Jaki lajf, taki stajl 01/21 – po półtorarocznej przerwie

drlifestyle po przerwie na glowie

Czasami czuję się, jakbyśmy wszyscy mieli na sobie te wielkie dmuchane kule z otworami na nogi, w których można na przykład grać w piłkę i tak śmiesznie odbijać się od siebie nawzajem.

Tyle tylko, że nie ma piłki. Niby gramy razem, są jakieś drużyny, ktoś może Ci podłożyć kosę, więc zderzysz się z inną dmuchaną kulą, ktoś się wywróci, ktoś utoruje innemu drogę do bramki, ale koniec końców wszyscy tkwimy w środku swoich kulek, centrach prywatnych wszechświatów.

I jak tak się zasiedziałam w tej swojej bezpiecznej (choć nieco przyciasnej) kulce, to coraz ciężej było wyleźć. Trochę jak w filmie Room – gdy od urodzenia jesteś uwięziony w niewielkim pokoju, to staje się całym Twoim światem. Nie wiesz, że jest coś poza, więc nie masz do czego tęsknić.

Dlatego z tymi kulkami jest tylko trochę jak w filmie. Przecież doskonale pamiętam, jak było bez dmuchanej kulki. Zatęskniłam za pisaniem dla pisania, za swobodą w doborze poruszanych tematów, za przyzwoleniem na niewyczerpywanie tematu, za zwyczajnym blogowaniem, które tak bardzo lubiłam.

Fajna z tej kulki amortyzacja, ale tyle może mnie ominąć! Więc skoro ani nikt mnie w tej kulce nie trzyma, ani nie jest to kapusta kiszona, że jak raz ukisisz, to już nie odkisisz, to postanowiłam się z niej wygramolić bez gracji, bez pomysłu, bez strategii. Niech się dzieje!

Jeśli czytasz mojego bloga przez dłuższy czas, to pewnie kojarzysz tę sinusoidalną trasę rollercoastera, którą porusza się moja głowa. Okresy twórczej produktywności przeplatane milczeniem, zwątpieniem, rozkminianiem, co mi na własnym blogu wolno, a co nie. I – nie uwierzysz! – w tym dumaniu pojawił się nowy wniosek!

Czytelnicy mogą pozwolić mi pisać o czym chcę.

Reklamodawcy (którym ostatnio i tak ciągle odmawiałam – bo jak brać współprace, skoro czytelnicy zaniedbani) mogą pozwolić mi pisać o czym chcę.

Mama, tata, siostra, Figa i Koka mogą pozwolić mi pisać o czym chcę.

Ale dopóki sama sobie nie pozwolę, to kaplica.

Zaryzykuję postawienie niesprawdzalnej tezy: wszyscy mieliśmy/mamy coś, czego byśmy dla siebie chcieli, a czego sobie nie dajemy – choć moglibyśmy. Zróbmy nie-badanie na niereprezentatywnej grupie osób i jeśli masz coś takiego, zostaw komentarz. Nie musisz pisać co to takiego.

Ja – po raz kolejny, nie ucząc się wystarczająco na błędach z przeszłości – zabrałam sobie odwagę do działania po swojemu. Może nie całą, może nie ukradłam jej sobie tak zachłannie jak niegdyś ta franca, ale tak – zdecydowanie zrobiłam to ponownie.

I po raz kolejny wchodzę cała na biało, gotowa oddać sobie, co moje.

Może to działa tak, jak w zmianie nawyków żywieniowych na zdrow(sz)e – nieważne ile razy odejdziesz od postanowień, ważne, żeby powrotów zawsze było o jeden więcej?

Nie zaszkodzi spróbować. Kończę przydługi wstęp, przechodzimy do styczniowych opowiastek!

Nie taki znowu Nowy Rok

Zrobiłam pyszną kolację, super deskę serów i bajerów, wybraliśmy ulubione wino (a trzymając się bliżej prawdy: wina), kupiłam niecodzienne owoce (pitaja! liczi! marakuja! szaleństwo!), wystroiliśmy się jak na randkę, w tle leciała super playlista i…

Nic.

