Jaki lajf, taki stajl #1

Myśląc o dzisiejszym wpisie przypomniałam sobie o tym, że blogowałam już 9 lat temu. Pierwsze podrygi miałam na tenibicie, gdzie prowadziłam bloga o życiu pełnego dojrzałych przemyśleń niedojrzałej gimnazjalistki. Początkowo notki pisałam w TeN sPoSóB, ale później zrozumiałam, że to dziecinada. Treść się nie zmieniła, ale przynajmniej wygodniej było pisać bez konieczności klikania CapsLocka co literkę. Jak wspólnie zdecydowaliśmy przyszedł ten czas, w którym na blogu pojawia się nowy cykl. Wiecie taki z serii „Kochany pamiętniczku”, zakamuflowany pod nazwą Jaki lajf, taki stajl. Przeglądy tygodnia będą pojawiały się w niedzielne wieczory (lub czasami poniedziałkowe południa, jeśli okazałoby się, że niedziela stała się studenckim czwartkiem).

Przegląd tygodnia

IMG_9625
IMG_9767
Najlepszy słonecznik na świecie tylko w Nowogrodzie!
IMG_9810

Święta spędziliśmy w głównej mierze u rodziny Łukasza – jakieś 450 kilometrów od Łodzi. Uwielbiam okolice jego domu – lasy, pola, rzeka. A komary jeszcze się nie obudziły z zimowego snu, więc nic nie stawało na przeszkodzie siedzeniu przy ognisku nad brzegiem rzeki. Spotkaliśmy się z dawno niewidzianymi znajomymi i chłonęliśmy słońce ile się tylko dało. Niczym niezmąconą utopię zaburzył (uwaga, uwaga! na pewno się tego nie spodziewacie) ból głowy, który zabrał mi jakieś 6 h z Wielkiej Niedzieli, a zostałam uratowana przez (tym razem prawdziwe zaskoczenie!) teściową. Przyszłą :). W poniedziałek wróciliśmy na obiad do moich rodziców, a dokładniej do babci, która magicznym „jedzcie, jedzcie” sprawiła, że przy ostatnich ciastach wjeżdżających na stół myślałam, że będą to ostatnie rzeczy, których skosztuję w życiu. Jak widzicie, przetrwałam. We wtorek wróciłam do Łodzi razem z rodzicami, gdzie mieliśmy do załatwienia (póki co) tajną misję. Po drodze bolała mnie głowa.

IMG_9811
IMG_9835

W środę zaczęła się moja batalia przeprowadzkowa – nie pomyślałabym, że przez kilkanaście miesięcy można zgromadzić aż tyle rzeczy! Całe szczęście, że dostałam czytnik ebooków – od razu mniej dźwigania. W czwartek my i Specjalistyczna Brygada ds. Przeprowadzek przerzucaliśmy spakowane rzeczy między mieszkaniami – z 52 na 54. Rozliczaliśmy się w szklanej walucie, więc pod koniec szło nam coraz wolniej, a w mieszkaniu zostały 3 patelnie. Ekhm. W piątek sprzątaliśmy. I sprzątaliśmy. I układaliśmy. Aż nagle… naszym oczom ukazało się mieszkanie! Sukces 😉 (Głowa nie pozwalała o sobie zapomnieć)

IMG_20140426_104746
IMG_20140426_122933

W sobotę wybraliśmy się do Ikei. Ja podśpiewywałam Heaven, I’m in heaven, a Łukasz był nawet dzielny przez pierwszą godzinę! Zanim zaczniecie krzyczeć na mnie za ciastko – śniadanie to najważniejszy posiłek dnia 😉

IMG_9842
IMG_9844

Niedziela – dzień, który miał upłynąć pod znakiem nauki do poniedziałkowego kolokwium, a nieoczekiwanie zmienił się w dzień uczty dla podniebienia. Jerry’s burger – było dobrze, blisko perfekcji!

W związku z przeprowadzką mam ograniczony dostęp do Internetu, a blogowej aktywności wcale nie ułatwia fakt, że spędziłam dzisiaj 6 h na SORze. Teraz przynajmniej wiem, że w trosce o układ pokarmowy mogę darować sobie wszelkie leki przeciwbólowe – skoro ketonal podawany dożylnie nie zrobił na mnie wrażenia to szkoda się faszerować tymi świństwami. Uznałam, że zasłużyłam na nagrodę za dzielność i właśnie wsuwam sorbet malinowy ze zdecydowanie zbyt dużą dawką bitej śmietany. W związku z moją chwilową niedyspozycją jutro widzicie się na blogu z Łukaszem – będzie mnie godnie reprezentował (czyt. znów zgarnie mnóstwo lajków i wpędzi mnie w kompleksy).