„Chciałabym, ale się boję” – moje najlepsze decyzje podjęte mimo lęku

nerwica lekowa

Z tym całym strachem, ryzykiem, odpowiedzialnością i rozważnością to trochę śmieszna sprawa. Dla mnie przejawem życia na krawędzi byłoby zdecydowanie się na skok z helikoptera ze spadochronem, a dla Felixa Baumgartnera będzie nim skok ze stratosfery.

Może to dlatego, że bałam się wszystkiego przez większość życia. Że zakonnica z horroru zapuka w moje okno, że źle wybiorę dla siebie zawód, że rodzice umrą, że mnie źli ludzie zabiją (ale wcześniej oczywiście zgwałcą), że zostanę odrzucona, że się wygłupię, że będę jakaś za bardzo, a jakaś za mało. Teraz na przykład boję się jak zostanie odebrany wpis o baniu się. A jak nie ma o co się bać, to boję się o to, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. I olaboga co wtedy?!

Owszem – strach bywa potrzebny. Ale gdy pojawia się dużo wcześniej, niż pojawia się zagrożenie, staje się ważącą 47 ton kulą u nogi. Wielkim, parszywym, ropiejącym wrzodem na duszy, który skutecznie powstrzymuje przed działaniem.

Kiedy się boisz, Twój organizm zachowuje się tak, jakby zagrożenie faktycznie istniało. Przyspiesza bicie serca, zmienia wydzielanie hormonów i robi inne rzeczy, które wynikają z pobudzenia układu współczulnego. Tak nie da się żyć. Ja już nie chcę tak żyć. Próbując się zabezpieczyć na wszystkie możliwe ewentualności, zabierałam sobie radość z przeżywania dobrych, spokojnych chwil.

Dziś nie mam wątpliwości, że życie w lęku niesamowicie obciąża. Zżera zasoby, zabiera czas, wysysa energię, kradnie radość. A przecież lubię się cieszyć, mieć dużo energii, a z czasu i pozostałych zasobów korzystać świadomie.

W związku z powyższym dostałam na terapii zadanie – przypomnieć sobie sytuacje, w których postanowiłam podjąć decyzję mimo ogromnego strachu, a konsekwencje tych decyzji okazały się dobre. Opowiem Wam o nich.

Trzecia randka w Egipcie

dr lifestyle w egipcie

Początki mojej historii miłosnej brzmią jak idealny przepis na zaprzepaszczenie głębszej relacji z potencjalnie zainteresowanym Tobą facetem. Wszystko działo się bardzo szybko. Byłam na etapie szalonej imprezowiczki, która chwilę temu zakończyła kilkuletni związek i miała w planach po prostu dobrze się bawić. A tu masz Ci los! Tak dobrze mi się bawiło z Łukaszem, że się bawimy (i kłócimy, i godzimy) już ponad 7 lat.

Mieszkaliśmy daleko od siebie, nie mieliśmy okazji do częstych spotkań. Mieliśmy za sobą dwie randki. Zakończyłam wakacyjną, ciężką robotę – po maturze pracowałam przez 3 miesiące jako recepcjonistka i kelnerka, wyrabiając 250-300 h/miesięcznie. Chcieliśmy wyjechać gdzieś ze znajomymi. To miały być moje pierwsze wakacje za granicą! A tu klops. Znajomi zrezygnowali. Mimo wszystko szukałam kolejnych ofert, trafiłam na egipskie all inclusive w nowym hotelu za 1200 zł/tydzień. Tyle tylko, że było po 18:00, a wylot miał się odbyć tej samej nocy w Katowicach (oddalonych od nas o ponad 200 km).

Dzwonić czy nie dzwonić? Mówić Łukaszowi czy nie? A co jeśli się nie dogadamy? A co jeśli mnie skrzywdzi? A co jeśli będę chciała wcześniej wrócić do domu?

Zadzwoniłam.

Powiedział: no to jedźmy! I pojechaliśmy. Na miejscu byliśmy 12 h po tym jak wykonałam telefon. A ja do dziś nie wierzę, że mój Tato na to pozwolił. Ba! Jeszcze na lotnisko nas zawiózł. Ma facet nosa do ludzi :).

