Jaki lajf, taki stajl #108 – weekend w Krakowie, aktualna pielęgnacja twarzy i jak nie zostałam celebrytką

drlifestyle

Nie wiem jak to działa, ale działa. Gdy zarywałam nocki w sesji, nie czułam się najbardziej wypoczętym człowiekiem na świecie. Z kolei zarywanie nocek pod pretekstem wielogodzinnych rozmów, wspominania naszych najfajniejszych wydarzeń i planowania kolejnych, co najmniej równie dobrych, okazuje się być moją ulubioną techniką relaksacyjną. Piszę ten tekst senna i zmęczona, a jednocześnie dawno nie byłam tak wypoczęta i zrelaksowana. Przedreptaliśmy kilkadziesiąt tysięcy kroków, wypiliśmy nieprzyzwoite ilości nieprzyzwoicie pysznych win i nacieszyliśmy się sobą. Pokażę Wam kilka migawek, które przeszły przez cenzurę ;).

Weekend w Krakowie

W piątek po południu pisałam kolejne zaliczenie (ciężko mi uwierzyć, że do końca studiów zostało już tylko 12 zajęć!), a chwilę po nim byłam już w drodze na dworzec. Nie ma lepszego sposobu na dostanie się z Łodzi do Krakowa, niż pociągiem. Podróż trwa 2h 20 minut, warunki są bardzo komfortowe a jeśli zdecydujecie się na któryś z hoteli przy ul. Pawiej, to można powiedzieć, że PKP podwozi Was pod same drzwi. My zatrzymaliśmy się w Mercure Kraków Stare Miasto, co okazało się bardzo dobrym wyborem.

Piękne wnętrzna, funkcjonalne pokoje, miła obsługa i  R E W E L A C Y J N E  śniadania. To mówię ja, Wasz wymagający dietetyk z nietolerancją laktozy. Wieczorem również warto zajrzeć do restauracji Winestone (znajduje się na parterze hotelu przy ul. Pawiej 18B, jest otwarta dla wszystkich gości, nie tylko hotelowych). A nie dość, że zajrzeć, to jeszcze rozsiąść się na wygodnych fotelach, zamówić jedzenie, które równie dobrze smakuje, co wygląda i idealnie komponuje się z kieliszkiem (świetnego) wina.

Używam liczby pojedynczej, żeby Was nie demoralizować, ale gdybym miała być szczera, musiałabym napisać, że w karcie znajdują się tak dobre wina, że po prostu nie wypada poprzestać na jednym kieliszku. Ale nie napiszę, przyzwoitość mi nie pozwala! Na szczęście wino to najlepszy alkoholowy wybór dla osób odchudzających się lub po prostu dbających o zdrowie (więcej o zaletach i wadach wina przeczytasz w artykule „Wino a odchudzanie”).

Z kolei kawa – w odpowiednich ilościach – jest już sprzymierzeńcem odchudzania! Jest też sprzymierzeńcem życia, w ogóle ;). Nie wiem jak kiedyś funkcjonowałam bez kawy! A musicie wiedzieć, że zaczęłam pić ją bardzo późno – gdzieś po 20tych urodzinach, gdy kolejne sesje egzaminacyjne starały się mnie pokonać. Teraz piję kawę codziennie, a poranne kawkowanie to jeden z moich ulubionych ryuałów. Czasem dodatkowo poprzedozny hałasem mielonych ziaren, kiedy Łukasz odpala MyCooka, żeby zaserwować nam aromatyczną, jeszcze lepszą kawę. Dopóki nie dorobimy się eksprestu, ta opcja naprawdę jest satysfakcjonująca! Szczególnie, gdy zawiera dostawę do łóżka :).

Cel wyjazdu był jeden: weekendowa randka. Wiem, wiem. Nie tak dawno pisałam Wam (przy okazji wpisu o metamorfozie biura), że razem mieszkamy, pracujemy, trenujemy i większość czasu w ciągu dnia spędzamy w swoim towarzystwie. W mojej ocenie przebywanie w swoim towarzystwie, nie zawsze oznacza bycie razem. Głęboko wierzę, że o związek warto dbać, a najbardziej opłaca się to robić wtedy, kiedy wcale nie trzeba. Kiedy nie ma przymusu, noża na gardle i widma cichych dni, które nie wiadomo kiedy stały się cichymi tygodniami.

krakow veganic

W związku z tym nie było szalonego planu zwiedzania, był za to plan zrobienia trzech rzeczy po raz pierwszy. I tym sposobem Łukasz trafił do wegańskiej knajpy na trzydaniowy obiad. Dla bidulka była to taka trauma, że później do końca dnia nadrabiał niedobory białkowe i jadł wyłącznie burgery. Dzięki Waszym rekomendacjom na InstaFB trafiliśmy do naprawdę świetnych miejsc! Jeśli jesteście ciekawi, co polecam w Łodzi (zarówno do zobaczenia jak i do zjedzenia), zachęcam Was do przeczytania wywiadu, w którym opisuję moje ulubione, sprawdzone miejsca.


