Jaki lajf, taki stajl #106 – o mojej pracy, Gdańsku i marzeniu, które runęło

Azure Window. Taka dziura w skale, którą chciał zobaczyć każdy, kto chciał zobaczyć Maltę. Ja chciałam. Wzięła i runęła kilka dni temu. Na świecie nadal pozostały setki (tysiące? dziesiątki tysięcy?) miejsc wartych zobaczenia a wśród nich przynajmniej kilkadziesiąt takich, które chciałam zobaczyć na własne oczy (nawet bardziej niż Azure Window). Nie zmienia to faktu, że przez moje „a może kiedy indziej”, „to nie jest dobry moment”, „bilety nie są takie tanie, jakie mogłyby być”, „pogoda na Malcie w marcu nie jest idealna” mogę zobaczyć Azure Window jedynie na archiwalnych zdjęciach. A przecież miałam je oglądać z innej perspektywy. Miałam majtać nogami nad morzem, siedząc na tej skale! Fantazja mnie poniosła – jestem na to zbyt wielkim tchórzem.

W moim 5-year diary pod datą 8 marca ani słowa o tulipanach i dniu kobiet z niefeministycznego punktu widzenia. Zamiast tego tylko jedno zdanie: nie odkładaj życia na później! Sprawa się komplikuje, bo Wielka Rafa Koralowa coraz mniejsza a Malediwy mają zatonąć, ale od czego są marzenia i świnka skarbonka ;).

Byliśmy za to w Gdańsku! Za każdym razem odwiedzając Trójmiasto zastanawiam się czy żyje się w nim tak dobrze, jak to wygląda z perspektywy turysty. Dużo terenów zielonych, piękne plaże, morze, urocze Stare Miasto, świetne restauracje, liczne kawiatnie, a jednocześnie wszystko to, co oferują inne duże miasta. Nawet teraz, gdy wymieniam kolejne zalety zastanawiam się dlaczego jeszcze tam nie mieszkam?! Ano tak. Dlatego, że jeszcze kończę studia, lubię nasze łódzkie mieszanie, a nawet gdybym dziś miała możliwość wybrania dowolnego miejsca na świecie, w którym mogłabym zamieszkać od zaraz, nie wiedziałabym co wybrać.

Może to i dobrze, że jeszcze nie muszę podejmować tej decyzji :). Na dzień dzisiejszy życie dzielę na dwa okresy: do obrony i cała reszta. Ukończenie studiów to moment symboliczny, bo po drodze mam do załatwienia wiele rzeczy, które nie są związane z uczelnią. Na szczęście sukcesywnie, małymi kroczkami udaje mi się realizować kolejne zadania, wyplątywać się ze zobowiązań, które przestały przynosić satysfakcję i skreślać kolejne punkty z listy rzeczy do zrobienia.

Jestem niesamowicie wdzięczna za pobyt w Gdańsku! Spędziliśmy tam niecałe 48 godzin, ale przez intensywną codzienność miałam wrażenie, że jestem na wypasionym urlopie w formule allinclusive. Jak trafiliśmy do Gdańska? Wiecie jak to jest – każdy ma swoje poranne rytuały. Mój Narzeczony rozpoczyna dzień od przeglądania portali z nowinkami technologicznymi. Mój tato ogląda serwis informacyjny. Babcia karmi kury. Ja wchodzę na Airbnb. Skaczę od oferty do oferty i w myślach żałuję, że równie szybko nie mogę przenosić się w przestrzeni, by na własne oczy przekonać się o tym, gdzie podoba mi sie najabrdziej. Właśnie tak znalazłam ofertę idealną na pobyt w Gdańsku. Mieszkanie na wyłączność, bezpośrednio przy Starym Mieście (nad Motławą) z basenem, jacuzzi i sauną w budynku (bez dodatkowych opłat). Cena? 200 zł za noc dla czterech osób (160 zł dla dwóch). Dojazd z Łodzi trwa około trzech godzin. I na chwilę zapominam o Malediwach, Wielkiej Rafie i wszystkich tych miejsach, do których w zdycham przeglądając Airbnb. Rzeczywistość jest jeszcze fajniejsza! 

