Joga – jak zaczęłam i co mi to dało?

Nosiłam kolejne przeprowadzkowe kartony, nie miałam wolnej ręki i okazało się, że klamkę można nacisnąć nogą. Albo jak zorientowałam się, że od podejrzanie długiego czasu nie bolą mnie plecy. Albo, gdy robiłam jakąś praktykę po długiej przerwie i nagle ułożyłam się nogyma i rencyma i ciałyma w tą dziwną pozę, która kiedyś wydawała się totalnie nieosiągalna!

Przekonałam się o skuteczności jogi nie tylko na własnej skórze, ale też kręgosłupie, stawach i głowie. Dostałam od niej znacznie więcej, niż chciałam.

Joga miała być kolejną aktywnością, której spróbuję, żeby zapewnić sobie minimalną dawkę ruchu chroniącą mnie przed zdziadzieniem, wieczystym zasiedzeniem i poziomem aktywności godnym ziemniaka i to nie takiego młodego, soczystego, jędrnego, świeżonki sierpniowo-wrześniowej, a bardziej takiego, który siedzi zapomniany na końcu kopca i czeka, aż ktoś po niego przyjdzie i zrobi z nim coś pożytecznego.

Sprawa z aktywnością jest o tyle skomplikowana, że jak sama nie wyjdę, to niezależnie kto po mnie przyjdzie, mogę tak siedzieć i siedzieć.

Wiem, co mówię, bo nie raz przychodziła po mnie Marteczka, a ja zamiast skakać z radości, że mogę trenować z najlepszą trenerkąjutuberką w Polsce, mówiłam: ićseposkacz, ja posiedzę.

No dobra, wystarczy, znacie już mój stosunek do sportu: gdyby nie świadomość korzyści i konsekwencji braku ruchu, prawdopodobnie nie ruszałabym się wcale. A ruszam od lat – z rozsądku.

I myślę, że wbrew pozorom to napawa optymizem: nie trzeba pałać miłością do sportu, żeby wyrobić sobie nawyk regularnej aktywności i czerpać z niej wymierne korzyści.

Ale od początku.

Umówmy się, że na potrzeby tego wpisu pod hasłem “joga” znajdują się różne ćwiczenia zwiększające mobilność/rozciągnięcie/stretching.

Opowiadam o swoich doświadczeniach z perspektywy laiczki. Nie zwracałam za dużej uwagi na nazwę/typy treningów, wybierałam przypadkowe sekwencje, które budziły we mnie najmniejszy opór danego dnia (bo przecież jak już ustaliliśmy, zazwyczaj nie wskakiwałam na matę niesiona na skrzydłach motywacji, a raczej zwlekałam się na nią resztkami samodyscypliny).

Jak zaczęłam trenować jogę?

Trafiłam na kilka przypadkowych zajęć z jogi/stretchingu/pilatesu w klubie fitness i ohesusmaryja jak mi się to nie podobało! Byłam tak samo najgorsza, jak przy skłonach na zaliczenie w szkole. Utwierdzałam się w super-nie-logicznym przekonaniu, że to są zajęcia wyłącznie dla osób rozciągniętych. I skoro nie sięgam tą cholerną głową do kolan (ani nawet palcami do podłogi), to nic tu po mnie.

Jak w takim razie zamierzałam poprawić mobilność bez ćwiczeń? Nie zamierzałam, po prostu się poddałam.

Przełom nastąpił w bardzo niespodziewanym miejscu, gdy dokładnie 4 lata temu (styczeń 2017) trafiłam na zajęcia sekcji kettlebells. Spodobały mi się rozgrzewki i rozciąganie po treningu. Okazało się, że istnieje coś takiego jak “mobility”, co jawiło mi się jako droga do poprawy mobilności i rozciągnięcia, a nie ćwiczenia dla osób, które już to w sobie mają.

Te krótkie rozgrzewki i rozciąganie po treningu pokazały mi, że to mega pożyteczne i relaksujące ćwiczenia! Pogadałam z trenerem, rozbił moje błędne przekonania na temat rozciągania i mobilności, i dotarło do mnie, że powinnam to ćwiczyć zwłaszcza dlatego, że nie jestem rozciągnięta. A nie olewać, bo nie jestem rozciągnięta.

Co za zaskakujący zwrot akcji!

Halo, czy tu się śpiewa mantry?

Zaczęłam szukać szkoły jogi dla siebie. Nie miałam wygórowanych oczekiwań, a wręcz do bólu przyziemne! Nie chciałam tych wszystkich mantr, srantr, kadzidełek, medytacji i ogólnie takich takich. Bardziej mnie to odpychało, niż zachęcało. I znalazłam!

