Jaki lajf, taki stajl – firma, podróże i pierwsze takie lato!

Właśnie trwa moje najpiękniejsze lato od wielu lat. Jest zwyczajne – nigdzie nie wyjeżdżam, nadal nie mam mieszkania z balkonem, ani ultrapłaskiego brzucha w pakiecie ze sterczącymi cyckami i odstającym tyłkiem. I zupełnie mi to nie przeszkadza w ociekaniu ze szczęścia, bo to moje pierwsze lato od hmmmmm…. Od co najmniej 4 lat, gdy czuję się normalnie. Zdrowo. Wróciła radość z małych rzeczy, wróciła energia do wykonywania codziennych obowiązków, wróciła doza optymizmu. A cieszę się tym bardziej, bo dziś mija 13. dzień bez jakiejkolwiek farmakoterapii nerwicy i depresji, a ja nadal:

  • nie zaliczyłam emocjonalnego zjazdu
  • zasypiam bez większych problemów i nie budzę się w nocy
  • nie poddaję się stanom lękowym
  • czuję się stabilnie – nie za dobrze, nie za źle, tak w sam raz na przeżycie życia 😉

Wiem, wiem. To zbyt krótki okres, by cieszyć się cudownym ozdrowieniem, to dopiero początek i różnie może być. Ale zamiast zrobić tego kolejny obiekt zmartwień, wolę traktować to jako motywację do korzystania z życia pełną parą.

Może po prostu trochę Wam o tym opowiem :).

Jak fajnie jest nie być Zosią Samosią!

Znalezienie współpracownika (i ogromnego wsparcia!) do tworzenia II edycji diet było bardzo dobrą decyzją. Ewa wniosła nową jakość do diet roślinnych i zapanowała nad moimi wpadkami. Trudno uniknąć błędów, gdy układa się blisko 400 pojedynczych diet (2 sklepy x 4 tygodnie x 7 kaloryczności x 7 wariantów), a wszystko ma być odpowiednio zbilansowane, świeże składniki w 100% wykorzystane, a przepisy smaczne i szybkie.

W I edycji dopuściłam do żenujących wtop, jak na przykład szynka drobiowa w diecie wegańskiej z I edycji. Serio. Szynka. W diecie wegańskiej. [Gdy to piszę palę się ze wstydu, ale nie ma co ściemniać – tak właśnie było].

Z usposobienia jestem Zochą Samochą. Żadną tam Zosią – własnie Zochą, Zosidłem, Zosiskiem jednym upartym, co to mu się wydaje, że wszystko sama zrobi najlepiej. Otóż nie. Wspólnie opracowałyśmy najlepsze diety pod marką Dr Lifestyle :).

Pracowałyśmy zdalnie, nigdy nie spotykając się na żywo. A im dłużej współpracowałyśmy, tym bardziej nie mogłam doczekać się okazji do spotkania na żywo, więc postanowiłyśmy sobie tę okazję stworzyć. Pojechaliśmy z Ł. do Krakowa na pierwszą byznesową kolację firmy Dr Lifestyle w składzie: Dr Lifestyle, Mąż Dr Lifestyle i Ewa.

Przegadaliśmy pięć godzin, zjedliśmy mnóstwo pyszności i wznosiliśmy liczne toasty za wspólny sukces. Choć minęło dopiero kilkanaście dni od premiery, nie mieliśmy wątpliwości, że już jest co świętować.

W drugim tygodniu premiery zaczęły spływać do nas zdjęcia posiłków, komentarze z pierwszymi wrażeniami i… Zachwytami. Chrzanić skromność, to nie jest dobry moment na kokieterię ;). Okazało się, że II edycja diet z marketów (wszystkie zakupy w jednym sklepie: albo w Lidlu, albo w Biedrze) jest Waszym hitem!

A ja wreszcie mogę odetchnąć. Wiedziałam, że nowe diety to dobry produkt, ale szczerze bałam się, że nie przeskoczymy wysoko zawieszonej poprzeczki po edycji jesiennej. Okazało się, że zupełnie nowe, letnie przepisy przypadły Wam do gustu i jest dokładnie tak, jak miało być:

SMACZNIE, SZYBKO, NIEDROGO, SYCĄCO

Jestem z nas dumna :). (Ale dziwnie i jednocześnie dziwnie-przyjemnie jest usłyszeć to od siebie samej!).

Diety kupisz tutaj:

Do każdego tygodnia diety lista zakupów, którą zrealizujesz w jednym sklepie! Gratis dostęp do wideoporadnika – to 14 lekcji wideo, które pomogą Ci ogarnąć dietę i uzyskać najlepsze efekty. Tematykę treningów oddałam Marcie Hennig <3.

