Jaki lajf, taki stajl – pracolovizm, przeprowadzka, gradobicie i twarda dupa

Chciałam zacząć słowami, że trwa dziwny okres. Nietypowy miks sytuacji skrajnie trudnych z cudownymi wydarzeniami poprawiającymi jakość (i radość) życia. 

A później pomyślałam, że toć to żaden dziwny okres, a po prostu życie życie, które jak powszechnie wiadomo jest nobelon – raz przyjazno, a raz wrogo. 

Dziś opowiem Wam o reprezentantach obu scenariuszy. Na pierwszy rzut przyjemnostki!

Nurkowanie

Jeśli kropla drąży skałę, to moje podchody do nurkowania były konfrontacją nanokropelenieczki z najtwardszym granitem.

Pierwszy raz zeszłam pod wodę z Łukaszem już 10 lat temu w Egipcie, ale byłam tak nafurana zakochaniem (to była nasza trzecia randka!), że na strach w głowie i sercu miejsca po prostu nie było – z nim mogę wszystko! Nołp. Wróciliśmy parę lat później, a w momencie zejścia pod wodę motyle w brzuchu ustąpiły miejsca niepokojowi świdrującemu gdzieś w okolicy pępka i za mostkiem.

O. Pewnie już wtedy chorowałam na nerwicę lękową. Z diagnozą czy bez, bałam się przeokrutnie, szło mi pod wodą kiepsko, ale przez te 10 lat przy każdej okazji chciałam spróbować jeszcze raz. A przecież ja nawet niespecjalnie lubię wodę! Jeszcze nie wiedziałam o co mi chodzi w nurkowaniu, ale chodziło mi o to bardzo mocno.

Wybuchła pandemia, szukałam jakiejkolwiek odskoczni od rzeczywistości. Znalazłam ją 300 metrów od domu, bo dokładnie tyle dzieliło mnie od centrum nurkowego Seaquest. Poszłam na kurs nurkowania i twerkowania 2w1 – tak bardzo trzęsłam dupą przed każdym wejściem do wody. 

W przeciwieństwie do Łukasza, który chyba całe dzieciństwo spędził w jeziorze, woda nie jest moim żywiołem. Szło mi raczej kiepsko. Tu czuję, że tonę, tu mi kropelka wody weszła pod maskę, OLABOGA TO JA MAM JĄ ZDJĄĆ POD WODĄ, ŻEBY ZALICZYĆ KURS?! Najpierw był tylko strach, strach, strach i długo nic. 

3 miesiące po kursie stwierdzam, że aż żal słuchać strachu, skoro tak często się myli.

Tam jest bosko! Trochę tak, jakbym mogła latać. Widzieć i doświadczać wcześniej niedostępnych rzeczy i doznań. Nie myśleć o niczym, po prostu być. Jaka to była dobra decyzja!

To, co mnie długo hamowało to strach, potem myślenie że skoro nie mieszkamy przy Morzu Czerwonym to kurs nurkowania nie ma sensu (nawet w mieście o tak wdzięcznej nazwie jak Łódź), a na końcu zakładałam że to strasznie drogi sport. Nic z tych rzeczy – można nauczyć się dobrze nurkować w mieście – są w Polsce głębokie baseny, czyste jeziora (tylko zimneeeeeee!), czy choćby takie miejsca jak Deepspot gdzie w kontrolowanych warunkach można zejść nawet na 45m. Natomiast jeśli chodzi o koszt – na początku można wynajmować sprzęt, a własny kompletować etapami.

Ogarnęłam to! Od ukończenia kursu OWD byłam pod wodą ponad 25 razy, co skrzętnie notuję w moim nurkowym pamiętniczku. Gdy tylko mamy okazję, to nurkujemy, a jak nie mamy, to ją sobie stwarzamy.

W międzyczasie czytam książki o najciekawszych podwodnych destynacjach, życiu na rafie koralowej czy pochodzeniu i zwyczajach humbaków – fascynują mnie od lat.

Ostatnio dowiedziałam się, że zapis humbaczej pieśni został wysłany przez nas – ziemian – w kosmos, w nadziei, że z naszą paczką zapoznają się mieszkańcy innych planet! Czaicie to? Możecie wysłać wszystko, a wysyłacie m.in. piosenkę wieloryba <3!

Kiedyś medytowałam do ich śpiewu, a dzisiaj marzę o tym, że zdobędę wystarczające umiejętności i doświadczenie, wybiorę się na sam środeczek oceanu gdzieś pomiędzy Amerykami i Australią, na którąś z tysięcy maleńkich wysp należących do królestwa Tonga, gdzie będę nurkować w towarzystwie majestatycznych stworów.

