Jaki lajf, taki stajl – 3 ważne książki, kettlebells, zapachy, praca

dr lifestyle rosliny

Kiedy czułam się źle (po tym wpisie wiecie już, co to „źle” znaczy), łatwiej było schować się za merytorycznymi wpisami, niż opowiadać Wam, co u mnie słychać. A słychać coraz radośniejsze dźwięki! Bo i ptaki śpiewają i kot mruczy siedząc za laptopem, i moja ulubiona Mantra ze Spotify… Wsłuchuję się w dźwięki, podziwiam piękno, zachwycam się tymi wszystkimi małymi rzeczami, wobec których jeszcze niedawno pozostawałam paskudnie obojętna. Wreszcie nie tylko SŁYSZĘ, ale też SŁUCHAM.

Bardzo dobrze tłumaczy ten stan wideo Kasi Napiórkowskiej, które serdecznie Wam polecam, a sama przejdę do opowiedzenia o książkach, które pomogły mi wygramolić się z dołka.

3 ksiązki, które naprawdę mi pomogły

W ostatnich miesiącach przeczytałam dziesiątki książek z szeroko rozumianej tematyki rozwoju osobistego. Były klasyki jak Regina Brett, były akademickie pozycje psychiatrów i psychologów, były artykuły naukowe, były poradniki w stylu „Jak stać się szczęśliwym człowiekiem” i setki tysięcy innych słów, w których szukałam ukojenia. Wskazówki. Podpowiedzi. Czasami chociaż pytań, które mogłabym zadać sobie, by poznać własną odpowiedź.

Większość pozycji z tematyki Jak Naprawić Swoje Życie w Jeden Dzień była tak do bólu wtórna i przewidywalna, że mogły co najwyżej wpędzić w depresję, zamiast z niej wyciągnąć. Na szczęście nawet w najgęstszym mule można znaleźć absolutne perełki. Choć z książkami tak już jest, że czyjaś perła dla innego będzie po prostu brzydką błyskotką, to polecę Wam trzy książki, które przyczyniły się do poprawy mojego stanu psychicznego, komfortu życia i satysfakcji z codzienności.

Insightszczęściarz z każdego, dla kogo ta książka będzie pierwszym zetknięciem z rozwojem osobistym. Zero kołczingowego bełkotu, narzucania opinii, sugerowania złotych rozwiązań, które teoretycznie powinny zadziałać u każdego, a w praktyce nie działają u nikogo.

Autor przeprowadza czytelnika przez cały proces przemiany oparty o jego autorską metodę Inisght, która czerpie równie wiele z psychologii, co z kultury dalekiego wschodu.

Przypomina o tym, co ważne, jednocześnie pokazując, że każdy z nas ma absolutne prawo do ustalenia „czym to jego ważne jest”.

Wspaniała lektura pełna wartościowych ćwiczeń. Momentami mocno niewygodna, bo zmusza do stawienia czoła problemom, od których znacznie łatwiej byłoby uciec.

Zawiera ogrom wiedzy, ale też skłania do refleksji. Celnie stawiane pytania pomagają czytelnikowi dojść do własnych wniosków, które mogą okazać się cenniejsze, niż sama treść książki. Książka wymaga skupienia w czytaniu i zaangażowania w wypełnianiu ćwiczeń. Zdecydowanie nie jest to pozycja na jeden wieczór, a raczej na kilka miesięcy.

Tej książki się nie czyta – z tą książką się pracuje. Najwięcej do przepracowania będą miały osoby niepewne swojej wartości, wątpiące w siebie, zagubione pomiędzy tym „co się powinno”, „co warto”, a „co się chce”. Sprawdziłam na własnej skórze.

