Jaki lajf, taki stajl #92 – zły szef, rocznica, nie ma nic na zawsze

Jeśli miałabym porównać do czegoś poziom mojej kreatywności w ostatnich dniach (tygodniach?), musiałabym sięgnąć dna (i to tego sławetnego z kilometrami sześciennymi gęstego mułu). Dobrodziejstwo w postaci wolnego czasu okazało się być przekleństwem, bo chyba jednak najskrupulatniej prowadzone kalendarze, listy zadań, kolorowe zakreślacze i kolejne aplikacje na telefon nie potrafią działać na mnie tak dobrze, jak szef.

To fatalne spostrzeżenie, do którego przyznaję się ze wstydem. Szczególnie przed samą sobą. Wprowadziłam sobie nowy system działania, mam nadzieję, że sprawdzi się lepiej, niż dotychczasowy. Efektywność możecie mierzyć w nowych wpisach i aktualizacjach mediów społecznościowych.

Problem ze zmniejszoną częstotliwością publikacji ma jeszcze co najmniej jedno podłoże. Zaczęłam czuć się źle na własnym blogu. Rozmowy ze znajomymi blogerami, lektury książek o marketingu, czytanie branżowych blogów, obserwowanie grup dyskusyjnych dla blogerów wpędziły mnie w kompleksy.

Piszę o tym, co wena lub nowa wiedza przyniesie. Nie zastanawiam się długo przed kliknięciem „publikuj”. Nie kreuję wizerunku (o czym przekonałam się wypełniając ankietę do pracy licencjackiej przyjaciółki), chyba nawet tematyka bloga nie jest do końca spójna, nie mam strategii działania, nie analizuję wyników (serio, nie wiem nawet, który post ile ma wyświetleń, odkąd zmieniliśmy szablon). Działam intuicyjnie i poczułam się z tego powodu… Gorsza.

Zaczęłam się zastanawiać czy nie za dużo tu prywaty? Może jedynie z zażenowaniem przewijacie moje wypociny o relacjach z rodzicami, zdjęcia kota, wychwalanie pod niebiosa mojego faceta? Może jak pięść do oka pasują takie wpisy komuś, kto za parę miesięcy będzie chciał oficjalnie wystartować z poradnią żywieniową? Może powinnam założyć oddzielnego bloga, poświęconego wyłącznie tematyce żywienia? 

A później wróciłam do własnego wpisu o tym, jak poczuć się szczęśliwszym, spojrzałam na moją magiczną kartkę z listą rzeczy do zrealizowania przed dwudziestymi piątymi urodzinami, pogadałam z Łukaszem i się uspokoiłam.

stykowka-drlifestyle-jagody

Doszłam do tego samego wniosku, co zawsze. Muszę po prostu robić swoje. Uświadomienie sobie tego poprawiło humor, dodało motywacji, ale nie rozwiązało problemu w całości. Korzystając z okazji, że po raz kolejny podzieliłam się z Wami moimi rozterkami, chciałabym zadać Wam jedno pytanie.

A dokładniej, chciałabym zadać je Tobie.

Po co czytasz mojego bloga? Chodzi jedynie o wiedzę, którą przekazuję czy równie interesujące są dla Ciebie pozostałe aspekty mojego życia? Dziś mam grubą skórę, możesz mi dowalić, jeśli masz ochotę i podstawy. Obiecuję wziąć sobie do serca również krytykę i zastanowić się czy według mnie jest trafiona, by później coś zmienić w funkcjonowaniu tego miejsca.

A jeśli o zmianach mowa. Nie raz przekonywałam się, że zmiany są moim najlepszym motorem napędowym do dalszego działania, więc daję znać o trzech, które chcę wprowadzić w życie w najbliższym czasie:

