Jaki lajf, taki stajl #19

Na wstępie wyrażę nadzieję, że piszę do Was już jako studentka szóstego semestru. Zakończenie sesji (po 10 tygodniach od pierwszego egzaminu) pozornie zwiastuje więcej wolnego czasu. I może by tak było, gdyby nie to, że  w miejsce zaliczeń wskakuje kilka dość potężnych spraw. Pora na rozpoczęcie pisania pracy dyplomowej. Nie wiem jak to wygląda na innych uczelniach, ale moje materiały źródłowe mogą mieć co najwyżej rok, więc już samo zbudowanie sensownej bibliografii będzie niemałym wyzwaniem. Tyle dobrego, że temat pracy jest interesujący… Mam nadzieję, że zainspiruje mnie do przygotowania wpisu na temat związku diety z rakiem. W mojej pracy licencjackiej będę szukała korelacji między dietą ketogenną, a glejakiem wielopostaciowym.

Co dalej? Wspominałam kilkukrotnie, że jestem zaangażowania w organizowanie konferencji BioForum. Rzecz będzie się działa już za dwa miesiące we Wrocławiu, więc musimy wskoczyć na wyższe obroty. Dostałam zadanie tak interesujące, jak niewykonalne… W myśl zasady, że gdzie diabeł nie może, tam Monikę pośle. A tu klops. Póki co wszelkie drzwi są przede mną zatrzaskiwane z hukiem, więc pora spróbować oknem. Może ktoś z Was będzie w stanie pomóc mi przebić się z moją pisaniną do prasy lub serwisów internetowych? Każda pomoc (i kontakty do osób, które mogą być zainteresowane tematem) mile widziana :).

2015-01-29_foto117_10-42

Podjęłam męską decyzję o dziekance na dietetyce. Wszystko wskazuje na to, że uda mi się zagiąć czasoprzestrzeń i od października znaleźć się już na studiach magisterskich… Wtedy opowiem Wam o przyczynach mojej decyzji.

W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na pięć dni do Krakowa – nie, nie musicie mi zazdrościć, bo jadę do pracy. Choć pewnie będę do złapania na Rynku (polecicie mi jakieś miejsce, w którym warto zjeść i ciekawy pub do wypicia piwa po pracy?). Za nieco ponad dwa tygodnie będę pisać do Was z Aten, a w maju (jak już wiecie) będę do złapania we Wrocławiu. W czerwcu kolejna sesja, a po niej – taki jest plan – już w lipcu obrona. Później zgarnę możliwie najbardziej sensowne praktyki – w końcu muszę sobie czymś odbić rezygnację ze spędzenia 3 miesięcy w Azji i „przy okazji” praktyk w Manipalu. Na przełomie sierpnia i września wezmę udział w rozmowie rekrutacyjnej na studia magisterskie z dietetyki, a w październiku wszystko zacznie się od nowa. Niby nie zmieni się nic, a tak naprawdę zmieni się wszystko. Nie mogę się doczekać i nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że któryś z elementów planu, mógłby nie wypalić.

W naszym życiu dużo zmieni się również za sprawą decyzji Łukasza o rzuceniu dotychczasowej pracy. Teraz będzie działał jako Brand 360, specjalista od panoram sferycznych i wirtualnych spacerów. Jeśli ktoś z Was prowadzi biznes, który potrzebuje reklamy (wysoka pozycja w wyszukiwarce Google, widoczność na mapach Google), potrzebuje doskonałej form pokazania wnętrza lokalu na swojej stronie czy po prostu chce iść z duchem czasu – niech pisze do Łukasza. Fakt, że jesteśmy razem 3,5 roku świadczy o jego anielskiej cierpliwości, więc nie bójcie się zadawać pytań :).

Zanim zacznę Wam opowiadać co planuję w 2016. przejdę do właściwej części wpisu.

Jaki lajf, taki stajl #18

2015-03-08_foto029_14-37

Tydzień temu oszalałam i kupiłam Yankee Candle. I wiecie co? 3 tealighty z IKEA zapalone jednocześnie dają lepszy efekt. Pewnie, świeczka Yankee Candle pachnie bardzo ładnie. Czuć ją kiedy wejdzie się z innego pokoju do pomieszczenia, w którym jest zapalona. Ale za taką kasę oczekiwałam, że zapach malin będzie się wwiercał do mojego nosa, a przed oczami stanie mi malinowy chruśniak z Pijalni czekolady Wedel. I co? Fajarwerków nie ma, nie kupię ponownie. Może nie trafiłam z zapachem? Jeśli macie jakieś doświadczenia z tymi świecami dajcie znać. Mam ochotę dać szansę woskom, ale tym razem najpierw spytam Was o zdanie :).

