Dlaczego wolałam kota za 1600 zł, niż 600 zł.

Kilkadziesiąt tysięcy zwierząt znajduje się w schroniskach. Wszystkie są przepełnione, a zgodnie z raportem NIK za 2013 rok aż 86% z nich nie zapewnia swoim podopiecznym godziwych warunków bytowania. Co czwarte zwierzę przyjęte do schroniska umiera.

A my kupujemy kotka.

Adopcja czy kupno zwierzaka

pusia

Zanim wystawię się na lincz, zaznaczę – zwierzakom w schroniskach można pomóc w inny sposób, niż zabierając je do domu. I tak też robię. Można działać lokalnie (w Łodzi np. poprzez kupowanie wirtualnych kotylionków, wspierając fundację KOTYlion) lub krajowo – tutaj z rewelacyjną inicjatywą wyszedł portal dlaSchroniska. Wybieramy konkretne zwierzę, któremu chcemy pomóc poprzez zaspokojenie jego realnych potrzeb – od suchej karmy, po gumową piłeczkę. Możemy wybrać mordkę, która podoba nam się najbardziej, która ma najmniej dotacji, która przypomina nam naszego dawnego zwierzaka. Taką, którą chcemy. To jest pomoc, która realnie wpłynie na jakość życia tych zwierzaków. O takiej możliwości wspierania schronisk dowiedziałam się od Agnieszki i po przeczytaniu tamtego wpisu postanowiłam co miesiąc wybierać kolejnego zwierzaka, któremu napełnię michę. Wam polecam to samo – można przeznaczyć na to każdą kwotę. Tutaj nawet równowartość piwa wypitego na mieście ma duże znaczenie.

grafika-12196677_3594975901

Dlaczego nie chciałam wziąć żadnego z tych potrzebujących zwierząt do domu? Z braku doświadczenia, wygody i wysokich wymagań. O nabyciu kota myśleliśmy co najmniej od pół roku. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy w stanie odmówić sobie bycia świadkami najweselszego okresu z życia kota – jego dzieciństwa. Adopcji dorosłego kota nie braliśmy pod uwagę wcale, ale nad maluchem co jakiś czas się zastanawialiśmy. Jednak im bliżej było podjęcia decyzji, tym bardziej odsuwaliśmy się od tego pomysłu. Zależało nam na tym, żeby kot nie bał się kontaktu z człowiekiem, był miziasty i lubił spać z właścicielami. Tak – chcieliśmy masKOTki. I tu pojawiły się pierwsze schody – w socjalizacji kociaków kluczowe jest pierwsze kilka-kilkanaście tygodni życia. A jak zsocjalizowany byłby kociak znaleziony bez matki w wieku 6 tygodni, który później spędzałby czas w schroniskowej klatce? Nie mieliśmy żadnego doświadczenia z kotami – nauka korzystania z kuwety, jedzenia to dla nas czarna magia. Co do wygody i wysokich wymagań – teraz pora na bardziej próżne argumenty, ale nie zamierzam ściemniać tylko po to, żeby w komentarzach poczytać o tym jakie to ja mam dobre serduszko. Najwidoczniej nie aż tak. Chcieliśmy, żeby kot spełniał nasze oczekiwania (wtedy jeszcze myśleliśmy, że kot jest dla właścicieli, a nie odwrotnie). Miał nie gubić sierści, być towarzyski, odporny, nienarażony na choroby genetyczne, czysty. Chcieliśmy też, żeby był miły w dotyku, nieduży nawet w dorosłym życiu i odporny na wielogodzinne samotne pobyty w domu. Nie było tu zbyt wiele miejsca na przypadek.

I wtedy trafiliśmy na to:

Zgłębiliśmy charakterystykę rasy, odwiedziliśmy wystawę kotów rasowych, jedną z łódzkich hodowli i byliśmy pewni, że kot rosyjski niebieski zamieszka z nami jeszcze w tym roku. A dokładniej kotka – tylko ze względu na to, że bardziej nam się podobają drobniejsze kociaki.

