Błędne przekonania, przez które znielubiłam tego bloga

Każdy – prędzej czy później – wchodzi na ścieżkę rozwoju zawodowego. Jedni niespiesznie spacerują pozwalając sobie na skoki w bok, a inni cisną sprintem prosto do celu.

A ja?

A ja zrobiłam sobie ultramaratonowy skok przez płotki.

Po chaszczach.

Slalomem.

Boso.

Aż wstyd przyznać, że większość przeszkód rozstawiłam na tej drodze sama. Mało brakowało, a przez lęki, obawy, uprzedzenia i błędne przekonania na dobre znielubiłabym ulubioną część mojej pracy – pisanie.

Nie jestem palcem robiona – wiem, że to o czym napiszę to bardzo proste do rozwiązania problemy. W końcu istnieją tylko w mojej głowie i ode mnie zależy, co z nimi zrobię.

No właśnie: niby niepoważne, niby błahe, niby łatwe do pokonania, a jednak bardzo skutecznie zatruwały mi życie. Czyli może jednak niepoważne problemy, to problemy nadal warte uwagi?

Spędzamy w naszej głowie bardzo dużo czasu. Może warto uczynić ją choć trochę bardziej przyjaznym miejscem?

Spróbujmy. Opowiem Ci o mojej walce z błędnymi przekonaniami.

„Ktoś już to kiedyś zrobił”

Unikałam powielania tematów, z którymi gdzieś już się spotkałam, co okazało się idealnym przepisem na niepisanie. Przecież w Internecie napisano już wszystko o wszystkim, nie mam nic do dodania.

Tak, jakbym cholera pisała co najmniej książkę – dzieło życia – a nie jeden z setek (tysięcy?) wpisów, które trafią danego dnia do Internetu. Totalnie zapomniałam o opcji, że nawet jeśli temat jest oklepany, to czytelnik może być zainteresowany jak ja go interpretuję, na co zwrócę uwagę, jakie jest moje zdanie.

To może jednak nieważna jest skala unikalności tematu, a co chcę w związku z nim przekazać?

„Bez bibiliografii? Bez sensu!”

Czasami człowiek chciałby się zwyczajnie pokłócić z mężem, ale nie. Najpierw trzeba ustalić fakty. Przeprowadzić analizę SWOT, poprzedzoną drzewkiem decyzyjnym. Uargumentować tezę, poprzeć ją solidnymi dowodami.

Z tego na szczęście wyrosłam, ale pisanie „błahych” wpisów nadal wydawało mi się paskudnym pójściem na łatwiznę. Miałam ambicje robić ze swoich wpisów małe prace licencjackie po brzegi wypchane faktami i dowodami naukowymi.

Zupełnie, jakbym pisała bloga dla innych specjalistów, a nie dla zwykłych ludzi., a Krajowa Rada ds. Blogowania zabrała mi możliwość tworzenia różnych wpisów – jednych z chłodną analizą faktów, innych z praktycznymi wskazówkami czy subiektywnym podejściem do tematu.

Uff, jak miło przypomnieć sobie, że można wybrać różne opcje w zależności od sytuacji (brawo ajnsztajnie, jak na to wpadłaś?).

Nie mogę pisać o pierdołach

A pierdołą jest wszystko, co nie jest złożoną rozprawą na temat związany z żywieniem.

Przestałam pozwalać sobie na serię Jaki lajf, taki stajl, odrzucałam wszystko, co niejedzeniowe, a już największym hejtem obdarzałam siebie wtedy, gdy chciałam podzielić się luźnymi przemyśleniami na jakiś życiwoy temat.

Że co?! Takim pierdoletem będziesz im dupę zawracać?! Za kogo Ty ich masz?! Za kogo siebie masz?!?!??!?!?!? Jak mają Cię traktować poważnie, jako specjalistę, skoro masz czelność pisać o niepoważnych rzeczach?!?!??!?!

– powiedział jeden z moich wewnętrznych krytyków

Mało brakowało, a BLOG OSOBISTY, który nawet w nazwie ma „lifestyle” zamieniłby się w bezosobowy portal o zdrowym podejściu do zdrowego stylu życia.