Rzucenie pracy dla bloga

Lubię procedury. Lubię wiedzieć, że jeśli zrobię określony zestaw rzeczy, mam większe szanse na osiągnięcie konkretnych rezultatów. W trakcie liceum czy studiów sprawa była prosta. Wystarczy ciut mocniej zaangażować się w rozwój zawodowy wcześniej, niż rówieśnicy, by wyraźnie zwiększyć szanse na zdobycie ciekawej pracy. Robiłam bardzo różne rzeczy, startowałam w sensownych konkursach, realizowałam praktyki i staże. Byłam o krok od wejścia na korpościeżkę rozwoju kariery, ale właśnie wtedy podjęłam decyzję, że spróbuję czegoś innego.

Czegoś, czego cholernie się bałam. W moim sposobie postrzegania świata dobrą pracą była przede wszystkim praca stała. Wypłata określonego dnia miesiąca, relatywnie przewidywalna ścieżka awansu, możliwość pozyskiwania dodatkowych zleceń, płatny urlop, chorobowe, macierzyński. W dzisiejszych czasach trudno mówić o „bezpiecznych posadach”, ale jeśli miałabym szukać namiastki poczucia bezpieczeństwa związanego z wykonywaną pracą, zdecydowanie byłby to etat w dużej firmie, rządzącej się konkretnymi procedurami.

Od mojego ostatniego szefa na odchodne usłyszałam, że „Ludzie w Polsce nie mają pieniędzy na chleb, a co dopiero na to, żeby płacić Tobie za wiedzę, jaki chleb powinni jeść”.  Pewnie jeszcze wtedy nie wiedział, że zafundował mi największy motywator do działania, który napędzał mnie długie miesiące po zakończeniu współpracy z tamtą firmą.

Na początku musiałam brać bardzo dużo zleceń, nie miałam ciągłości finansowej, pracowałam kilkanaście godzin dziennie (codziennie). Co tu dużo mówić – to była tyrka pełną gębą (równocześnie nadal studiowałam). Dokładnie wczoraj minął rok odkąd z freelance’u przeszłam na własną działalnośc. Zarabiam przyzwoicie, zajmuję się tym, na czym naprawdę się znam, a moja robota daje pożytek innym ludziom.

Cieszę się, że miałam odwagę zrezygnować z opcji, która jawiła mi się jako ta bezpieczniejsza, na rzecz tej, która była bardziej pociągająca. Dzięki temu mam możliwość zajmować się tym, w co naprawdę wierzę. Prowadzenie własnego biznesu jest dla mnie czymś zupełnie nieznanym i bardzo trudnym*, ale daje ogrom satysfakcji, która wynagradza całą resztę.

*Przeczytaj wpis, w którym piszę o tym więcej -> Czy przypadkiem w życiu nie miało być łatwiej?

Miesiąc miodowy

wschod slonca na dominikanie

Wybór był prosty: albo przeznaczamy oszczędności na wkład własny do zakupu mieszkania, albo jedziemy w świat je przehulać.

ALEJAKTO?! Jak można być tak nierozważnym? Jak można postąpić tak nieodpowiedzialnie? A co z poczuciem bezpieczeństwa finansowego, a co z dorosłymi decyzjami i dojrzałymi wyborami? Oj, buntował się przeciwko tej decyzji mój wewnętrzny paranoik, ta Dorosła, Odpowiedzialna i Rozważna Ja. I całe szczęście, że nie przekrzyczała „Drugiego Ja”, które mówiło: zrób to, co czujesz.

Pojechaliśmy. Spędziliśmy kilkanaście dni na Islandii, następnie dwa tygodnie na Dominikanie, a podróż zakończyliśmy pobytem w Rzymie, gdzie zabraliśmy ze sobą rodziców.

Nigdy nie żałowałam tej decyzji. Wspomnienia są warte każdusieńkiej złotówki. A rok później staliśmy się właścicielami… Obietnicy mieszkania ;). Mimo obaw kupiliśmy dziurę w ziemi, która ma stać się naszym domem w ciągu 2 lat.