Nic się nie stało.

Może to dlatego, że w naszej pracy początek Nowego Roku to czas, w którym przedstawiamy klientkom efekty prac prowadzonych przez ostatnich 7 miesięcy? Dla mnie czas premiery nowych diet z marketów to ostatni etap złożonego projektu, może dlatego tak ciężko uwierzyć w Nowy Rok?

A może to przez to dziwne uczucie. Trochę tak, jakbyśmy byli dopiero chwilkę po zbiorowym rzuceniu się na sklepy, ryże, makarony i papiery toaletowe. Że to było ledwie mrugnięcie okiem temu, że nie było żadnej drugiej, trzeciej i entej fali. Że skoro 2020 nie miał szansy tak naprawdę zaistnieć w naszych życiach, to przecież 2021 wcale nie nadszedł.

Z prawego dolnego rogu ekranu uparcie spogląda na mnie 1.02.2021.

Czyli jednak.

Staram się przejść z dotychczasowego trybu „czekam na coś, choć nie wiem na co, ani ile będę czekać” na „teraz”. Doceniam to, że pandemia obchodzi się z nami i najbliższymi łaskawie – wszyscy nadal mamy pracę, nikt nie zachorował. Ale daję sobie prawo tęsknić za dawnym życiem, czuć żal przez wszystkie podróże, które nie wypaliły w zeszłym roku (to miał być najbardziej podróżniczy rok naszego życia, wymarzone destynacje) i narzekać na błahostkę, która ma na mnie większy wpływ niż myślałam: brak rozrywki.

Podróże, wyjścia do restauracji, randki na mieście, spotkania z przyjaciółmi czy rodziną, spontaniczne akcje – to była moja naturalna równoważnia dla pracy. Zawsze miałam skłonności do utraty balansu między życiem zawodowym, a prywatnym, ale w zeszłym roku – pozbawiona tych naturalnych, wcześniej wypracowanych odskoczni – przegięłam do tego stopnia, że kilka niezwiązanych ze sobą osób zasugerowało mi terapię pracoholizmu.

PRACOHOLIZM? JAKI PRACOHOLIZM! JA PO PROSTU MAM OSTATNIO DUŻO PROJEKTÓW, MOGĘ PRZESTAĆ W KAŻDEJ CHWILI ;).

I mówię mężowi: zobacz, przecież to po prostu ciężki czas od 4 miesięcy, gdy zaczęliśmy nagrywki do nowych KzO. Jednak gdy zasugerował, że te ciężkie miesiące trwają chyba jednak od 4 lat, gdy nagrywaliśmy wideo do pierwszych Korepetycji z odchudzania (naszego pierwszego, cyfrowego produktu), to… nie mogłam się nie zgodzić.

I tak zarządziłam urlop. A raczej:

Pierwszy taki urlop

Przez pierwsze dni załatwiałam to, co musiałam, żeby szczerze pozwolić sobie na odpoczynek. Za długo znam swoją wredną szefową 😉 i wiem, że zaprzątałaby mi głowę, gdybym przed wyjazdem nie zgasiła kilku pożarów. Zrobiłam, co musiałam i od 20 stycznia pozwoliłam sobie nie robić NIC.

I to nic, to było takie duże COŚ, jak duże może być rozczarowanie pizzą zamówioną po pijaku o 2 w nocy. Nie pytaj skąd wiem.

Popłynęłam z metaforą, powinno być coś bardziej pozytywnego. To było takie duże coś, jak ogromna porcja doskonałych gnocchi zamówionej w szemranej bramie na Zatybrzu.

A i tak urlop chyba nawet lepszy!

Jak było?