Albo w martwą stronę internetową, skoro nawet autorce nie chce się na nią wchodzić, żeby coś napisać.

„Pomyślą, że czegoś nie wiem”

Pisząc teksty o żywieniu miotam się jak pies po macie węchowej w poszukiwaniu smaczków.

Z jednej strony: chcę kierować się do zwykłych ludzi, którzy potrzebują treściwych zaleceń, łatwych do zastosowania w codziennym życiu,

Z drugiej strony: chcę zabezpieczyć się na każdą potencjalną kontrę, która mogłaby paść z ust (czy w Internecie: palców) czytelników czy bliżej nieokreślonej „branży”.

„Branża” widnieje w mojej popapranej głowie jako coś, co tylko czeka aż będzie mogło mi wytknąć, że nie sprawdziłam czegoś wystarczająco dobrze, spłyciłam albo pominęłam istotne kwestie. Istotne dla branży, bo dla większości moich czytelników już nie.

Postawiłam znak równości pomiędzy „nie opisałam tego” a „nie wiem tego”, co jest przecież tak cholernie dalekie od prawdy. Jeśli czegoś nie jestem pewna po prostu o tym nie piszę. A jak już piszę, to za każdą moją tezą stoi solidne uzasadnienie.

Może jeśli moim celem jest udzielić PRAKTYCZNĄ wskazówkę, to nie muszę budować wokół niej TEORETYCZNEJ PODKŁADKI? A już na pewno nie wtedy, gdy moją obawą jest „co ktoś pomyśli”. Dlaczego miałabym się przejąć czyjąś powierzchowną oceną, skoro wiem, że każdym opublikowanym przeze mnie artykułem stoi solidny research?

Zapomniałam, że więcej pożytku macie z moich praktycznych rad, niż teoretycznej… popisówy?

„Ten wpis jest za krótki”

Napiszcie, bo statystykom uparcie nie chcę wierzyć! Widzę, ile czasu spędzacie na lekturze każdego artykułu i KRÓTSZE wpisy mają dłuższy średni czas czytania, niż wpisy długaśne.

Prowadzi to do prostego wniosku, że moje długosze królewskie nadają się głównie do scrollowania nagłówków.

Może po prostu publikować krótsze wpisy w bardziej przystępnej formie, a częściej? Błagam, napiszcie mi, że nie muszę pisać elaboratów, których często mi samej nie chce się czytać, żeby poprawić literówki ;).

Nie ma komentarzy = nikogo to nie obeszło = nie warto o tym pisać

Jestem dinozaurem blogosfery – publikuję wpisy regularnie od 6 lat. Gdy zaczynałam, dyskusje w komentarzach były normą. 30, 50, 100 komentarzy? Standardzik.

Uwielbiałam to!

A tu nagle klops. I to taki z bylejakiej garmażerki. A fuj!

Ilość kanałów komunikacji, w których działam, niemal pozbawiła bloga komentarzy. W końcu rozmawiamy ze sobą między innymi:

Szkoda tylko, że nie zawsze potrafię myśleć tak logicznie i częściej dochodziły do głosu argumenty: oni nie piszą, bo Ty napisałaś oczywistości i nudy!

A że pisaliście gdzie indziej? Nieważne. Błędne przekonania często nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Wielkie ego czy wielkie kompleksy?

Dzisiejsze słowa mogą zmalować bardzo brzydki obrazek pt. „Pani Dochtór Lajfstajl i jej przerośnięte ego, wyżej srają, niż dupę mają i wydaje im się, że są tacy wyjątkowi, że to, co tworzą też powinno być wybitne!!!”

Tymczasem stoją za tym takie kompleksy (ale to TAAAAAAAKIE), o których posiadanie pewnie byście mnie nie podejrzewali. A gdy dodamy do tego niskie poczucie własnej wartości, to potrzeba udowadniania „że się znam” przestaje zaskakiwać.

W szkicach czeka kolejka niedokończonych artykułów, na których publikację zabrakło mi jaj. W szkicach czekają m.in.: analiza postu dr Dąbrowskiej, wpis o diecie w hashimoto, bezpieczeństwie słodzików czy kilka artykułów o mojej drodze do szczęśliwszej codzienności.

