Wilk z Wall Street, czyli wielka porażka…

Dramat. Bardzo długie 3 h spędzone w kinie, po których wyszłam z bólem głowy i mocnym postanowieniem życia w ciągłej trzeźwości. Żeby nie zaprzepaścić szans. Które kuszą tak bardzo. Imponują. Pociągają. Przerażają. Inspirują? Zdecydowanie!

Wilk z Wall Street

wilk z wall street

Mimo, że rok dopiero się zaczął, już teraz wiem, że ten film pretenduje do najlepszego w 2014. Nie wiem co pokażą kinowe ekrany w najbliższych miesiącach i w sumie średnio mnie to interesuje. Ten film trafił do mnie, jak mało który. Podczas seansu starałam się zastanowić czy aby na pewno nie oceniam produkcji przez pryzmat niesamowitej historii Jordana Belforta, którą napisało samo życie. Doszłam do wniosku, że nie ma sensu oddzielać jedno od drugiego, skoro z reżyserką Scorsese tworzą zgrabną całość.

Jeśli ktoś po obejrzeniu stwierdził, że ten film to tak naprawdę wielka niekończąca się impreza, to jest mi tej osoby najzwyczajniej w świecie szkoda. Gdybyś zapytał o czym według mnie jest ten film to słowa: zdrady, alkohol, narkotyki, seks, przekręty byłyby jednymi z ostatnich w całym potoku wypowiedzianych przeze mnie wyrazów. Dlaczego? Moim zdaniem to film o wielkich szansach i możliwościach. Pomijając sam początek historii, którą znamy z wielu innych filmów – młody chłopak z wielkimi marzeniami i pustym portfelem osiąga więcej niż marzył. Pieniądz jest najsilniejszym afrodyzjakiem, rządzi światem, ludźmi. Daje możliwości. Belfort chciał z nich korzystać w ten, nie inny sposób. I mógł zrobić wszystko. Mógł zrobić to, do czego sama dąże. Nie, spokojnie – nie mam na myśli szalonych imprez z prostytutkami na jachcie wartym miliony $.

Chcę po prostu tej samej wolności wyboru.

Widzieliście film? Ja bardzo intensywnie zaciskam kciuki z myślą o Oskarze dla Leo!