewolucja nie tylko je spełniła, ale przerosła. To nie tylko kawał dobrego poradnika (który skądinąd nie charakteryzuje się utartą poradnikową strukturą i idealizowaniem rzeczywistości) i świetna książka do zrelaksowania się. To swoisty kop w tyłek. Zanim opowiem Wam, czego nauczyłam się od Asi podkreślę, że na początku czytania zaczęłam wypisywać fragmenty, które mnie rozbawiły. Nie mogę ich jednak zaprezentować, bo wówczas post miałby nie 2000 słów, a co najmniej 5000. Super język, styl, humor i przede wszystkim – treść. Do jakich wniosków doszłam po lekturze Slow fashion – modowa rewolucja?

1. Nie potrzebuję garderoby Carrie Bradshaw

Nigdy do niej nie aspirowałam, ale podświadomie adaptowałam w swojej codzienności pewne cechy jej szafy. Miałam milion (no dobra, około dwustu) ubrań, z których w stałym użytku było zaledwie 20 %. Niektóre sukienki czekały na wyjątkową okazję, koszule przydadzą się jak już będę prezesem IŻiŻ, jeansy co prawda trochę spadają, ale jak kupię pasek to będą idealne, a te wszystkie t-shirty wystarczy tylko wyprasować i wtedy już nic, tylko zakładać konto na lookbooku.

No nie do końca. Modowa rewolucja czy raczej jej autorka, uświadomiła mi, że te ubrania to nic innego jak stracone pieniądze i wyrzut sumienia.

2. Nie jestem blogerką modową

Mój strój nie musi zaskakiwać, być wyjątkowy, odkrywczy, ani trendy. Mój strój musi umieć mi służyć – nigdy odwrotnie. Asia stoi w mocnej opozycji do wszelkich modowo-stylowych poradników czy czasopism, które sugerują, że każda kobieta powinna mieć w swojej szafie trencz, białą koszulę i czarne szpilki. Modowa rewolucja skłania do stworzenia własnego uniformu – stroju, który jest idealnie dopasowany do naszego stylu życia i osobowości.

Nie potrzebuję 10 par szpilek, skoro częściej niż na imprezę, idę na siłownię, a nawet najpiękniejsza koszula nie doda mi uroku, skoro będzie czekać w szafie na dzień swojej premiery.

Mój strój musi być wygodny – nic nie może mnie uciskać, obcierać, uwierać ani drażnić. Zastanowiłam się  w jaki sposób najczęściej spędzam czas. Ze zdziwieniem odkryłam, że większość czasu spędzam w domu (ze względu na pracę zdalną) lub na uczelni – w obu miejscach sprawdza się ten sam strój. Cotygodniowe wizyty w biurze nie wymagają ode mnie zakupu garsonki – wystarczy, bym wyglądała schludnie. Imprezy ze znajomymi to nie szaleństwo w klubie, a koncert, piwo w pubie lub grill. Strój na randkę? Dodam czerwoną szminkę, a roshe runy zamienię na szpilki i będzie cacy.

3. To, że Chiara Ferragni dobrze wygląda w cropp topie nie znaczy, że ja też  powinnam go nosić

Zdałam sobie sprawę z tego, że najlepiej czuję się w strojach nienachalnie podkreślających figurę. Na szczęście wyrosłam z przekonania, że tylko sukienka o długości 80 centymetrów z dekoltem na 60 centymetrów, dodają uroku i seksapealu. Zamiast świecić nogami, cyckami i tyłkiem, wolę robić to tylko jedną częścią ciała na raz ;).

Najlepiej czuję się w stonowanych kolorach: biel, szary, różne odcienie błękitu i granatu. Asia radziła, by przyjrzeć się stylowi osób, które wydają nam się dobrze ubrane. Patrząc na Weronikę Załazińską, czy Elin Kling nie zobaczyłam limonkowej koszuli z żabotem połączonej z turkusowymi ogrodniczkami. Proste formy, klasyczne fasony, stonowane kolory. Dla kogoś tak może wyglądać nuda, dla mnie jest to kwintesencja stylu.