  • Snapchat -> Insta Story – nie wiem dlaczego, skoro obie aplikacje są tak samo pod ręką, ale wolę dodawanie krótkich filmików na instagramie. Może chodzi o znacznie większą liczbę obserwujących, a może moją wewnętrzną niechęć do snapa? Z przyjemnością wyrzuciłam duszka z mojego telefonu, bo posiadanie go sprawiało, że oglądałam za dużo treści bardzo niskich lotów. Nie obiecuję codziennych publikacji, ale jeśli będzie działo się coś ciekawego, to zobaczycie to na moim insta
  • Już nie tylko Jaki lajf, taki stajl -> ja lubię pisać te teksty, a Wy lubicie je czytać (o czym wiem z ankiety przeprowadzonej kilka miesięcy temu); odkąd jeszcze więcej trenuję i świadomiej się odżywiam, niedzielne wpisy robiły się zdecydowanie za długie, dlatego będę publikować oddzielne podsumowania tygodnia poświęcone jedzeniu i ćwiczeniom. W niedzielnych tekstach będę przemycać więcej informacji z szeroko rozumianej tematyki kobiecej.
  • Udzielanie porad dietetycznych, układanie indywidualnych jadłospisów – koniec z alejaniejestempewnaczymogę. Bo po prostu się wkurzyłam. Moje wątpliwości zniknęły, gdy w ciągu ostatnich tygodni zobaczyłam na własne oczy kilka przykładów „DIET” rozsyłanych przez trenerów – celebrytów. Narastała we mnie frustracja i złość. Ci ludzie robią innym krzywdę za ciężkie pieniądze, bo zalecenia rozsyłane masowo, bez żadnej indywidualizacji, zakładające jakieś chore ilości białka, drastyczne deficyty kaloryczne, brak rozmaitości, głębokie restrykcje, to w moim przekonaniu właśnie krzywda. Może i po 2 tygodniach klient (bo w ich przypadku o pacjencie nie ma mowy) zobaczy efekty, ale po dłuższym czasie zobaczy też defekty.Długo broniłam się przed udzielaniem porad, nim przed imieniem i nazwiskiem pojawi się u mnie tytuł magistra dietetyki (przede mną piąty rok studiów na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi). Ale widok tych „DIET” rozsyłanych masowo za niemałe pieniądze przekonał mnie do tego, że jestem w odpowiednim momencie, by zacząć. W tym tygodniu spotykam się z prawnikiem, by ustalić najlepszy sposób sformalizowania działalności, przygotuję ofertę, prostą stronę i będę oficjalnie ogłaszać start. Oczywiście jeszcze wielokrotnie podkreślę, że nie mam jeszcze tytułu magistra, a każdy chętny sam podejmie decyzję o nawiązaniu ze mną współpracy. Uznajmy, że blog to moje CV i portfolio – wiecie czego można się po mnie spodziewać.

Jak widzicie jestem zawieszona w dziwnym punkcie – nie mogę ruszyć dalej, jeśli niczego nie zmienię. Jednocześnie, nie mam też pewności czy kierunek zmian jest słuszny. Mogę się tego dowiedzieć tylko wtedy, jeśli zaryzykuję. Pisząc o tym wszystkim czułam ekscytację i ogromny przypływ motywacji, mam nadzieję, że te uczucia nie opuszczą mnie przez najbliższe miesiące.

Jest jeszcze czwarty projekt, nad którym pracuję intensywnie od kilku dni, ale postanowiłam sobie, że poinformuję Was o nim dopiero wtedy, gdy przygotuję co najmniej połowę materiału. Mam nadzieję, że zobaczycie efekty mojej pracy na początku października. To dla mnie duże wyzwanie (również technologiczne), ale gra jest warta świeczki :).

Rzuć okiem

Kanał The Boobskie to jedna z moich ulubionych odsłon kobiecego YouTube’a. Wśród masy hauli zakupowych, gównianych kosmetyków, plastikowych ubrań i zatajania współprac, są one, moje perełki. Dziewczyny w ciekawiej formie dzielą się swoimi spostrzeżeniami i refleksjami na temat rzeczywistości, wszystko okraszając dozą ironicznego humoru, sarkazmu i kobiecego wdzięku. Bardzo wartościowy kanał, mam nadzieję, że szybko dojdą do setek tysięcy subskrypcji i będą mogły skupić się wyłącznie na rozwijaniu programu.

A jeśli nie masz ochoty poświęcać kilku godzin na nadrobienie materiałów od dziewczyn, to możesz zaliczyć szczękoopad oglądając „Podwodny wodospad” na Mauritius. Jeśli zamiast kilku godzin wolisz poświęcić na coś 2 godziny 15 minut, to polecam Ci film, który obejrzałam wczoraj jako ostatnia osoba na świecie – Love Actually. Uśmialiśmy się z Łukaszem oboje, no i fajnie było poczuć klimat świąt w sierpniu.

My świętować będziemy już za parę dni, bo wyjeżdżamy celebrować kolejną rocznicę naszego związku. Ach, te tysiące przespacerowanych kilometrów, hektolitry wypitego wina, niezliczone ilości wspólnie zjedzonych zupek chińskich! Aż ciężko mi uwierzyć, że już pięć lat zachwycam się tą parszywą, najpiękniejszą na całym świecie facjatą i wprost nie mogę się doczekać kolejnych.

drlifestyle-20160827-007

Gdzieś między mostkiem, a żebrami czuję, że najlepsze dopiero przed nami. I średnio mnie interesuje ostatnia moda na to, że do upadłego trzeba szukać ideału, że jeśli coś Ci nie pasuje, to wypad, a jeśli Tobie nie pasuje coś w nim czy niej, to każ mu spadać na drzewo. Wkurza mnie to gadanie, że przecież niczego nie możemy być pewni, że nie ma nic na zawsze. No jasne, ale to wszystko nie znaczy, by sprowadzić życie emocjonalne do poziomu ameby. Zamknąć się na to, co dobre, bo po drodze coś może się schrzanić. Nie próbować, żeby się nie sparzyć.

Ja w moje zawsze głęboko wierzę i codziennie pracuję nad tym, by było jak najbardziej realne. I będzie. Uprzejmie proszę o niewyprowadzanie mnie z błędu. Najwyżej wszystko odszczekam, posypię głowę popiołem, a później jakoś to będzie.

Ale zanim zacznę martwić się o to, co wydarzy (albo nie wydarzy) się za kilkadziesiąt lat, zrobię obiad. I moje teraz od razu będzie trochę lepsze 😉