  • ku mojemu zdziwieniu – nie miałam dużego problemu z wyłączeniem się z życia firmy – nigdy wcześniej tak nie było i uważam, że to przejaw doskonale dobranej ekipy (mamy malutki zespół – oprócz mnie i Łukasza na stałe współpracują z nami póki co dwie osoby). Wiedziałam, że dziewczyny mogą prawie wszystko ogarnąć, a o rzeczach nieogarnianalnych po prostu poinformują (świadomość, że w razie pożaru dadzą znać pomogła mi się wyluzować znacznie bardziej niż „zakaz” przekazywania złych informacji).
  • włączyłam tryb samolotowy w głowie – odinstalowałam media społecznościowe, bo samo postanowienie „nie będę zaglądać” okazało się niewystarczające, kciuk nadal wykazywał odruchy fantomowe bezwiednie odblokowując telefon po kolejną porcję newsów, pytań, dobrych i złych wiadomości, problemów do rozwiązania, problemów nierozwiązywalnych, cudzych żyć i dziesiątek innych bodźców, których i tak nie dawałam rady przetworzyć.
  • głowa potrzebowała kilku dni, żeby wylądować – ale gdy w końcu się udało to nagle zrobiło się tak przyjemnie cicho, że wreszcie zaczęłam słyszeć własne myśli. Uff, co za ulga!
  • zdobyłam szczyt lenistwa – kupiłam podróżną matę do jogi, pojechałam w podróż, spakowałam do walizki matę do jogi, zrobiłam tylko jedną praktykę jogi. Koniec historii ;). Wysiadywałam ją co prawda w trakcie medytacji, ale nie chciałam zmuszać się do aktywności. Po tygodniowej przerwie zmusił mnie do niej odcinek lędźwiowy kręgosłupa, bo to co stało się z nim przez zaledwie kilkudniową przerwę to jakiś dramat. Przepraszam Cię jogo za chwilowy bunt, już nie będę tkwić w pozycji sofasana, wracam na matę!
  • zrobiłam porządki na zapleczu – paradoksalnie, pozwolenie na odpoczynek od pracy, przyniosło wiele rozwiązań na usprawnienie pracy. Gdy w głowie zrobiło się spokojniej, skupiłam się na prostych przyjemnościach, czytałam książki, to nagle przychodziły do mnie gotowe rozwiązania kilku trudnych wątków zawodowych. Nie wiem skąd przyszły, ale zamierzam zrobić z nich dobry użytek! W tym roku pierwszy raz nie stawiam sobie zawodowych celów mierzonych w liczbie nowych produktów, czy sprzedaży. Bardziej zależy mi na załatwieniu spraw, o których od lat myślę, że „dobrze by było”, a na które zawsze brakowało czasu. A później się zobaczy.

To już!

Dla mnie Nowy Rok zaczyna się właśnie teraz! Chcę wykorzystać go jak najlepiej, na tyle, na ile pozwolą obostrzenia związane z pandemią. Oprócz tego, pierwszy raz w dorosłym życiu postanawiam zrzucić pracę z góry listy priorytetów. Mogę sobie gadać tysiące pięknych słów, że najważniejsi są:

  • przyjaciele i rodzina,
  • zdrowie (również psychiczne),
  • rozwój osobisty…

    …a później wsadzić je sobie tam, gdzie się kończą plecy, skoro w ostatecznym rozrachunku, gdy musiałam wybrać jedno z dwóch, najczęściej wybierałam pracę. Już nie chcę. Koniec z pracą po 60-70 tygodniowo, postanowienie noworoczne brzmi: gdy nie ma absolutnej konieczności, kończę pracę o 18:00 i nie pracuję w weekendy.

    Zobaczę, jak pójdzie w praktyce i w razie potrzeby będziemy szukać kolejnego specjalisty do zespołu (hej, super dietetyczko/dietetyku, która/y uwielbiasz gotować i pracować przy jadłospisach – to prawdopodobnie będziesz Ty!). Ale plan jest prosty: uczynić pracę środkiem do możliwości prowadzenia fajnego, satysfakcjonującego życia, a nie jego sednem.

    Będę informować o postępach!