Drugim pierwszym razem była wizyta w Muzeum Sztuki Współczesnej. Lub, jak wolę, Muzeum Dorabiania Ideologii Do Czegokolwiek. Jeśli komuś się naraziłam, proszę o wylanie na mnie wiadra pomyj w komentarzu. To by dopiero była sztuka! Zupełnie jak potłuczone talerze, plamy na podłodze i inne elementy ekspozycji w MOCAK. Ku mojemu zaskoczeniu całą wizytę oceniam pozytywnie i nie żałuję, że odwiedziliśmy to miejsce. Było to ciekawe doświadczenie, przestrzeń muzeum jest świetnie zaaranżowana, a wystawa fotografii i obrazów szczerze nam się podobała.

Fajny ten Kraków. Mamy po co wrócić!

Aktualna pielęgnacja twarzy

Odkąd zaczęłam nagrywać filmiki na Instasnapie (mój nick: drlifestyle.pl), dostałam kilkanaście wiadomości z pytaniami o kosmetyki, których używam do pielęgnacji twarzy, bo ponoć „bardzo poprawiła się kondycja mojej skóry”. Owszem, poprawiła się, ale największą zasługę miała zmiana diety, bez której najlepsze mazidła nie dałyby takich efektów. Udało mi się pokonać uporczywe wypryski (wcześniej diagnozowane jako trądzik hormonalne) dietą eliminacyjną. Odkąd przestałam jeść mleko i produkty mleczne, zauważyłam ogromną poprawę stanu cery. Ten efekt był znacznie mniejszy wtedy, gdy jadałam jeszcze bezlaktozowy nabiał (choć już wtedy był zauważalny ze względu na ogólne ograniczenie ilości mleka i jego przetworów w diecie). Pod artykułem, w którym szczegółowo opisuję wpływ mleka na stan skóry, jest prawie 90 komentarzy, w których Czytelnicy opisują swoje doświadczenia. Część nie zauważyła żadnej poprawy, ale jest duże grono osób, u których ta metoda okazała się skuteczna.

Wsparciem dla diety bezmlecznej jest pielęgnacja skóry zgodnie ze wskazówkami z bloga Kosmotolog. Imponuje mi wiedza autorki. Na tyle, że wszystkie poniższe kremy i specyfiki kupiłam z jej poleceń. Autorka jako uniwersalny schemat pielęgnacji skóry sugeruje „Nawilżanie i złuszczanie”, a do tego celu używam:

(linki to linki afiliacyjne, prowadzą do Ceneo, żebyście mogły wybrać sklep oferujący najlepsze ceny)

  • Ziaja Med, żel oczyszczający – zawsze lubiłam myć twarz wodą, ale myślałam, że w ten sposób działam na niekorzyść skóry. Błędne przekonanie odczarowała Kosmotolog i z przyjemnością myję twarz łagodnym, dobrze oczyszczającym żelem. Jeśli miałam makijaż dodatkowo domywam twarz płynem micelarnym (bez konkretnej marki, jeszcze nie trafiłam na coś super, dlatego chętnie przyjmę Wasze rekomendacje)
  • Płyn oczarowy to twarzy – oczyszczoną skórę przemywam naturalnym płynem (opakowanie ma wygodny rozpylacz), który odświeża skórę a dodatkowo zwęża pory; skóra nie jest ściągnięta, ale przyjemnie napięta
  • Pielęgnacja na dzień:
    • Serum do twarzy z witaminą C – moja skóra uwielbia witaminę C, wcześniej miałam do czynienia z dobrym serum marki Mincer, ale (dla odmiany) z polecenia wspomnianej blogerki kupiłam serum autorstwa polskiego naukowca i to był strzał w dziesiątkę! Nie tylko skład kosmetyku robi wrażenie, ale przede wszystkim jego działanie. Skóra jest bosko nawilżona, wygładzona, a drobne zmarszczki mimiczne wygładzone. Aż sama nie wierzę w to, co pisze, bo wcześniej rzadko zauważałam tak wyraźne działanie kosmetyków pielęgnacyjnych. Z tego powodu dłuższy czas używałam tylko lekkich, nawilżających kremów. Skoro nie widzę efektów, to po co tego używać? W przypadku serum jest dokładnie odwrotnie. Dodatkowo jest to bardzo, ale to bardzo, bardzo wydajny produkt (w dwukrotnie większej pojemności, niż konkurencyjne buteleczki).
    • Krem nawilżający z La Roche-Posay Hydreane Legere lub Hydraphase – ten drugi ma świetne, higieniczne opakowanie i jest bardzo wydajny (6-7 miesięcy codziennego używania). Oba kremy bardzo dobrze nawilżają i są na tyle lekkie, że od razu po nałożeniu kremu można przejść do wykonywania makijażu
    • Krem pod oczy – używam zwykłego kremu z Ziaja Med, nawilża przyzwoicie ale bez efektu wow. No dobra, wow to mogę zrobić po mikrodermabrazji, ale chciałabym wypróbowac inne mazidło, gdy wykończę Ziajkę. Bardzo lubiłam kawowy krem marki Fridge i jeśli nie polecicie mi czegoś innego, pewnie do niego wrócę. Jednak rekomendacje w komentarzach mile widziane!
  • Pielęgnacja na wieczór:
    • Serum do twarzy z kwasem glikolowym – żegnajcie suche skórki, gińcie zaskórniki, zamknijcie się rozszerzone pory! Cud miód.
    • Klasyka gatunku, czyli Effaclar Duo + – wszystkie dobre rzeczy o tym kremie zostały już chyba napisane. Ja mogę dodatkowo pochwalić go za brak substancji komodogennych w składzie, bo wiele testowanych kremów mnie zapychało. Ten tego nie robi, a w zamian robi fajne rzeczy – wygładza, redukuje zaczerwienienia, zapobiega powstawaniu wyprysków. Bardzo się lubimy!