Airbnb polecam niezmiennie od dwóch lat. Jeśli będziecie chcieli rezerwować coś w Gdańsku bardzo chwalę sobie pobyt w apartamentowcu Waterlane (przykładowe oferty: 1, 2, 3, 4 oraz w innych apartamentach w centrum Gdańska: 1, 2, 3, 4, 5). Świetna lokalizacja, doskonała kawiarnia (Umam Marina) na parterze budynku no i darmowa siłownia, basen i inne bajery. Przed rezerwacją w Airbnb sprawdźcie opinie o ofercie (recenzje na Airbnb są bardzo wiarygodne, bo może wystawić je jedynie osoba, która faktycznie miała wykupiony pobyt w apartamencie), a jeśli nie macie jeszcze konta, to zakładając je z tego linka otrzymujecie 100 zł zniżki (do wykorzystania w dowolnym momencie – zniżki zazwyczaj są niższe, więc warto założyć konto teraz, a wykorzystać rabat w dogodnym momencie). Niestety Airbnb zmieniło zasady systemu poleceń i dla polecającego nie jest to już tak opłacalne jak kiedyś, ale ja naprawdę lubię ten serwis i będe go polecać jeszcze długo. W szkicach leży wpis o wadach i zaletach Airbnb, może niebawem ujrzy światło dzienne, ale to zależy.

Wspominałam wcześniej, że mam bardzo długą listę rzeczy do zrobienia przed końcem pierwszego półrocza 2017. Jeśli pamiętacie okołonoworczny wpis możecie być zaskoczeni – postanowień miało nie być! Ale ta lista to żadne postanowienia. To spis rzeczy, za które już dawno powinnam była się zabrać, odhaczyć, skreślić i wyrzucić z pamięci. Wszystko zmierza w bardzo dobrym kierunku, to nad czym aktualnie pracuję sprawia mi ogromną radość.

Jestem niesamowicie wdzięczna (i już nie walczę z tym, że to mój standardowy punkt na wdzięcznościowej liście) za to, że mogę pracować w taki sposób. Rozpoczęcie prowadzenia konsultacji indywidualnych to najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć! Korepetycje z odchudzania i wspieranie dziewczyn w grupie na FB co najmniej równie dobra ;). Pisanie artykułów, prowadzenie webinarów, nagrywanie wideo (szykujemy materiały na kanał na YT)… Praca nad kolejnymi produktami, opracowywanie nowych przepisów, porównywanie informacji z różnych źródeł i ciągłe poszerzanie wiedzy to dokładnie to, czemu chcę poświęcać swoją uwagę. Nie dość, że daje satysfkację, poczucie spełnienia, to jeszcze masę radochy. To sprawia mi po prostu frajdę. Nie chcę zaczynać tutaj patetycznych wyznań o misji, która stoi za tym wszystkim, ale nie zaprzeczę – wiadomości od osób, którym pomogłam (czy to bezpośrednio, czy przez artykuły z bloga) to najskuteczniejsza siła napędowa do dalszego działania.

Zaczynam rozumieć, co znaczy to (jak mi się kiedyś zdawało) wyświechtane powiedzenie o tym, że „Jeśli kochasz swoją pracę, to nie przepracujesz ani jednego dnia”. Co prawda na ten moment zmierza to w kierunku całodobowym, ale kocham tę robotę! I nie jest takie ważne gdzie będę ją wykonywać. Może być Trójmiasto, może być Łódź, może być rodzinna wieś, może być jakaś wyspa o wulkanicznym krajobrazie a może być Barcelona. Po wieeeeelu latach życia w matrixie 😉 doszłam do wniosku, że albo będę szczęśliwa wszędzie, albo nie będę nigdzie.

No to wolę wszędzie!