Pierwsze jogiczne kroki stawiałam w łódzkiej szkole “Hello Yoga”. Bardzo (ale to bardzo, bardzo) podobał mi się fakt, że dziewczyny organizowały kurs dla totalnie początkujących. Wszyscy zaczynaliśmy z tego samego punktu, wszystko było na spokojnie tłumaczone, zrozumiałam czego szukać w swoim ciele w trakcie praktyki (jakich ruchów, czego unikać, do czego dążyć), jak wyglądają podstawowe asany i jak nie zrobić sobie krzywdy. Chodziłam na zajęcia raz w tygodniu, a oprócz tego trenowałam w domu.

Czasami spotykam się z opinią, że jeśli nie ma możliwości uczęszczania do szkoły jogi, to lepiej nie zaczynać – żeby nie nabawić się kontuzji. Osobiście uważam, że siedzenie jest związane z ryzykiem tylu kontuzji, że spokojne praktyki jogi dla początkujących nie stwarzają większego zagrożenia.

Jeśli jest szansa – zapisz się do szkoły jogi. Jeśli nie ma – spróbuj na własną rękę, sprawdź czy to coś dla Ciebie.

Polecam testować różne szkoły, różnych instruktorów, różne kanały na YouTube – jest całe mnóstwo typów jogi, a każdy instruktor będzie prowadził zajęcia na swój sposób. Nie ma co się zniechęcać po pierwszych kilku razach.

Moją ulubioną nauczycielką jogi w Łodzi jest Karina Michałowska (prowadzi zajęcia w Yoga&Mind gdzie polecam również kurs MBSR oraz w Lido movement). I – nie wierzę, że to napiszę – nawet nie marudzę, gdy jadę do niej na trening!

Praktykuję z nią 1-2 razy w tygodniu zależnie od tego ile mam czasu i zmian w pandemicznych obostrzeniach. To Karina pokazała mi, że joga – to droga. Nie chodzi w niej o to, żeby perfekcyjnie wykonywać spektakularne asany, a o pogłębianie własnych zakresów ruchu (niezależnie od punktu startu ani od tego czy będą mierzone w milimetrach) i uczenie się świadomości ciała w trakcie praktyki.

Oprócz tego ruszam się w domu i w pracy. Chyba nie skłamię pisząc, że w domu rozciągam się co najmniej 3 razy w tygodniu. Czasami jest to (dosłownie) 10-minutowa praktyka, czasaaaaaami (ale bardzo czasami) coś powyżej pół godziny, a najczęściej 15-20 minut.

Joga w domu – polecane treningi

Ja wybieram praktyki losowo, bez większego zastanowienia. Kieruję się czasem i stylem jogi, czasami poziomem zaawansowania. Rzadko wracam do tych samych zestawów ćwiczeń, kieruję się zasadą: wybierz to, co budzi w Tobie najmniejszy opór na tu i teraz. Nie ściemniałam pisząc, że ćwiczę z rozsądku ;). Nawet wiedząc, że lubię jogę, że to dla mnie dobre – i tak ciężko mi się zmotywować. Dlatego też nie czekam na motywację, tylko praktykuję bez niej.

Jeśli zbyt duży wybór Was przytłacza albo nie lubicie “jogicznej otoczki” (jakkolwiek Wam się to kojarzy), chcielibyście iść sensownie ułożonym programem treningowym, to bardzo polecam stronę kursy-ruchowe.pl . Można tu kupić zestaw 30 (zupełnie różnych) 15-minutowych treningów na rozruch, zwiększenie mobilności. Mam sentyment do tego produktu, bo autorem jest ten sam Maciek, któremu 4 lata temu udało się zainteresować mnie mobility!

Robimy te ćwiczenia w czasie pracy kilka razy w tygodniu. Po rozruchu łatwiej się skupić, a na koniec przesiedzianego przed komputerem dnia człowiek nie jest aż taką skamieliną, jak mógłby być ;).

Co mi daje joga?