Idąc krok dalej, doszłam do wniosku, że modowe upodobania są zbieżne z moim lenistwem. Znacznie łatwiej sensownie się ubrać, gdy większść elementów w szafie pasuje do siebie nawazajem i ma szansę tworzyć spójną całość.

4. Nudny = stylowy

raspberry and red
Na zdjęciu: Weronika Załazińska Źródło: http://raspberryandred.net/

Skoro zawsze – mniej lub bardziej świadomie – wiedziałam, co mi się podoba (wspomniane stonowane kolory, miłe materiały, proste, funkcjonalne formy) to po jaką cholerę kupowałam cekinowe kamizelki, tiulowe spódnice i szesnastocentymetrowe szpilki? Wydawało mi się, że takie urozmaicenia dobrze robią mojej szafie. Modowa rewolucja pomogła mi zrozumieć, że nudny, może znaczyć konsekwentny. A taki ubiór procentuje wypracowaniem własnego stylu i dostawania wiadomości o zobacz, trafiłam na tę bluzkę i od razu pomyślałam o Tobie.

Nie pracuję w branży modowej, nie czuję potrzeby imponowania nikomu swoim strojem, więc nie zamierzam się przejmwać, jeśli komuś opatrzą się moje białe bluzki, potargane jeansy i roshe runy – trudno. Mój wygląd nie jest narzędziem do osiągnięcia jakiegoś celu, a skutkiem ubocznym prowadzonego stylu życia. Ta świadomość daje mi duży komfort. Dawniej, wydawało mi się, że mała liczba ubrań ogranicza kreatywność – bzdura! Mając masę rzeczy, może i nosimy ciągle coś innego, ale nie wykorzystujemy potencjału tych ubrań. Mniejsza liczba ciuchów = większa liczba kreatywnych połączeń i kombinacji.

5. Z kupy nie zrobię bitej śmietany

Skoro mam kilka ulubionych rzeczy to dlaczego nie spróbować skompletować szafy tak, by były w niej wyłącznie ulubione rzeczy? By ułatwić sobie to zadanie, zastanowiłam się, jakie są wspólne cechy moich ulubieńców:

  • wygoda użytkowania
  • łatwość obsługi (możliwość prania w pralce, brak konieczności prasowania)
  • dopasowanie do mojej figury + podkreślanie atutów

Skoro przy każdym praniu obserwuję ciągle i tak te same ubrania, a suszarka wygląda, jakby stała w niezmienionej formie od miesięcy to czemu nie stworzyć algorytmu ciuchu idealnego i przy kolejnych zakupach nie wybierać wyłącznie tych rzeczy, które staną się kolejnymi ulubieńcami?

6. Nie zabieram go do domu, jeśli jest tylko przystojny, a ja chcę rozmawiać o sytuacji geopolitycznej na świecie

Jeśli nowy sweterek już w przymierzalni buzi w Tobie wątpliwości – zostaw go w sklepie. Stałego związku z tego nie będzie, a z jednorazowych przygód już wyrosłaś. Jeśli potrzebujesz białej koszuli do granatowej marynarki, nie kupuj pomarańczowej – choćby była genialnie skrojona, a materiał na nią cięty z tej samej puli, co nowa garsonka Królowej Elżbiety.

Miej precyzyjną listę potrzebnych rzeczy i trzymaj się jej w trakcie zakupów.

Nie, sztruksowe dzwony w Twoim ulubionym kolorze, to nie to samo co granatowe spodnie na kant.

Co zrobiłam po przeczytaniu i co mi to dało?

stylediger1

Lekka i przyjemna lektura to jedno, a wymierne efekty z niej wynikające – to drugie. Wbrew pozorom te dwie rzeczy nie zawsze idą ze sobą w parze. Pewnie znacie uczucie palącej motywacji do treningu, może nawet nastawiacie budzik na 6:30, by iść pobiegać, a rano decydujecie, że to bez sensu i w sumie, skoro zwlekało się całe życie to ten jeden dzień nie zrobi różnicy.

Jak było w przypadu Slow fashion – modowa rewolucja? Porady zawarte w książce były bardzo rozsądne, a zastosowanie się do nich nie wymagało poświęcecnia dużych pokładów czasu i energii, ale i tak zaadaptowałam je do swoich warunków i potrzeb. Tylko w ten sposób mogły przynieść pożądane rezultaty – puentą książki jest życie w zgodzie ze sobą i świadome projektowanie swojej codzienności, więc takie rozwiązanie nie może być złe!