Ok, od tego momentu to nawet nie marzenie, a cel: zrobię kolejne kursy i specjalizacje nurkowe, będę praktykować w polskich jeziorach, na basenach czy bliższych wypadach nurkowych… nauczę się nurkować głębiej, na mieszankach innych niż powietrze, w prądzie wody, zaplanuję wyprawę, zorganizuję pracę tak, żeby dwumiesięczny urlop nie stopował życia firmy, odłożę pieniądze.

Po prostu przepadłam!

Ale czy Szanowny Pan Humbak postanowi mieć wpływ akurat w tym samym środku oceanu, w którym będę ja? Zobaczymy! Albo i nie – i tutaj trudno mówić już o celu, to najczystsze marzenie. I okej, cieszę się drogą! Postanowiłam zrobić kolejny stopień uprawnień – AOWD, jeszcze w tym roku i zejść na 30 metrów!

PS. Bardzo (i to tak bardzo bardzo jak bardzo lubię pringelsiki omnomnomnomn) polecam Wam szkołę nurkowania Seaquest z Łodzi, ci ludzie są do tego stworzeni! Na zachętę dodam, że skoro z ich pomocą nawet ja to ogarnęłam, to naprawdę każdy ogarnie!

Pracolovizm

Poszłam na terapię z nutką zawstydzenia, bo przecież ja nie pracuję AŻ TYLE i AŻ TAK CIĘŻKO, żeby mówić o sobie per pracoholiczka.

Czy to nie brzmi jak klasyka gatunku z ust cokolwiek-holika? 😉

Posprzątałam w piwnicy. Po kilku miesiącach wyszłam z niej ze świadomością cienkiej granicy między pracolovizmem a pracoholizmem.

Przełknęłam gorzką jak pestka grejpfruta prawdę o sobie i wzięłam na wątłą klatę wspartą pushapem fakt, że załatwiałam sobie pracą znacznie więcej, niż zawodowe spełnienie. A zarabiane pieniądze stawiałam na równi z poczuciem bezpieczeństwa. 

Odrobiłam lekcje, wyciągnęłam wnioski i zrobiłam kilka kroków w tył.

Zredukowałam nie tylko liczbę godzin spędzanych w pracy, ale i finansowe oczekiwania. Poczucie bezpieczeństwa opieram na swoich umiejętnościach i zasobach. Choćby mnie wywieźli do obcego kraju i postawili w samych gaciach na środku szczerego pola, coś zrobię, coś wymyślę. Nikt mi nie zabierze tego, co nauczyłam się przez ostatnie lata, a skoro bez problemu znalazłam pracę mając 18 lat, to bogatsza o ponad dekadę doświadczeń i zdobywania wiedzy tym bardziej byłoby to możliwe teraz.

Ale na szczęście nie musi, bo w porę zmiarkowałam się, gdzie popełniam błędy w swoim życiu zawodowym. Zaczęłam budować mały zespół osób, którym też zależy na niesieniu zdrowego podejścia do zdrowego stylu życia w świat. I z dumą stwierdzam, że otaczają mnie teraz ludzie, którzy radzą sobie z zadaniami lepiej, niż radziłam sobie ja. Jesteśmy coraz bliżej sprawnego systemu pracy, w którym każdy zajmuje się tym, co najbardziej lubi.

I całe szczęście, że pracowałam nad tym od początku roku. Okazało się, że ciężki czas miałam dopiero przed sobą.

Wali gradem, ale zbudowałam sobie dach

Mam problemy ze zdrowiem. Mimo przywileju korzystania z prywatnej opieki zdrowotnej, nie trafiłam na lekarza, który choćby zbliżył mnie do rozwiązania problemu. Po ponad roku leczenia jestem w gorszym miejscu, niż na początku.

Bardzo bliska mi osoba znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Wszystkie ręce na pokład, robię, co mogę, ale mogę znacznie mniej, niż bym chciała.

Sypnęła się duża rzecz w pracy, popełniłam kosztowny (czasowo i finansowo) błąd.

W ciągu ostatnich czterech tygodni dostały po dupie trzy ważne dla mnie obszary życia – zdrowie, bliscy ludzie, praca.

Zewsząd wieje, sypie gradem, wybijają kolejne porcje szamba.