Weekend w Krakowie

drlifestyle weekend w krakowie

Zostaliśmy w Krakowie do niedzieli. Mieszkaliśmy w uroczym mieszkaniu na Kazimierzu. Jak zwykle rezerowaliśmy przez airbnb – zapłaciliśmy 300 zł za dwie doby, za dwie osoby, czyli co najmniej połowę taniej, niż hotele w tej samej lokalizacji. Wiele moich czytelników już skorzystało, ale może Ty jeszcze nie, więc podrzucam-> sprawdzony przez wielu czytelników link do założenia konta w airbnb, dzięki któremu na pierwszą rezerwację dostaniesz 100 zł zniżki (zniżka naliczy się automatycznie przy składaniu rezerwacji), a ja za polecenie 50 zł – później możesz wygenerować swój link polecający i załatwić zniżki znajomym, jednocześnie samemu gromadząc środki na kolejne podróże.

Ale to nie jest ważne.

Naprawdę ważne jest to, że 80 metrów od naszego mieszkania trafiliśmy na boskie koktajle. I przepraszam Cię, Drogi Czytelniku, prawdpodobnie za moment Cię rozczaruję. Może nawet zawiodę? To nie było smoothie z jarmużu.

Cudowni barmani, świetna atmosfera, boska muzyka, prze-pię-kne wnętrze. Totalnie moje miejsce (Sababa). Echhh czy naprawdę nie mogłabym podobnie zachwycać się barem sałatkowym?

Może bym i mogła. Ale jak dobrze, że nie muszę ;)!

Póki co mogę zachwycić się jeszcze pyszną pizzą (Nolio), boską włoską kolacją z dobrym winem (Bocanerra), perfekcyjnym hummusem i falafelami (Hamsa), smakowitą shishą (gdzieś na Kazimierzu) i doskonałymi, azjatyckimi smakami (Taj).

Nie-takie-znowu-insta-życie

pole kaktusów

Może kiedyś z tego wyrosnę, a tymczasem pozostaję wierna hasłu #DietetykDemoralizuje , które jest dobrze znanym oglądaczom moich instastories (znajdziecie mnie na insta jako: drlifestyle.pl). Pokazuję prywatę i zdrowe podejście do zdrowego stylu życia w praktyce. Jak jeść pizzę i nie tyć, skąd brać motywację do treningów, czy cola zero jest lepsza niż coca cola, jak rozpoznać prawdę od półprawdy a półprawdę od gównoprawdy i inne takie.

Bez lukru. Bynajmniej – cukier nie zaczął mnie brzydzić. Brzydzi mnie za to sztuczność, idealizowanie rzeczywistości wiejąca z największych polskich kont na insta.

Na szczęście zanim znienawidziłam to medium doznałam olśnienia: PRZECIEŻ JA WCALE TAK NIE MUSZĘ!

I odkąd poluzowałam gumę w majtach, zaczęłam z przyjemnością wrzucać kolejne posty i stories.

Fajnie jest pozwolić sobie robić rzeczy tak, jak chcemy je robić, a nie tak, jak „powinny” być zrobione

I coś jeszcze jest fajne:

Pomaganie jest fajne

Ze szczęściem w moim życiu jest tak, że zaczyna się mnożyć, gdy ja zaczynam się nim dzielić. No to się podzieliliśmy. Za każdą dietę sprzedaną przez pierwsze 10 dni premiery ufundowaliśmy jeden posiłek dla Pajacyka.

O ile promowanie się na dobroczynności jest zwyczajnie obrzydliwe, tak dzięki klasie i wytrwałości z jaką o pomocy Pajacykowi opowiada Michał Szafrański (przekazując równowartość 1 obiadu za każdą sprzedaną książkę), sama zdecydowałam się na podobny ruch.

Właśnie dlatego dzielę się tym z Wami – w najgorszym wypadku blogerzy wywołają modę na chwalenie się pomaganiem, a wynikną z tego same dobre rzeczy :).

Chodź na spacer

Same dobre rzeczy wynikają też ze spacerów! Pokochałam tę formę aktywności. 5-7 razy w tygodniu spaceruję minimum godzinę. Co dostaję w zamian?