  • wyrzuciłam wszystkie rzeczy z wszystkich szaf i bardzo krytycznym okiem, przyjrzałam się im i podzieliłam na trzy grupy „uwielbiam i noszę cały czas”, „lubię, ale rzadko mam okazję”, „nie miałam na sobie dłużej niż 3 miesiące”
  • ciuchy z grupy I i II wróciły do szafy, trzecie rozdałam
  • po tygodniu zdecydowałam, że dojrzałam do rozstania się z grupą II – zrobiłam wyprzedaż, a ciuchy, które się nie sprzedały oddałam potrzebującym
  • po dwóch tygodniach okazało się, że jestem w stanie jeszcze bardziej ograniczyć ubrania z grupy I – aktualnie są schowane do pudełka pod łóżkiem, jeśli do końca lipca nie odczuję braku żadnej z nich, również oddam/sprzedam
  • będąc w sklepie kręcę nosem, jeśli cokolwiek jest nie tak. Łapię się czasem na tym, że wrzucę coś do koszyka – ostatnio miałam taką sytuację w Tigerze… Weszłam, by kupić ulubione przyprawy, ale na moje nieszczęście przeszłam obok półki z zeszytami. Taki piękny był. Czarny, skórzany, z pożółkłymi kartkami, a gdy patrzyło się na niego z boku to wzór na kartkach układał się w kota, trenującego jogę. No dobra, robiącego koci grzbiet. Wpadł do koszyka. Nim doszłam do kasy, musiałam zawrócić, by grzecznie odłożyć go na półkę. Co z tego, że jest piękny, skoro przy moim zapasie zeszytów zacznę w nim pisać najwcześniej w 2065 roku?

Podsumowanie

Po przeczytaniu Modowej rewolucji czyha na nas tylko jedna pułapka – choć nie grozi tym, którzy czytali książkę uważnie i wzięli sobie do serca wszystkie rady Asi. Istnieje ryzyko, że chcąc uzupełnić garderobę, po wcześniejszym przerzedzeniu jej, kupimy rzeczy idealnie pasujące do naszego stylu, wpisujące się w zasady samodzielnie wykreowanego uniformu, wysokie jakościowo, ale kupimy ich najzwyczajniej w świecie za dużo. To trochę tak jak z cheat mealami.

Jak ta kwestia wygląda w moim przypadku (ubrań, nie cheat mealu)? Nie dość, że nawet najśliczniejsze ubrania przestały krzyczeć do mnie z wystaw, to zasady dotyczące robienia zakupów ubraniowych, przełożyłam na wszystkie inne. W Ikei obeszło się bez nowych podkładek pod talerze, w Tesco nie wrzucam do koszyka kolejnych paczek brązowego ryżu, jeśli w szafce nadal są 3 pełne, a w Leroy Merlin nie kupuję nasion bazylii, bo z doświadczenia wiem, że w moim mieszkaniu nasionka na zawsze pozostaną tylko nasionkami.

Zniknął odwieczny dylemat nie mam się w co ubrać, każdego dnia podoba mi się mój strój, czuję się wygodnie, co (w połączeniu z zadowoleniem z wyglądu) skutkuje wzrostem pewności siebie. A to ostatnie znacząco wpływa na to, jak postrzegają mnie inni.

Książka Styledigger, nie odkrywa świata na nowo, ani nie dyktuje nowych zasad. Ale to jej pierwszej udało się przedstawić te oczywistości (bazujące przede wszystkim na zdrowym rozsądku) w sposób, który bawi podczas czytania, skłania do refleksji po skończeniu lektury i daje kopa do wprowadzenia tych zmian w życie. Pewnie to nie miałoby miejsca, gdyby nie blog mojej ulubionej minimalistki, który od kilkunastu miesięcy serwował mi refleksje w stylu: a może ja też mogłabym skończyć z szafą wymiotującą na mnie poliestrem za każdym razem, gdy otwieram jej drzwi? Książka była po prostu kropką nad i.

Jeszcze parę tygodni i zostanę blogerką modową ;).