Mogę się bać, ale nie chcę podejmować decyzji w oparciu o lęk.

Choć teoretycznie wiem, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, to jednak kiedy sama ryzykuję… Po prostu ryzykuję. Zakładam, że może się nie udać, że mogę wtopić, że żadnych szampanów nie będzie, a jeśli będzie, to raczej Dorato niż Don Perignon.

Więc zazwyczaj boję się jak cholera. Jestem w stanie bać się absolutnie o wszystko. Logika i fakty niewiele tu mają do powiedzenia, zawsze znajdzie się jakiś powód do paniki (mam nadzieję, że sarkazm zawarty w ostatnim zdaniu wyraźnie wylewa się z Waszych ekranów.). Jednak obiektywna ocena procesów decyzyjnych z całego życia, pokazuje jasno:

Boję się, ale działam.

Koniec końców, jeśli bardzo chcę coś zrobić, po prostu to robię. Mimo, że boję się jak cholera. Czasem boję się słusznie,  ale najczęściej okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie.

Szczególnie bezużyteczny jest strach przed podjęciem nowych działań. Załóżmy, że boisz się niepowodzenia przy kolejnej próbie odchudzania. Boisz się, że znowu się nie uda. Boisz się iść na nowe zajęcia, bo możesz nie dać rady. Boisz się, że będziesz najgorsza w grupie.

Ale jeśli jednocześnie naprawdę czujesz potrzebę zmiany stylu życia, wiesz, że to byłoby dla Ciebie dobre i chciałabyś wreszcie się z tym uporać, to… tracisz najwięcej. Nie masz ani spokoju ducha (który potencjalnie możesz mieć świadomie decydując się na NIEODCHUDZANIE), ani efektów. W praktyce okazuje się, że myśli o odchudzaniu psują humor, martwią, wprawiają w zły nastrój.

Skoro i tak boisz się na zapas, to może po prostu zacznij. Zacznij i bój się rzeczy, które naprawdę mają miejsce i wpływ na Twoją codzienność (a nie tylko „mogą mieć”). Może przy okazji uda się zrobić dla siebie coś dobrego?

Życie w lęku się nie opłaca

Po półtorarocznej terapii nerwicy lękowej jedno wiem na pewno: życie w strachu jest totalnie nieefektywne. Nadwyręża, psuje humor, osłabia motywację. W teorii, dzięki temu przygotowuję się na różne ewentualności. W praktyce okazuje się, że scenariuszy pisanych przez życie nie udaje mi się przewidzieć. A jednak jakoś to wszystko się kręci.

Chcę Wam przekazać tym wpisem, a sobie wbić do tej upartej, oślej głowy fakt, że… strach nie przynosi wystarczająco dużo dobrego, by warto było go karmić i trzymać przy życiu. Spróbuję dziada zagłodzić, a zaoszczędzoną energię zainwestować w działanie. Im więcej praktycznych umiejętności zdobędę, tym większą zyskam elastyczność – umiejętność dostosowywania się do nowych okoliczności.

Czuję, że taka inwestycja przyniesie więcej korzyści.


Wiem, że ten wpis nie jest związany z dietetyką. Ale nie chcę dłużej bać się pisać na własnym blogu o tym, co aktualnie siedzi mi w głowie i sercu. Moje myśli krążą w temacie dietetyki przez kilkanaście godzin dziennie – pracuję w przychodni Doktorzy przy Proletariackiej w Łodzi, prowadzę poradnię online, układam jadłospisy dla firm cateringowych, piszę eksperckie artykuły, prowadzę szkolenia. Aktualizuję wiedzę, uczę się, doszkalam. A przecież nie samą pracą człowiek żyje. Ponoć. Tak mówią ;).

Jaką ważną decyzję podjąłeś mimo lęku i jakie były jej długofalowe skutki? Serio pytam, chcę z Wami pogadać. Dla siebie mogę pisać w pamiętniku :).