  • nie bolą mnie plecy – serio! wzięły i przestały, a potrafiły dokuczać niemiłosiernie; szczególnie lędźwia i kark, no dramat – to znaczy teraz jest już więcej brokatu, niż dramatu, bo naprawdę nie bolą! <3
  • przestałam być aż taką niezdarą – znacie kogoś takiego, kto zawsze, ale to zawsze coś rozlewa/upuszcza/tłucze/psuje? Jak nie znacie, to już znacie, bo to ja. Chociaż coraz mniej! Czuję, że mam więcej kontroli nad swoim ciałem i czasami uda mi się zatrzymać nogę w locie niechybnie zmierzającą w kierunku filiżanki z kawą, którą mój mąż od lat przynosi mi na ten sam stolik, ale jakoś tak mi się zapomina 😉
  • czuję się jakaś taka zgrabna i powabna – i nie ma to nic wspólnego ze zmianą sylwetki czy masy ciała, a raczej postawą i tym nieznanym mi wcześniej uczuciem w ciele, które określiłabym hmmmm chyba najbliżej mu do wolności? Ciało przestało mnie ograniczać, nie jest żadnym problemem ani przeszkodą. Więc niech żyje wolność! I swoboda też!
  • wzmocnienie mięśni i (chyba) wysmuklenie sylwetki – wbrew pozorom joga wymaga siły! Ucząc się kolejnych asan i angażując w praktykę można naprawdę wzmocnić mięśnie, a przy okazji spalić sporo kalorii. Dzięki temu, że regularnie praktykuję jogę zwiększam aktywność spontaniczną, co przekłada się na łatwiejsze utrzymywanie stałej masy ciała. Ważę od kilku lat tyle samo, ale mam wrażenie, że sylwetka nabrała ładniejszych kształtów.
  • większą efektywność treningu siłowego – wraz ze zwiększeniem zakresów ruchu, zrobiłam progres siłowy – podnoszę większe ciężary, bo czuję się bardziej komfortowo w docelowych pozycjach (np. pogłębionym przysiadzie).
  • relaksuje w trakcie i po fakcie – gdy regularnie praktykuję jogę, czuję się znacznie lepiej (zarówno w ciele, jak i w głowie). To uczucie jest trudne do wychwycenia na co dzień, ale zaczynam za nim tęsknić, gdy tylko zrobię sobie dłuższą przerwę. Czuję się bardziej nerwowa, rozdrażniona, podatna na stres. Na co dzień nie doceniam profitów z praktyki, ale gdy tylko przez dłuższy czas słucham NieChceMiSia zamiast rozsądku, to zaczynam czuć się gorzej. Może to marna motywacja i bardziej zachęciłabym Was “czuję się cudownie całodobowo, dziś i forever!”, ale prawda jest taka, że moim głównym motywatorem jest: nie czuć się gorzej.

Dodajcie sobie do każdego z powyższych punktów jeszcze więcej mojej ekscytacji i autentycznego zaskoczenia. Ciężko mi uwierzyć, że nawet nieregularne praktykowanie jogi/stretchingu/mobility/pilatesu daje efekty realnie poprawiające jakość życia. Mega opłacalny stosunek zaangażowanie/korzyści.

Dobra dobra, kończę ten akapit, bo zaraz się okaże, że aż żal nie ćwiczyć!

Za co jeszcze lubię jogę?

Pamiętacie ten fragment o mantrach srantach i ogólnie takich takich?

Tu się pozmieniało. Kamieniem milowym był 8-tygodniowy kurs MBSR (mindfulness based stress reduction), na który w 2018 roku wysłał mnie psychiatra – szukał obszarów, które mogłyby zwiększyć efektywność terapii depresji i nerwicy lękowej. I to był strzał w dziesiątkę! Choć na początku cierpiałam katusze, to z czasem zniechęcenie topniało, kamienie z serca leciały i robiło się coraz lżej.

Dziś z wielką chęcią jeżdżę na odosobnienia medytacyjne, śpiewam inwokacje przed rozpoczęciem jogi i praktykuję inne rytuały związane z jogą i mindfulness. Ale to temat na osobny wpis, jeśli Was zainteresuje – mogłabym trochę odczarować to czary-mary, którego się bałam, a które okazuje się mieć solidne fundamenty w nauce!

Co ważne ta otoczka: nie mają dla mnie wymiaru religijnego. To dla mnie sposób na wyciszenie umysłu, wsłuchanie się w siebie, osadzenie w tu i teraz – to wszystko przekłada się na szybszy progres i więcej satysfakcji z praktyki.

A może zaszaleję, stawiając odważną tezę i dopiszę: i z życia? Chyba tak :). Joga i praktyka uważności sprawiły, że żyje mi się lżej.

Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania, zostawcie je w komentarzach – opiszę wszystko w kolejnym wpisie.

A tutaj możecie posłuchać podcastu w tym samym temacie z dodatkową perspektywą trenerki – Marty Kruk (Hennig)