Subtelnie mówię fuck – książkę dostałam w prezencie od kobiety, której nigdy nie poznałam osobiście, a z którą mimo to znamy się dość dobrze. Ewa dwa lata temu była uczestniczką I edycji Korepetycji z odchudzania (5 lutego zaczynamy nabór do V edycji, ale to zleciało!). Poznałyśmy się bliżej gdy… postanowiła wysłać mi poprawki do moich jadłospisów :). A tu kropki brak, a tu czegoś na liście zakupów nie uwzględniłam, tu zdanie urwane, a tu można by dać więcej kuminu, to by było smaczniej.

A to franca!

Ano nie, żadna tam franca. Ewa jest bardziej dokładna i spostrzegawcza niż ja, a od pierwszych poprawek z perspektywy uczestniczki mojego kursu do dziś zrealizowałyśmy razem dużo projektów. Zaproponowałam jej współpracę przy tworzeniu diet z marketów i to dzięki niej jest w nich tak mało niedociągnięć!

Dziękuję Ewa, że postanowiłaś konstruktywnie mnie skrytykować te dwa lata temu, a na ostatnie święta podarowałaś książkę tak trafioną, jakbyśmy znały się całe życie.

Autor pewnie nie spodziewał się, że jakiejś Monice z Polski sprzeda swoją książką solidnego liścia w twarz. O raju! To nie jest jakieś tam pozytywne pierdololo, w którym JakiśTamKoleś mówi Ci „nie martw się, życie jest piękne” albo inne truizmy, od których można dostać mentalnej czkawki z zażenowania. Różnica między „Subtelnie mówię FUCK” a innymi książkami o poprawie jakości życia polega na podstawowym przekazie.

Mark Manson wybija Ci z głowy pomysł, że istnieje coś takiego jak koncept „zawsze i wszędzie szczęśliwy będziesz”. Zamiast tego namawia do poznania własnych wartości i kierowania się nimi w życiu z akceptacją ceny, jaką trzeba za nie zapłacić.

Jest to jedyna pozycja w zestawieniu, którą poleciłabym również ze względu na styl i czystą przyjemność z czytania. Pozostałe cenię za przekazane informacje i wnioski, do których doszłam w trakcie lektury.

Trwała przemiana – ostateczny argument, za sprawą którego przestałam dyskutować z zasadnością medytacji.

Od listopada uczestniczyłam w kursie MBSR (redukcja stresu z wykorzystaniem mindfulness). Teoretycznie poszłam na niego z własnej woli, a w praktyce musiałam samą siebie wziąć za chabety i zawlec się tam siłą. Bo skoro próbuję wszystkiego, żeby sobie pomóc, to tego też chcę.

Czary – Mary – Hokus – Pokus – Joga – Zen – Medytacja – Taka – Sytuacja.

Przecież cały ten spokój, kontakt z ciałem, dystansowanie się do myśli są tak bardzo nie moje! A jednocześnie okazały się tak bardzo potrzebne.

Z każdą kolejną lekcją czułam się lepiej. Nie podobały mi się medytacje, nie lubiłam tego robić, ale robiłam – w nadziei, że może w tym szaleństwie jest metoda. W między czasie dostałam pod choinkę (kolejny trafiony prezent!) „Trwałą przemianę” napisaną przez dwóch doktorów Harvardu w tym Daniela Golemana, czyli autora jednej z najważniejszych książek w moim życiu – Inteligencji Emocjonalnej.

„Trwała przemiana” to sceptyczna rozprawa sprawdzająca wpływ regularnej medytacji na życie. No i mam. Mój mózg dostał dowody, których potrzebował ;). Masa konkretów, chłodna analiza faktów i wnioski… które tak bardzo zachęcają do regularnej praktyki.

Naszła mnie ogólna refleksja, że może nie ma co bronić się przed dorobkiem buddyzmu w kwestiach lekkości życia i zdrowia psychicznego, skoro historia psychologii zachodniej sięga ledwie końcówki XIX wieku, a buddyjskie wglądy mają (i działają) od tysięcy lat?

Co mi tam, potestuję i dam znać. A teraz zejdźmy na ziemię :).