Być może zachwyty nie dodają moim recenzjom wiarygodności, ale z pełnym przekonaniem stwierdzam, że nigdy nie byłam tak zadowolona z moich kosmetyków kosmetyków do pielęgnacji twarzy i ich wpływu na skórę. Polecam wszystkie razem i każdy z osobna. Większość kosmetyków wystarczy na około pół roku codziennego użytkowania.

Kozaczek, pomponik, pudelek i się robi duperelek

Zastanawiałam się czy do tego wracać, ale po to prowadzę blog a nie serwis informacyjny, żeby móc pisać o tym, o czym chcę. Tak, jak wcześniej chciałam napisać o szkodliwych książkach pisanych przez osoby niemające odpowiedniego wykształcenia, doświadczenia i wiedzy, tak teraz chciałabym napisać kilka słów o tym, co stało się po publikacji owego artykułu. Napisałam go, żeby uczulić Was na pewne zjawisko. Obnażyć schemat, który powtarza się kilka razy w roku. Ktoś, kto schudł, czuje się upoważniony do napisania o tym książki o charakterze poradnikowym. Robi to w sposób zero-jedynkowy, przedstawiając wybraną przez siebie metodę, jako jedyną słuszną. Nie ma się czemu dziwić. Żeby mieć porównanie, trzeba być zaangażowanym w temat, śledzić nowinki z branży, analizować artykuły naukowe, uczestniczyć w konferencjach i cały czas aktualizować wiedzę, ucząc się od lepszych od siebie. Nie miałam wątpliwości, że właśnie w ten sposób odczytacie mój wpis Wy.

Artykuł zaczął żyć własnym życiem w Internecie, odnotował kilkadziesiąt tysięcy odsłon, a ja przeczytałam na swój temat największą dotąd liczbę hejterskich komentarzy i pierwszy raz zobaczyłam swoje nazwisko w plotkarskich portalach. Co prawda zostałam potraktowana lepiej niż Gosia Rozenek i Księżna Kate razem wzięte, ale chciałabym podkreślić, że to nie jest ten rodzaj popularności, na którym mi zależy. Życzyłabym sobie takiego rozgłosu dla prawdziwie wartościowych, merytorycznych artykułów bez znanego nazwiska w tle. Wiem, że to idealistyczne podejście, ale z drugiej strony wiem też, że kropla drąży skałę. Wiem, że prędzej czy później będzie trafiać do mnie coraz większa grupa osób, która na własnej skórze przekona się o niskiej skuteczności (czy wręcz wysokiej szkodliwości) restrykcyjnych, nierozważnych diet. To doświadczenie pokazało mi potęgę bloga i dodało pewności siebie.

Czy to wróży więcej kontrowersyjnych wpisów na blogu? Tak, ale ich celem nie będzie wzbudzenie kontrowersji, a przedstawienie moich opinii popartych mocnymi, naukowymi argumentami. A że nie zawsze będą to treści zgodne z modnymi nurtami… Trudno. Wierzę w to, co robię, wierzę w podejście do odchudzania, które promuję. Mam nadzieję, że uda mi się zarazić nim jak największą liczbę osób. A jeśli nie, to stanie się dokładnie nic. Bo na rynku jest tylu specjalistów, że każdy może wybrać takiego, który najbardziej odpowiada jego przekonaniom. Ja po prostu będę robić swoje.

To chyba ten patetyczny moment, w którym chciałabym pobawić się w galę rozdania Oscarów i podziękować Wam za to, że czytacie mnie nawet wtedy, kiedy nie linkuje mnie Pudel. Lepiej będzie, jeśli w tym miejscu postawię kropkę i po prostu się pożegnam. No to pa! 🙂