Zauważam, że mimo problemów – śpię. Pracuję. Gotuję. Chodzę na treningi. Czytam książki. Jem czipsy oglądając The Office z przyjaciółmi. Chodzę do kina. Cholera jasna, nawet w Barcelonie byłam, gdzie Łukasz oświadczył mi się ponownie w dzień dziesiątej rocznicy! I byłam tam szczęśliwa.

Nie jestem demonem produktywności, ale żyję dobrze. Dzieje się źle, dużo płaczę i się martwię, ale jest coś więcej oprócz smuteczków i łez. I dotarło do mnie, że to jest moja nagroda za ostatnie 5 lat walki od siebie. Po tym jak przeciorała mnie ta franca depresja poszłam na terapię. Kurs MBSR (medytacja i uważność), później MBCL (samowspółczucie). Praktykowałam jogę, wyjeżdzałam na odosobnienia medytacyjne, czytałam książki psychologiczne. Robiłam wiele rzeczy, których… zasadność na bieżąco podważałam.

Bo skoro tak joguję i medytuję to czy nie powinnam być personifikacją kwiatu lotosu, który jest tak przepełniony wdzięcznością, że obce mu wkurw, smutek i strach?

Czy po terapii nie powinnam umieć radzić sobie ze wszystkim sama?

Czy po latach z jogą nie powinnam już trzaskać szpagatów, mostków a najlepiej prosto z mostku przejść przeskokiem w szpagat?

Dopiero teraz, gdy srogo dostaję po dupie, widzę, że to wszystko miało sens. Nie urodziłam się z twardą dupą, ale udało mi się w niej wyćwiczyć. Zbudowałam odporność psychiczną, która pomaga przejść przez trudny czas i żyć. Jak napisała kiedyś pięknie Kundelek na biegunie – “końców świata jest wiele, a tak naprawdę nie ma ani jednego”.

Dobrze jest umieć o tym pamiętać nawet wtedy, gdy akurat trwa jeden z nich. Obracam tę chwilę między palcami i próbuję zapamiętać, że gdy spada na mnie kupa gówna, to radzę z nim sobie dużo lepiej, niż w najczarniejszych scenariuszach. Czas na aktualizację oprogramowania – radzę sobie ze sobą lepiej, niż kiedykolwiek.

To po co tyle się bać?

Przeprowadzka 

Od czterech miesięcy budzi mnie dźwięk wiertarki, który potrafi brzmieć jak najpiękniejsza melodia – w końcu tu jesteśmy! Od momentu podpisania papierów na dziurę w ziemi minęły ponad 3 lata. Przenieśliśmy cały majdan, rzeczy pracowe i kotowe, i rozdzieliliśmy życie między biuro, a mieszkanie prywatne.

W biurze mam swój gabinet, ale i tak najwięcej czasu spędzam we wspólnej przestrzeni, czyli w naszej kawalerce musiało nie być aż tak źle ;). Super jest to, że teraz mogą wpadać do nas współpracowniczki – wiele rzeczy idzie sprawniej, gdy jesteśmy obok siebie.

W domu po prostu uuuuuwieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeelbiaaaaaaaaaaaaam kuchnię. Marzyłam o wyspie, ale nawet w marzeniach nie wyobrażałam sobie jak przyjemnie będzie szło gotowanie, gdy powierzchnia blatu roboczego będzie szersza niż mój tyłek! Spoko, w naszym kuchnio-przedpokoju radziłam sobie wystarczająco dobrze, mi brak miejsca nie przeszkadza. Ale teraz dostałam wiatru w żagle, mam nowy zapał do kulinarnej kombinatoryki. Uwielbiam ten moment, gdy gotuję dla przyjaciół, wlewam białe wino na patelnię, żeby podbić smak krewetek smażonych na maśle i oliwie z odrobiną chilli, a później resztę wina wlewam do kieliszków i wznosimy toast za to, że znowu jesteśmy razem. Lubię dom, w którym są ludzie – bez nich to byłyby tylko ściany wypełnione meblami.

Może kiedyś opowiem Wam więcej o decyzjach, z których jestem zadowolona w związku z nowym mieszkaniem, ale też o rzeczach, które zrobiłabym inaczej.

Wiem, że dawno nie pisałam tutaj od serca (wszystko kręciło się wokół dietetyki), ale zamiast zapowiadać szumne powroty, pozwoliłam sobie po prostu znów zacząć pisać i zobaczyć, co się stanie. Kiedyś wpisy z serii jaki lajf, taki stajl były najchętniej czytanymi na blożku. Jeśli przeczytałaś/przeczytałeś ten do końca, daj znać w komentarzu. Byłoby miło znowu Was tu widzieć :).