Wreszcie coś, co naprawdę pachnie!

dyfuzor zapachowy do olejków

Jeśli Alina coś mi poleca – nie zadaję pytań. Biorę w ciemno! Tym sposobem stałam się szczęśliwą niuchaczką dyfuzora zapachowego, który pachnie bardziej, niż cokolwiek innego. Testowałam świece (z różnych półek cenowych), woski (w kominku ze świeczką i w elektrycznym), zapachy do kontaktu, patyczki, olejki w elektrycznym podgrzewaczu.

Zdarzało się, że zapach wypełniał cały pokój i był intensywny, ale to co dzieje się po wlaniu kilku kropel olejku eterycznego do dyfuzora, to jest jakiś komos, rollercoaster dla receptorów węchowych.

Dyfuzor zapachowy lubią też moje roślinki (których jest już chyba więcej, niż skromnych 35 metrów kwadratowych mieszkania ;)). Nawilżacz zazwyczaj stoi na biurku przy filodendronach, które kochają wilgotniejsze powietrze. Nie oczekujcie jakichś super efektów w roli nawilżacza powietrza w całym mieszkaniu, bo pojemność i moc tych sprzętów jest za mała.

Dodatkowe zalety to brak toksycznych substancji wydzielanych w trakcie spalania świec czy używania odświeżaczy powietrza. Jest woda, jest olejek eteryczny i to by było na tyle – w 100% kontrolujemy skład wdychanych substancji. A jeśli wybierzemy dobry olejek, czyli prawdziwy olejek eteryczny (a nie olejek zapachowy wlany do buteleczki kojarzącej się z czymś naturalnym), możemy liczyć na prozdrowotne skutki aromaterapii.

Tyle że na tej ostatniej, to ja się jeszcze kompletnie nie znam. Znacie warte polecenia źródła olejków eterycznych? A może macie swoje ulubione (choć nadal w cenie olejku, a nie płynnego złota, bo i z tym się już spotkałam w różnych sklepach)? Będę wdzięczna za wszelkie rady w komentarzach <3.

Niech żyją Kettle <3

kettlebells dr lifestyle

Czysta radość! Gdy w czerwcu 2017 rozpadła się moja grupa z kettlami, przeszłam pod skrzydła trenera na personalne z (jeszcze wtedy nie) mężem. Podczas personalnych dopieściłam technikę, poznałam swoje słabości, pracowaliśmy nad najważniejszymi dla mnie umiejętnościami i obszarami sylwetki. Ale to nie wystarczało, bym lubiła te treningi tak, jak lubię grupowe.

Niedawno dołączyliśmy do nowej grupy, w której atmosfera jest taka, że… jak nie chce mi się ćwiczyć, to i tak nieważne, bo mam ochotę się pośmiać, więc idę. Jest bosko! A czujne oko Roberta pilnuje, byśmy między heheszkami zrobili każde powtórzenie, nie obijali się z ciężarem i nie kaleczyli techniki. Idealne połączenie!

A co w pracy?

Wreszcie mam siłę pracować tak, jak lubię. Tworzyć, wymyślać, pomagać ludziom i… dobrze się tym wszystkim bawić, zamiast zamartwiać, że coś jest za mało jakieś. Styczeń był pierwszym miesiącem, w którym miałam tak dużo siły, energii i zapału do pracy kreatywnej. Było kilka momentów na przestrzeni ostatnich dwóch lat, kiedy myślałam, że już nigdy nie będę do niej zdolna.

Cholera, jak cudownie jest się mylić :).

Szczerze nie mogę doczekać się pracy z kursantkami V edycji Korepetycji z odchudzania. Sprzedaż kończy się 14 lutego, a pracę z kursantkami zaczynam 18 lutego. Przez 4 tygodnie będę do ich (waszej?:)) dyspozycji w grupie wsparcia, gdzie będziemy się konsultować, motywować i działać!