Jaki lajf, taki stajl #51 o migrenie, z którą nie da się żyć

I co z tego, że weekend był super. Produktywny, pracowity, sprzątający, spacerowy i spotkaniowy. Co z tego, że skrupulatnie zaplanowałam sobie również dzisiejszy dzień, by załatwić niedokończone sprawy, pójść na targi ślubne, zacząć się uczyć do egzaminów. Miało być fajnie.

Szkoda, że nie (jak zwykle) nie przewidziałam jednego. Że od 13:00 do 21:30 odwiedzi mnie moja best friend – migrena. Best, bo ostatnio mało kto odwiedza mnie częściej, niż ona.

To taka choroba, która nie wzrusza, nie łapie za serce, nie rodzi współczucia. Wręcz przeciwnie. Osoby chore często postrzegane są jako hipochondrycy, bo przecież każdego czasem boli głowa, więc mógłbyś po prostu zagryźć zęby i przestać narzekać.

Jasna sprawa. Mógłby, jeśli po prostu bolałaby go głowa.

Nie może, jeśli to co czuje jest bliższe wydłubywaniu oka przy użyciu rozżarzonej łyżki do butów, wciskanej w oczodół przez bardzo, bardzo silnego mężczyznę. Jeśli ma wrażenie, że jego czaszka za chwilę zostania rozsadzona przez kolejne, obrzydliwe pulsacyjne uderzenia w skronie. Jeśli zastanawia się czy dobrym pomysłem nie byłoby uderzyć się jakimś ciężkim przedmiotem, albo wyrysować sobie szlaczki na udzie. Cyrklem. Żeby choć na chwilę odwrócić uwagę od tego, co dzieje się w głowie. Zresztą, żeby chodziło tylko o ból! Światłowstręt taki, że nie tylko trzeba zasłonić rolety, ale założyć jeszcze grubą wełnianą czapkę, koniecznie naciągając ją na same oczy. Choć z tą czapą też niebezpiecznie – gryzące włosie może być w tamtym momencie odczuwalne jak miliony małych igiełek, wbijanych w twarz. Nie zapominajmy o nadwrażliwości na zapachy i mdłościach! W połączeniu z niemożnością podniesienia choćby małego palca u stopy, jest to super komfortowa sytuacja! Zamiast leżeć, można przecież bezwiednie zawisnąć nad miską podstawioną pod łóżkiem (z nadzieją, że się trafi, choć w tamtym momencie i tak jest wszystko jedno).

20160110-_MG_2908

Właśnie tak (po odjęciu najbardziej obrzydliwych momentów) wyglądał mój dzisiejszy dzień. Średnio obchodzi mnie to, że szacuje się, iż migrena w około 65 % jest dziedziczna, że jej głównym powodem mają być ponoć nieprawidłowe działanie kanałów jonów i zaburzenia reakcji naczynioruchowych. Średnio mnie to obchodzi i mam ogromny żal do całego wszechświata i wszystkich istot żywych go zamieszkujących, że ten shit przytrafił się mnie. Nie istnieje żadna inna rzecz, o którą miałabym tyle pretensji, która wyzwalałaby we mnie tak roszczeniowe postawy. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem dlaczego mnie to spotkało.

Nikt nie musi mnie do niczego motywować. Nie mam problemów z organizacją czasu. Lubię się uczyć, lubię pracować, lubię robić dużo rzeczy na raz. Lubię aktywne życie. A tu klops. Coś, czego nie widać, coś, czego nie można nikomu pokazać sprawia, że nagle jestem nic nie wartą dętką. Nawet leżenie sprawia ból. Wciskanie głowy w poduszki nie pomaga. Łzy płyną ciurkiem, choć przecież wcale nie chcę płakać. Chyba właśnie dlatego tak bardzo nienawidzę migreny. Że z kobiety, która wie czego chce i sukcesywnie do tego dąży, zmienia mnie w rozlazłą kupę, której jedynym marzeniem jest, by w końcu udało się zasnąć i nie czuć. Że z rozgarniętej, całkiem błyskotliwej i zabawnej dziewczyny, robi ze mnie marudnego maślaka. Nawet myśleć się nie da, bo jedyne co chodzi po głowie to obawa przed kolejnym uderzeniem, próby radzenia sobie z nim i gorzkie poczucie niesprawiedliwości, że to mi się przytrafia.

Są dwa pozytywne aspekty moich migren

20160110-_MG_2907
  1. Jestem znacznie bardziej produktywna, bo pracuję na pełnych obrotach, żeby zdążyć przed kolejną aurą, a następnie atakiem migreny.
  2. Przekonałam się, że mój kot ma mnie w tyłku znacznie mniej, niż sądziłam. W momencie, gdy zaczyna się migrena, Figa przykleja się do mnie i nie odstępuje na krok (niezależnie, ile trwa cały proces). Kładzie się cała na mojej głowie i mruczy co sił w motorku ;). Łasi się, tuli, ugniata. Nie wiem czy to dlatego, że czuje się pewniejsza, gdy ja nie wykonuję nagłych ruchów i jestem obezwładniona, czy faktycznie jej siódmy, ósmy czy piętnasty zmysł podpowiada jej, że coś mnie boli. Niezależnie od przyczyny jest to miłe i nieco ułatwia znoszenie wszelkich niedogodności. Kilka zdjęć zrobionych z przyczajki przez Ł. całkiem nieźle to obrazuje.

Czego próbowałam, by pozbyć się migren?

20160110-_MG_2916
  • odstawienie terapii hormonalnej 1,5 roku temu (wolałam zaniedbać PCOS, niż mieć migreny – choć jak się okazuje nie do końca poskutkowało)
  • opieka neurologa, jednego z najlepszych specjalistów od leczenia bólu w Polsce – to zaowocowało przyjmowaniem leków „profilaktycznych”, które nie działają przeciwbólowo, ale mają łagodzić ataki i minimalizować ryzyko ich wystąpienia
  • szukanie przyczyny: stałe monitorowanie ciśnienia, EKG, tomograf, rezonans, badanie jamy ustnej (wraz ze zdjęciem RTG)
  • wyeliminowanie potencjalnej przyczyny: usunięcie wszystkich ósemek
  • rezygnacja z intensywnego wysiłku fizycznego (bardzo często intensywny trening kończył się równie intensywną migreną)
  • badania pod kątem alergii

Aktualnie czekam na wyniki badań na nietolerancje pokarmowe i wierzcie mi, marzę o zdiagnozowanej nietolerancji glutenu czy laktozy. Czy czegokolwiek innego, co mogłabym po prostu wyrzucić z codziennej diety, by zminimalizować niedogodności związane z migrenami.

Długo zastanawiałam się czy warto publikować taki ponury tekst, ale w końcu – jaki lajf, taki stajl. Trzymajcie kciuki, żebym znalazła skuteczny sposób na pozbycie się migreny. A jeśli znacie jakiekolwiek, które pomogły Wam bądź Waszym znajomym, będę wdzięczna za napisanie o nich w komentarzu.