Jaki lajf, taki stajl #15

Tradycyjnie niedzielny, wyjątkowo środowy. Przez ostatni tydzień toczyłam nierówną walkę z Internetem, ale kiedy miałam wybrać między kolejną godziną spędzoną w lobby, a na plaży – poddawałam się. Miałam nadzieję, że skoro jesteście tacy super to wybaczycie mi trzydniowy poślizg i poczekacie do momentu, aż będę stacjonować już w Polsce. Ciałem, laptopem i Internetem. Bo emocjami czy myślami, nadal jestem te 3000 kilometrów od domu. Jak się okazało w Azji, a nie Afryce. Możemy uznać to nadal za margines błędu? Zacznijmy od początku.

W poniedziałek ciążyła nade mną wizją kolejnego egzaminu i wbrew wrodzonemu optymizmowi, była to również wizja kolejnej poprawki. Na szczęście poniedziałek był też dniem pizzy, odwiedzili nas Ania i Tomek, z którymi celebrowaliśmy ten dzień z należytą powagą. Pizzamanem w naszym domu jest Łukasz, który na etapie przygotowywania ciasta przypomina mi Babcię rozmawiającą z drożdżowcem. Łukasz czule przemawia bezpośrednio do drożdży, a później buduje dla nich schron z kocy i poduszek, co również stanowi całkiem zabawny widok. Jeśli chcecie sprawdzony pomysł na pizzę w stylu „Pan pizza” z Pizza Hut, Łukasz przygotuje dla Was instrukcje z inżynierską precyzją. Wtedy odtworzenie na pewno uda się każdemu? A ja z przyjemnością zjem ją po raz kolejny. Pakowanie sprawia mi zawsze ogromną przyjemność (czego niestety nie mogę powiedzieć o rozpakowywaniu), a tym razem było jeszcze fajniejsze niż zwykle, ze względu na Figę. Widać, że jest przemęczona i też potrzebowała urlopu!

IMG_6123

Harmonogram na wtorek był dość napięty. 8:00 – odbiór paczki ze sprzętem do nurkowania, 10:00 – egzamin, 14:50 – zbiórka na lotnisku. We Wrocławiu. (Prawie) wszystko się udało i przed południem siedzieliśmy już w samochodzie, by później zrobić sobie przerwę na najlepszy obiad u mojego Taty, zmienić furę i sunąć na lotnisko. Byliśmy przed czasem, co zaowocowało wpisem na blogu z moimi postanowieniami na czas urlopu. Najmocniej skupiłam się na punkcie dziesiątym ;).

Kiedy pisałam Wam o afrykańskim Mielnie, wykazałam się okropną ignorancją (zrzućmy to na poczet koncetracji na sesji w okresie rezerwowania wyjazdu).

Ale najpierw kilka słów co do rezerwacji. Jestem jedną z tych osób, które są na bieżąco z ofertami biur podroży nawet wtedy, kiedy nie mają ani czasu, ani pieniędzy na wyjazd. Tym razem wycieczek szukałam na stronach wielu biur podróży i agregatów zbierających oferty w jednym miejscu. Mieliśmy proste oczekiwania: ma być ciepło. I tak, jak ceny w lutym poszybowały w górę w stosunku do grudnia (kiedy to można było polecieć na tydzień do Egiptu za 900 zł czy na Lanzarote za 1400), tak słupki temperatur pikowały w dół. Na kanarach zrobiła się raczej chłodna wiosna, w Maroko urywało głowę od wiatru, Turcja czy Tunezja odpadły w przedbiegach, a głębsza Afryka nie była na naszą kieszeń (górna granica: 2000 zł). Egipt wydawał się jedyną sensowną opcją (dla mnie miały być to drugie wakacje w Egipcie, a dla Łukasza już trzecie). Okazało się, że będą to nasze kolejne wakacje z Itaką. Po kliknięciu w link ustawiałam sortowanie według najniższej ceny, a hotele, nad którymi się zastanawiałam, konsultowałam z Sebastianem Orłowskim, którego bardzo Wam polecam (szczególnie, jeśli nie macie ochoty sami przedzierać się sami przez setki ofert). Dzięki niemu finalnie zapłaciliśmy za wycieczkę o 440 złotych mniej, niż zapłacilibyśmy jeszcze wieczór wcześniej.

Domyślam się, że większość z Was i tak już przescrollowała moją gadaninę w stronę fotek, więc umówmy się, że przygotujemy kompletny przewodnik, co, gdzie i jak, żebyście mogli sami się przekonać, że wczasy w Egipcie to nie tylko basenowy hotel, a później pioch, pioch i jeszcze raz pioch.

Niestety na pierwsze dwa dni naszego pobytu w Sharm el Sheikh (stąd pomyłka co do kontynentu – Półwysep Synaj to część Azji, nie Afryki jak reszta Egiptu) przypadło moje katarowe apogeum. Czułam się fatalnie, zamiast drinków z palemką piłam ciepłą herbatę, ale nie przeszkadzało mi to w cieszeniu się wakacjami i uroczą okolicą. Balonowa na grzbiet, chusta chroniąca przed wiatrem (który był dość silny) i ruszam w miasto!

