Co może się zmienić w 7 lat?

Studiowałam biotechnologię. Mieszkałam z chłopakiem w mini-mikro-kawalerce, w której najbardziej lubiliśmy jeść na śniadanie kanapki z serkiem Almette (myśląc, że to dobre źródło białka), a wieczory spędzać przed telewizorem z paczką Top Chips. Które wcale topowymi chipsami nie były, ale na nic więcej nie pozwalał budżet studentki i początkującego grafika.

Jak na standardową parę zakochańców, którzy postanowili razem zamieszkać z powodzeniem uprawialiśmy sport. Tycie synchroniczne.

Po pierwszym roku studiów czułam, że pipeta i szkiełko laboratoryjne to nie moja droga. Zresztą nigdy moją być nie miała – ja chciałam zostać lekarzem, a los chciał inaczej. Nie dostałam się na wymarzone studia, zrobiłam rok przerwy, by poprawić wyniki matury i dostałam życiem w twarz, gdy po raz drugi znalazłam się nieco poniżej listy studentów.

Zaczęłam szukać rozwiązania dwóch problemów: chciałam schudnąć i znaleźć sobie pracę, która umożliwi mi wspieranie ludzi w rozwiązywaniu ich problemów.

I tym sposobem złożyłam papiery na drugi kierunek – dietetykę, którego to pomysłu nie popierał nikt. Bliscy sugerowali, żebym chociaż specjalizację wybrała życiową, może jakieś żywienie zbiorowe, żeby zatrudnić się w szpitalu?

Założyłam bloga. Opublikowałam pierwszy wpis, którego nie usuwam jedynie przez szacunek do dobrych wspomnień. Chyba powinnam zamieścić ostrzeżenie na wstępie: ŻADNA Z TYCH RAD NIE JEST TRAFIONA, NIE KORZYSTAJ NAWET NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ.

Pierwszy wpis dodałam w sierpniu 2013 roku:

Matko Boska Fitnessowska, widzisz, a nie grzmisz?! Takie byłyby losy Dr Lifestyle gdybym w porę nie poszła po rozum do głowy.

A raczej na studia.

Chwalenie się ostatnią wieczerzą, planowanie od razu 4 treningów tygodniowo, bo przecież nie wolno sobie pobłażać, twardym trzeba być a nie mieeeentkim!!!

Dla swojego dobra postawiłam wszystko na jedną kartę. Postanowiłam zostać dietetykiem, a że chciałam być całkiem niezłym, to wszystkie nadwyżki finansowe inwestowałam w szkolenia i rozwój zawodowy.

Jestem sobie wdzięczna, że nie zgodziłam się na bylejakość. Pozwoliłam sobie szukać bardziej satysfakcjonującego zajęcia. Ogarnęłam studia dzienne i zaoczne równocześnie z robotą i rozwijaniem bloga ( chyba się starzeję, bo dziś myślę o tym jak o mission impossible). Że chciało mi się chcieć!

Przez ten czas wydarzyło się tyle wspaniałych rzeczy!

(Kolejność przypadkowa, a lista zdecydowanie niekompletna, przelewam tu spontaniczny strumień miłych wspomnień)

  • zaręczyłam się! wyszłam za mąż! kupiliśmy kota! przygarnęliśmy drugiego kota! wszystko z tym samym facetem, który 7 lat temu pomógł mi założyć tego bloga!
  • 3, 5 roku temu byłam we Wrocławiu, piłam kawę z Marteczką, zadzwonił Łukasz mówiąc, że „chyba musi rzucić pracę”, „no to rzuć” – powiedziałam. A później pomyślałam, że nie wiem, co zrobimy, ale będziemy musieli jakoś dać radę! No i daliśmy.
  • Chwilę po tym powstał mój pierwszy produkt edukacyjny, kurs online https://www.korepetycjezodchudzania.pl/, który pomógł ogroooomnej grupie kobiet zrealizować sylwetkowe cele i poprawić relacje z jedzeniem.
  • Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że prawdziwym hitem sprzedażowym okaże się pomysł, który wydawał mi się najbanalniejszym sposobem na ułatwienie ludziom odchudzania: zróbmy diety, do których można zrobić zakupy w najzwyklejszym markecie, raz w tygodniu, z listą zakupów. Dziś jest już tego trochę w Internecie, ale wtedy to była totalna nowość.
  • Zwiedziliśmy kawał świata, spaliśmy tydzień pod namiotem na hippisowskiej plaży w Portugalii, objechaliśmy Islandię dookoła, wypiliśmy hektolitry wina we Włoszech, zrywaliśmy kokosy z palm na Dominikanie, podziwialiśmy zachody słońca na Maderze, gubiliśmy się w wąskich uliczkach Barcelony, a przecież było tego dużo, dużo, dużo więcej! Dziękuję, dziękuję, dziękuję, że było mi dane tam być!
  • W międzyczasie zachorowałam na depresję. 2,5 roku później zakończyłam terapię. Daliśmy radę. Te doświadczenia i psychoterapia, zmieniły mnie, moje życie i podejście do życia. Gdy zrzuciłam słonia z klatki piersiowej a czarne myśli wyparowały z głowy, wróciłam z najdłuższej podróży świata (do siebie), poczułam, że skoro znowu mam okazję żyć przez duże Ż, to aż żal nie skorzystać!
  • Zorganizowaliśmy Fajny Weekend, czyli spotkanie z moimi kursantkami, które okazały się tak cudownymi osobami, że jeszcze bardziej zachciało mi się chcieć! Pisać do takich dziewczyn, to jest coś!
  • Wypracowałam przerewelacyjne relacje z jedzeniem. To wreszcie TYLKO jedzenie a nie AŻ jedzenie. Cała ta dietetyka, treningi i zdrowy styl życia są narzędziem do celu – nie celem samym w sobie. Mam z tym totalny luz, a jednocześnie czerpię satysfakcjonujące korzyści zdrowotne, kondycyjne i sylwetkowe. Jestem w dobrym miejscu!
  • Skończyłam studia, a później drugie studia, zrobiłam dyplom z psychodietetyki, ponad 50 różnych kursów i zdecydowanie nie mówię jeszcze ostatniego słowa, bo niewiele rzeczy bardziej mnie w życiu kręci, niż stawanie się skuteczniejszą we wspieraniu kobiet w procesie zmiany stylu życia na zdrowSZy.
  • Kupiliśmy mieszkanie! Czekamy na klucze jedyne 2,5 roku, oby przeprowadzka nastała już niedługo!
  • Znalazłam swoje miejsce w dietetyce, a kręciłam się wokół tego tematu niczym (jak mawia moja Babcia) smród po gaciach ze 2 lata. Napiszę o tym więcej innym razem, a póki co: niech żyje zdrowe podejście do zdrowego stylu życia!
  • Zupełnie przypadkiem okazało się, że wraz z rozwojem Dr Lifestyle wystarcza tu pracy nie tylko dla mnie i Łukasza, ale też kilku fantastycznych współpracowników, dzięki którym firma wciąż może się rozwijać. Na początku prowadzenie firmy było dla mnie przykrym obowiązkiem – chciałam zajmować się wyłącznie dietetyką – ale z czasem zobaczyłam w tym nowe pole do rozwoju i zaczęłam się dobrze bawić planując (i realizując) kolejne etapy działania.

Jak jest teraz?

Najlepiej.

Dokładnie tak, jak miało być, choć takiego scenariusza przenigdy bym dla siebie nie wymyśliła!

Drogie żyćko, okazuje się, że wiesz, co robisz.