Ostatnio bardzo spodobała się Wam proponowana przeze mnie piosenka, podrzucam więc kolejną. To taki utwór, który pomaga mi ochłonąć, rozładować negatywne emocje i totalnie odciąć się od tego, co w danym momencie próbuje wyprowadzić mnie z równowagi. Nie znacie mnie od tej strony, ale jestem impulsywna jak cholera. Wszelkie wspomagacze, mające na celu redukcję nerwów są mile widziane, a ta piosenka właśnie taka nie jest. To nie jest cukierek, czekoladka w różowym pudełeczku, która jak Troskliwy Miś roztoczy wokół mnie tęczę, przez którą nie dotkną mnie troski dnia codziennego. To mocne brzmienie, które w kilka minut pozwala wziąć się w garść, zacisnąć zęby, a gdy trzeba to nawet pośladki.

gonegirl

Gone Girl. Kiedy widzę na sobie wzrok Pani ze zdjęcia powyżej, przechodzą mnie ciarki. Gone Girl (PL: Zaginiona dziewczyna) … Od kilku minut zaczynam kolejne zdanie tylko po to, żeby za chwilę je skasować. Albo jestem beznadziejna w pisaniu, albo ten film tak genialny, że nie da się go opisać w jednym, krótkim akapicie. Jestem pewna, że musicie go zobaczyć. Zrobił na mnie ogromne wrażenie i jest to jeden z nielicznych filmów, o których myślałam jeszcze kilka dni po obejrzeniu. To obraz o fatlanych losach dwojga ludzi, którzy kiedyś byli sobie bardzo bliscy. Niespotykany dotąd obraz obsesji, tragicznej w skutkach. Kiedy już wydaje Ci się, że przewidziałeś kolejny krok scenarzysty, dostajesz od niego w twarz kolejnym zwrotem akcji. Obejrzyjcie i dajcie znać lub wypowiedzcie się, jesli już macie go za sobą. Ja narzekam jedynie na ścieżkę dźwiękową. Może jej drugoplanowość była zaplanowanym zabiegiem, ale brakowało mi czasami mocnego brzmienia.

Mówiąc o planach na przyszłość zapomniałam o kwestiach blogowych. Coraz częściej przyłapuję się nad tym, że do pisania posta zasiadam grubo po północy. Powieki opadają, palce nie są tak posłuszne jak zazwyczaj i zamiast błyskotliwych anegdotek wystukują w klawiaturze nudne dyrdymały. Nie chcę tak. Jednocześnie, nie chcę doprowadzać do dramatycznych przestojów na blogu (do których kwalifikuję ostatnią tendencję dwóch tekstów tygodniowo). Zastanawiam się nad wprowadzeniem nowej serii z fit przepisami. Krótko, zwięźle i na temat: fotka, potrzebne produkty, przepis, kaloryczność i makroskładniki. Interesują Was takie wpisy ze sprawdzonymi przepisami, które z powodzeniem można wprowadzić do zdrowego jadłospisu? Pytam Was o zdanie, bo nie chcę, żebyście wchodząc na stronę główną myśleli, że serwuję Wam zapchajdziury :). Dajcie znać, co myślicie, a ja się dostosuję.

Planuję jeszcze przygotować duży wpis z listą książek dla studentów dietetyki czy po prostu osób zainteresowanych treningiem i zdrowym odżywianiem. Przy każdym tytule byłaby krótka notka, a z biegiem czasu tworzyłabym recenzje tych książek i linkowała do nich w dużym, zbiorczym tekście. W najbliższej perspektywie (mam nadzieję, że tym razem dojdzie do skutku!) mamy też zmianę szablonu. Do strony zostaną wbudowane przydatne kalkulatory np. zapotrzebowania na makroskładniki, BMI, podstawowej przemiany materii i inne.

Jak widzicie dużo się dzieje, ale – zapewne wszyscy się ze mną zgodzicie – im więcej zajęć, tym lepiej jesteśmy zorganizowani. Żałuję jedynie, że z różnych powodów muszę wstawać wcześnie rano. Najlepiej pracuje mi się w nocy. Do tego (jak co roku) padam ofiarą wiosennego przesilenia, a jako Naczelny Hejter Kawy wcale nie ułatwiam sobie zadania.

Na szczęście wszystko będzie dobrze. Musi być!