Jaki lajf, taki stajl #95 – weekend pod plamami, duralex i Hakuna Matata

Słońce. Plaża. Bikini. Długie wieczory. Krótkie szorty. Wakacyjna miłość (nieważne, że ta sama od 5 lat).

Mechanizm wyparcia: włączony. Na najbliższe pół roku. Zawsze czułam, że urodziłam się w złej strefie klimatycznej, ale ta jesień już przegięła!

figa-3x

Nie wyszło mi nawet tragikomiczne zdjęcie, na którym wydaję ostatnie tchnienie. Zamierzałam opisać je w super ironiczny sposób, a jedyne co z tego wyszło to uwiecznienie dwóch różnych skarpet (w iście dietetyczny hamburgerowo – pączkowo – hotdogowy) wzór i dupy mojego kota. Jak pisałam na Facebooku, jedyne, co mi tego dnia wyszło, to włosy przy czesaniu. Jaka naiwna byłam, myśląc, że wystarczy zagryźć zęby i przeczekać aż zły dzień minie.

Zły dzień okazał się być jeszcze gorszy. Upiłam Zenona. To znaczy, zalałam Zenbooka. Drugi komputer w ciągu roku. I może nie byłabym pozbawiona głównego narzędzia pracy (bo jest jeszcze PC Łukasza), gdyby nie fakt, że nie ma mnie w domu.

Od piątku jestem na wakacjach pod plamami. Nie, nie pod palmami. Pod plamami na suficie jednego z łódzkich szpitali. Dziubię do Ciebie ten wpis z telefonu, zobacz jak Cię lubię ;)! Moja krew była pobrana tyle razy, że jestem lżejsza ze trzy kilo! A przecież miałam tyć od pysznych burgerów we Wrocławiu, na zjeździe psychodietetyki. Tam, gdzie powinnam być w sobotę i dzisiaj, by móc ukończyć kurs w w terminie. No to nie ukończę.

Nawet chleb się ze mnie śmieje...
Nawet chleb się ze mnie śmieje…

Okej. Już wiesz, że jest wesoło. Ale, ale! Scenarzysta mojego życia postanowił dodać widzom kolejnych atrakcji ;)! Pamiętasz egzamin, za który miałeś trzymać kciuki ostatnio? Został przełożony. Na poniedziałek. Ten, który również spędzę w szpitalu.

Chyba możemy uznać, że wstęp dotyczący mojego idealnego, uporządkowanego blogerskiego życia, w którym wszystko idzie zgodnie z planem mamy za sobą. Postanowiłam, że nie opłaca mi się podcinać żył mokrą bułką i zamiast tego lepiej będzie, jeśli opublikuję ten wpis, bo przecież będę musiała zakończyć go optymistycznie!

Może nie jestem teraz w najfajniejszym miejscu na świecie. Może sytuacja mogłaby być lepsza. Ale przynajmniej narzeczony miał okazję zabawić się w królewicza ratującego damę serca znajdującą się w najwyższej wieży (bo zabłądził na terenie szpitala i najkrótsza droga prowadziła przez płot). Przynajmniej poznałam najkrótszy dowcip o zdrowym odżywianiu (talerz z dowolnym posiłkiem na moim oddziale). Przynajmniej… a w dupie! Ja tu sobie robię podśmiechujki, a w życiu naprawdę mogą się zdarzać większe dramaty, niż jakiś tam egzamin, szpital i inne takie.

Po prostu strasznie wkurza mnie, że nie mogę oddać się temu, czym chciałabym się teraz zajmować. Mój-Twój kurs stanął w miejscu. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale zrobię – wypuszczę go po Nowym Roku i wróżę w te materiały całe serducho i przede wszystkim mózg ;)!

Lekcja do odrobienia: nie walczyć z rzeczami, na które nie ma się wpływu.

Ooo! Ale mogę opowiedzieć Ci o czymś przemiłym, topiącym nawet najbardziej zlodowaciałe serca. Pakowałam się w pośpiechu, zapomniałam kilku rzeczy. Wśród nich był kubek, sztućce i inne takie. Na oddziale, na którym jestem trzeba mieć nawet własny talerz, by dostać zupę 😀 więc teraz rozumiesz powagę sytuacji.

Nie miałam w czym wypić herbaty czy kawy, ale Łukasz miał przyjechać w sobotę po pracy, więc uzbroiłam się w cierpliwość. I mamy taką sytuację: Panie z sali sączą herbatkę, a ja się uczę. Sąsiadka lat 70+ ni stąd ni zowąd zrywa się i mówi, że zaraz wraca. Po kilkunastu minutach pojawia się w sali z herbatą w przeźroczystej szklance. Niesie ją w moją stronę i zaczyna przepraszać „ze ładniejszej nie było, ale jej mama zawsze mówiła, że nauka bez herbaty to nie nauka”. Okazało się, że Pani zeszła do sklepu na dole szpitala (nie wiedziałam o nim wcześniej) i postanowiła kupić mi kubek. Obcej dziewczynie, która nawet nie odzywała się za często i siedziała zakopana pod stosem kartek. Oczywiście nie pozwoliła sobie oddać pieniędzy, mówiąc, że przynajmniej będę miała pamiątkę po takiej jednej Pani Jance.

dsc_0110

I wiesz co? Minutka jeszcze nigdy nie smakowała tak dobrze, a ten duralex jest dla mnie wart dużo więcej, niż najpiękniejsza chińska porcelana.

Na blogu i Instagramie

To by było na tyle

Po wylaniu z siebie żalu, żółci i jadu jestem gotowa przyznać: nie jest tak źle. Może bywało lepiej, ale przecież mogło być sto razy gorzej. Takie problemy, to okresowo utrudniające życie pierdoły, a nie problemy. Mogłam zalać jeszcze telefon i co wtedy ;)!!!

Mogę przeczytać tysiące stron książek o rozwoju osobistym. Czytać o coachingu, psychologii. O ludziach sukcesu. Pozytywnym myśleniu. Ale dziś nic nie przemawia do mnie bardziej, niż filozofia Timona i Pumby.

Hakuna Matata, Minutka w szklance z duralexu i jakoś to będzie. Ba! Nie jakoś. Dobrze będzie.