Rasowy = rodowodowy

Skoro dylemat adopcja czy kupno został rozwiązany, pozostało znaleźć dobrą hodowlę. Tak, hodowle, a nie Pana Mietka, który ma akurat do sprzedania ruska w super cenie, bo to ostatni z miotu! Nie rozumiem jak ktoś może się na to nabierać i myśleć, że za 600 złotych dostaje kota, którego rodzice żyli w godziwych warunkach, będąc pod stałą opieką weterynarzy, żywiąc się najlepszą dostępną karmą. Po prostu tego nie rozumiem. Poza tym rodowód to nie przedmiot lansu niczym logo Louis Vuitton na torebce. To potwierdzenie pochodzenia kota kilka pokoleń w górę, a ta wiedza pozwala nam przewidzieć czy kot jest obciążony chorobami genetycznymi. Hodowle, których kociaki mają rodowody wydawane przez FPL muszą przestrzegać ścisłych reguł przy rozmnażaniu – kotka w ciągu dwóch lat może zajść w ciążę maksymalnie 2 razy, określony jest również stopień pokrewieństwa między kojarzonymi kotami.

Rodowód potwierdza, że możemy oczekiwać kota cech wyglądu czy charakteru, które są przypisane rasie. Mimo, że koty to indywidualiści to w przypadku ras z długą historią można pożądać pewnych cech. Tak też było z naszą Figą (tu jej zdjęcia sprzed miesiąca). Z hodowli odebraliśmy kociaka umiejącego korzystać z kuwety, jedzącego wszystko, w pełni zsocjalizowanego, korzystającego z drapaka. Zdrowego.

Przy wyborze hodowli za najważniejsze kryterium przyjęliśmy jej wielkość: nie chcieliśmy kupować kota w dużej hodowli, gdzie wychowuje się wśród innych kotów. Małe, rodzinne hodowle – to był nasz cel. Chcieliśmy, żeby kot od początku był otoczony ludźmi, którzy go rozpieszczają i miziają za uszkiem nawet częściej niż to konieczne.

Kupowanie zwierząt bez rodowodu jest dla mnie podobnie nieodpowiedzialne jak kupowanie zwierząt w prezencie bez przekonania, że obdarowywany może sobie pozwolić na zatrzymanie zwierzaka. Kupując psa czy kota bez rodowodu przyczynia się do obrzydliwego procederu jakim są pseudohodowle. To nic innego jak naturalna reakcja rynku – jest popyt, trzeba zagwarantować podaż. Takie miejsca są tworzone tylko po to, by generować zysk bez interesowania się takimi drobiazgami jak genetyka czy zdrowie podopiecznych. Urodzi się chory? A wcisnę komuś jako promocja bo to ostatni z miotu. Urodzi się z widoczną wadą? Trudno, kasy mniej, trzeba się go pozbyć, żeby się nie zorientowali, że coś jest nie tak.

Naprawdę lepiej poczekać rok dłużej, uzbierać odpowiednią sumę i kupić zwierzaka w pewnym miejscu. Uświadom sobie, że zwierzę może się okazać znacznie większym wydatkiem niż jest nim sam zakup. Musisz być przygotowany na jego nagłe choroby, szczepienia, przygotowanie wyprawki. Nie stać Cię na rasowego kota czy psa? Adoptuj, przygarnij, jednak pamiętaj, że z tym również wiążą się koszty. Ale przenigdy nie dokładaj swojej cegiełki do interesu jakim są pseudohodowle. Nie chcesz adoptować, chcesz rasowego psa czy kota? Nie ma zmiłuj, zaciskaj pasa, albo odłóż to w czasie.

IMG_2142

Pisałam ten wpis z przenośnym grzejniczkiem na kolanach – Figą. Gdyby nie to, że popsuła nam kartę pamięci (oczywiście z właściwym sobie wdziękiem) to zrobiłabym aktualną fotkę. Ta szara, futrzana, mrucząca kulka jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że to były najlepiej wydane pieniądze w życiu.