  • ukojenie myśli
  • obcowanie z naturą (i samochodami, które towarzyszą mi przez pierwsze i ostatnie półtora kilometra spaceru, ale wolę skupiać się na wiewiórkach i drzewach w parku)
  • totalny relaks i odpoczynek
  • zwiększenie wydatku energetycznego w ciągu całego dnia, dzięki czemu łatwiej utrzymać deficyt kaloryczny
  • większa skłonność do chodzenia, zamiast jeżdżenia – zmieniłam sposób postrzegania odległości w mieście i czesto rezygnuję z komunikacji miejskiej czy samochodu na rzecz marszu

Co więcej: spacery mogą pomóc schudnąć. Dostałam kilka wiadomości od Was, że wprowadzenie codziennych spacerów przyspieszyło odchudzanie dwukrotnie (np. wcześniej waga spadała po 0,5 kg na tydzień, a teraz średnio 1 kg tygodniowo).

Daj się namówić i chodź na spacer! Więcej o korzyściach ze spacerowania w kontekście odchudzania w artykule:

Przełomowe odkrycia na Wyspach Kanaryjskich

Okazuje się, że jestem stworzeniem działającym na baterie. Słoneczne. W duszy, sercu, trzecim oku (czy gdziekolwiek, gdzie zlokalizowałbyś ludzki ośrodek spokoju ducha i szczęścia) mam całą farmę fotowoltaiczną, która przetwarza promienie słońca na czystą radość. Po wakacjach na Teneryfie okazało, że na szczęście da się ją zasilać power bankiem!

Tym energetycznym agregatem jest dla mnie medytacja. W skrócie: siedzenie na poduszce, myślenie o pierdołach i wracanie do oddechu, gdy tylko z pozycji obserwatora zauważę, że znowu zaczynam myśleć o pierdołach ;).

Na Teneryfie spędziłam bardzo dużo czasu, siedząc sam na sam ze sobą i chłonąć cudowną energię tego miejsca. Mam nadzieję karmić się nią jeszcze długi czas!

Oprócz siedzenia w medytacji, siedziałam sporo na kamieniach i pisałam. I pisałam, i pisałam, i pisałam. I pisałam.

I o ile wystarczy mi odwagi (w której miejscu na razie mam tylko kupę strachów i obaw) 21 października pokażę Wam, co zaczęłam pisać.

A pisanie było możliwe tylko dlatego, że po półrocznej męczarni przyznałam się przed sobą, że Macbook to sprzęt nie dla mnie i wracam z podkulonym ogonem do Zenbooka, którego używałam od początków blogowania. W lutym mogłam wybrać dowolny z nowych modeli do testów, wzięłam: Asus Zenbook UX433F i spodobał mi się na tyle, że zdecydowałam się związać z nim na stałe. W skrócie: przelekki, ultrasmukły, szybki, wygodny, ma superduży wyświetlacz (bo cieniutkie ramki sprawiają, że wcisnęli ekran 14″ w typową 13,3-calową obudowę) i ciekawe rozwiązanie z klawiaturą numeryczną, która jest wbudowana w touchpad. Bateria trzyma nieprzyzwoicie długo. Super komputer dla osób, które często przemieszczają się z laptopem.

PS. Jeśli nie musicie obrabiać zdjęć czy wideo, na pewno wystarczy odpowiednik tego laptopa z mniejszym dyskiem i pamięcią – ja musiałam zdecydować się na droższy model ze względu na blogerińskie obowiązki ;).

Asus Zenbook UX433F

Trzymam za siebie kciuki

Coraz częściej czuję, że cała energia włożona w 2,5 roku terapii, kurs MBSR, praktykę uważności, kurs medytacji, lepsze i gorsze książki o rozwoju osobistym/duchowym, i wszystkie Te Kursy Ogarniania Życia, Gdy Czujesz Że Nie Ogarniasz Życia … Zaczynają dawać efekty.

Teoretycznie nie zmieniło się w moim życiu nic, ale dzięki zmianie nastawienia zmieniło się wszystko. Nigdy wcześniej nie byłam ze sobą bliżej. Postawa bazująca na samowsparciu sprawia, że więcej mi się chce, więcej mogę, więcej robię, a jednocześnie wszystko dzieje się w równowadze z dbaniem o siebie (które wykracza poza malowanie paznokci jeszcze bardziej, niż ja wykraczam pędzelkiem poza granice paznokcia prosto na skórki ;).

Zamykam oczy, staram się dokładnie zapamiętać tę chwilę i uświadomić sobie, że to już. Już jest dobrze.

A czy będzie? Cholera wie. Ale trochę szkoda byłoby tracić dobre teraz w imię zmartwień o niepewną przyszłość.

Orajusiu, jak bardzo chcę to zapamiętać.

Bądźmy dla siebie dobrzy! <3