IMG_6292
IMG_6367

Joga. Zen. Spokój. Szum morza. Śpiew ptaków.

IMG_6443
IMG_6227
IMG_6237

No dobra, już kończę się wydurniać!

IMG_6301

Niestety, Łukasz nie miał wielu okazji do nacieszenia się swoimi truskawkami.

IMG_6389

Cudze zawsze jakoś tak lepiej smakują… 🙂

IMG_6186

Żeby nikt mi nie mówił, że nie mamy wspólnych zdjęć z wakacji!

IMG_6244
IMG_6182
IMG_6167
sharm el sheikh rafa koralowa

Może w Discovery można by zobaczyć lepsze. Może Nat Geo Wild jest w jakości HD. Ale nic nie ma szans mierzyć się z tymi zdjęciami, które zrobiliśmy pod wodą sami. Co najlepsze, nie musieliśmy wypływać w głąb morza, by cieszyć się tymi widokami. Takie widoki serwowało nam Morze Czerwone bezpośrednio przy hotelowej plaży. Byłam przemile zaskoczona, bo przed trzema laty „rafa koralowa przy hotelu” znaczyła mniej więcej tyle, co kilka rybek i koralowców… Tutaj była rafa w formule all inclusive!

sharm el sheikh grand oasis coral reef
P2153661
P2133612
P2133614
P2143651

Na dwa dni zmieniliśmy lokalizacje, by zobaczyć inne zakątki podwodnego świata. Dwukrotnie zeszliśmy pod wodą z butlą – ja pod opieką instruktora, Łukasz samodzielnie (ma już certyfikat nurkowy PADI). Było cudownie! To był mój trzeci raz z butlą i tym razem wiedziałam już, że nie można otwierać ust z wrażenia, jak to zrobiłam za pierwszym razem… 

IMG_6734
IMG_6749
IMG_6697

Cebula oczywiście obecna!

IMG_6672

A gdybym miała pokazać wszystkie zdjęcia kotów, które zrobiliśmy na wyjeździe musiałby powstać oddzielny wpis. Odkąd jest z nami mała Fiszka nie jestem w stanie być obojętna wobec tych wszystkich kotów, których nie ma kto podrapać za uchem… W Egipcie widziałam takich mnóstwo, co najgorsze równie dużo było kociaków młodych, co nie zwiastuje perspektyw na poprawę sytuacji.

IMG_6651
IMG_6866

Gdyby Walentynki zawsze miały wyglądać jak te ostatnie, to może nawet mogłabym obchodzić je co roku…

IMG_6635

Shisha – jedyne możliwe źródło dymu, który macie szansę zobaczyć z moich ust. Uwielbiam absolutnie! I wcale nie powtarzaliśmy tego ujęcia kilkadziesiąt razy, by móc pokazać jedno z normalną miną i pokaźną chmurką.

IMG_7099

Kolorowy kanion zrobił na mnie ogromne wrażenie – więcej zdjęć, a nawet czegoś więcej niż zdjęć (!) pokażę w naszym poradniku.

IMG_6558
IMG_6512
IMG_6472
IMG_6448

Jeśli facet jest fotografem to jego kobieta czy chce, czy nie – musi być modelką. Ja zdecydowanie bardziej nie chcę, niż chcę, ale powiedzmy, że z 300 zdjęć zrobionych podczas tej jednej serii, mogę wybrać kilka, które nadają się do publikacji. Oczywiście sesja o wschodzie słońca nie tylko ze względu na najlepsze światło do zdjęć, ale gdyby na plaży oprócz nas był chociaż jeden człowiek nie byłoby szans na wyginanie się przed obiektywem. Sam na sam z Łukaszem czułam się przy tym wystarczająco głupio.

IMG_6959
IMG_6933
IMG_6926
IMG_7003

W tych pozach czułam się zdecydowanie lepiej, do czego chyba już się przyzwyczailiście 😉

IMG_6893

Wiem, że bez Figi ten wpis nie miałby racji bytu, więc podrzucam część fotek, które na bieżąco dostawałam od Ani – ulubionej cioci i tymczasowej opiekunki naszego szaraka.

IMG-20150216-WA0000
IMG-20150217-WA0000

Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wrócić do rzeczywistości. Przez nadchodzącą napiętą sesję poprawkową nie może to być powrót leniwy i powolny. To najważniejsza sesja w całej mojej studenckiej karierze, więc trzymajcie kciuki i bądźcie wyrozumiali, w razie gdybym nie mogła aktualizować tak często, jakbym chciała. Jestem wypoczęta, opalona, zrelaksowana, więc odważnie stawię czoła wszystkim wyzwaniom.

I nawet dam sobie z nimi radę, o!