Ciągle czułam się niewystarczająco dobra i niewystarczająco wartościowa, by zawracać Wam gitarę. Postawiłam sobie poprzeczkę tak wysoko, że chyba tylko Monika Pyrek o tyczce mogłaby ją przeskoczyć.

Ja nie.

Wiem, bo próbowałam! I tak się przy tym umęczyłam, że wszystko mi zbrzydło. Przestało mi się chcieć zaglądać na swojego bloga, przestałam wpadać na kolejne pomysły (bo i po co, skoro bałam się je realizować), przestałam lubić pisanie.

Oczekiwania vs. rzeczywistość

Im większy dysonans powstawał pomiędzy tym, czego od siebie chciałam, a tym, co faktycznie byłam w stanie zrobić, tym gorzej się czułam, tym mniej mogłam robić, tym fatalniej myślałam o sobie i tym mniej wierzyłam, że kiedykolwiek będzie mnie mnie na zrobienie czegokolwiek dobrego.

Didaskalium: zastanów się czy ten mechanizm nie brzmi znajomo. Może działasz podobnie ze swoim odchudzaniem?

Z perspektywy czasu nie dziwę się, że 1 negatywny komentarz potrafił znaczyć dla mnie więcej, niż 99 pozytywnych. Niestety w depresji jest tak, że znacznie łatwiej uwierzyć w złe rzeczy na swój temat. Brzmią podobnie do tego, co słyszysz na swój temat w swojej głowie. Łatwiej było mi uwierzyć w 1 negatywny komentarz, niż w 9 pozytywnych, bo WŁAŚNIE TEN JEDEN był bliższy temu, co sama o sobie myślałam.

W ten jeden byłam w stanie uwierzyć ze zdecydowanie zbyt dużą mocą.

Nie polecam.

Niby czemu mam być dla siebie taką zołzą?

Wyrozumiałość wobec siebie nigdy nie była moją mocną stroną. Przez większość życia nie było dla mnie istotne jak się czułam. Istotne było za to ciągle nakurwiać! Realizować kolejne cele na drodze do „sukcesu”, który miał dać szczęście.

HA HA HA HA .

HA. Ha.

HA.

Wcale nieśmieszne.

Wiecie, że ja naprawdę w to wierzyłam?

Że są jakieś osiągnięcia, jakieś kolejne levele, jakieś rzeczy, jakieś pieniądze, jakieś cosie, które sprawiają, że tak po prostu stajemy się od nich szczęśliwi?

Chciałabym na chwilę wrócić do tamtego okresu, w którym w ramach automotywacji było mnie stać tylko na ciągłe dawanie sobie po łapach i wsłuchiwanie się w głos wewnętrznych krytyków (na bank musiało być ich kilku, tak się darli) głoszących, że się nie nadaję. Że się skończyłam. Że nikogo to nie obchodzi.

Chciałabym wrócić do tamtego czasu, żeby przeprosić się za całe to gówno, które na siebie wylałam.

No to publicznie przyznaję się do błędu i przepraszam.

Obiecuję nie być dla siebie taką zołzą ;).

W ramach protestu przeciwko dawnemu podejściu, opublikowałam ten wpis. Trochę o wszystkim i o niczym, trochę problemy pierwszego świata, a trochę dowód na to, że każdy z nas czasami wątpi w siebie.

Wszyscy czasami wątpimy, ale nie musimy w nieskończoność pozostawać więźniem zwątpienia.

Chcę poznać Twoje zdanie

Gdybym chciała pisać dla siebie, to bym pisała do szuflady. Mogę sobie na to pozwolić, bo mam fach w ręku i różne źródła dochodu. Przeżyłabym bez bloga. Piszę, żeby ktoś to czytał. Naiwnie wierzę, że wpis może umilić komuś kilka minut w ciągu dnia, może rozbawić, może pomóc, może podpowiedzieć rozwiązanie, może skłonić do refleksji.

Lubię dzielić się wiedzą i doświadczeniem z zakresu dietetyki, ale też zapraszać Was do swojej głowy, gdy krążą po niej zupełnie inne tematy.

To jak, może pod tym wpisem zostawisz swój komentarz i dasz znać: po co czytasz mojego bloga? 🙂