To miał być kolejny post z serii Jaki lajf, taki stajl…

Nie zmieniłam profilowego na barwy flagi Francji. Nie napisałam statusu z #prayforParis. Nie udostępniłam w tym temacie żadnego posta. Nie wdałam się też w żadną dyskusję.

Po prostu nie znam słów, którymi mogłabym wyrazić jak bardzo wstrząsnęły mną wydarzenia tego weekendu. Jak niedobrze mi się robi, kiedy przez fejsbukowy wall przewijają się kolejne fale nienawiści (bo hejt wydaje się zbyt łagodnym określeniem). Nagle wszyscy stali się ekspertami od socjologii, religioznawstwa i stosunków zagranicznych. Powtarzają bezmyślnie niczym Żako Artur, że nie każdy muzułmanin to terrorysta, ale każdy terrorysta to muzułmanin. Bezmyślnie, bo (powtarzając za Konradem Kruczkowskim) aktów terroru dokonywał Irgun (organizacja żydowska), IRA (katolicy), Ku Klux Klan (protestanci) i Czerwone Brygady (wojująca lewica). Nie dopuszczając do świadomości setek tysięcy deklaracji #notinmyname, za pośrednictwem których muzułmanie odcinają się od aktów terroru, dokonywanych przez ludzi wyznających tego samego Boga, co oni sami.

Takie tragedie zdarzają się na całym świecie znacznie częściej, niż nam się wydaje. Z tą różnicą, że kiedy na czerwonym pasku w trakcie Wiadomości pojawia się komunikat o zamachu w Czadzie, to nikt się nie ekscytuje. To daleko. To nas nie dotyczy. To nie nasza sprawa.

W miniony piątek życie (według różnych źródeł) 120-150 osób. Zamach miał miejsce we Francji, choć jego zasięg był większy, niż przy wybuchu bomby atomowej. Dlaczego? Wydarzenia z piątkowej nocy godzą w poczucie bezpieczeństwa mieszkańców spokojnej, cywilizowanej Europy. To był zamach na jedną z najcenniejszych (dla mnie) wartości: poczucie bezpieczeństwa. Dlatego, do cholery, TAK, CZUJĘ SIĘ OFIARĄ WYDARZEŃ, KTÓRE MIAŁY MIEJSCE W PARYŻU. Czuję potrzebę solidaryzowania się z rodzinami ofiar. Czuję potrzebę relfeksji nad tym, co się wydarzyło.

Nie manifestowałam tego w mediach społecznościowych. Nie wybiorę się na żaden marsz. Siedzę z kubkiem herbaty w ręku, oglądam kolejne relacje, czytam artykuły i myślę o tym jak bardzo się z tym nie zgadzam, jaki bunt wyzwala we mnie zaistniała sytuacja. Czasem zapłaczę nad dzieckiem, które straciło tatę. Nad kobietą, która już nigdy nie usłyszy w słuchawce słów kocham Cię, dbaj o siebie, wypowiedzianych najdroższym głosem. Nad matką, która za parę dni będzie stała przy trumnie swojego dziecka. Przeżywam to w ciszy i spokoju, koncentrując się na docenieniu tego, że mogę siedzieć sobie zawinięta w ciepły koc z mruczącym kotem pod ręką i narzeczonym w zasięgu wzroku. Zamiast zmiany zdjęcia profilowego, wybieram przelew wspierający Polską Akcję Humanitarną.

Ale nie mogę odmawiać innym osobom korzystania z dowolnych form manifestowania solidarności z Francją. Dlaczego niektórych użytkowników Internetu tak bardzo boli fakt, że czyjaś twarz na zdjęciu profilowym została przykryta flagą Francji? Dlaczego bulwersują próby tłumaczenia, że nic nie jest albo czarne, albo białe. Że stawianie znaku równości między uchodźcą, a terrorystą, to karygodne nieporozumienie?

 Nasz świat dynamicznie się zmienia. Na większość tych zmian nie mamy żadnego wpływu – zależą od sytuacji gospodarczej, politycznej. Od klimatu. Czasami po prostu od kolei rzeczy. Ale to od nas zależy jak będziemy reagować na te zmiany.

Przeżywaj tę tragedię na swój sposób. Ale pamiętaj, że ten, który wybierzesz, nie jest jedynym słusznym. Postaraj się, by coś, co jest efektem nienawiści do innej nacji czy wyznania nie wyzwoliło w Tobie tych samych uczuć.