Mogę. Nie muszę. I Ty też nie.

moge nie musze

Zorientowałam się, że buduję poczucie własnej wartości i skuteczności na zewnętrznych ocenach, co jest tak skuteczne, jak próba ulepienia Burj Khalifa z kurzego gówna. Okej, widziałam na własne oczy w Kenijskiej wiosce, że jest możliwe wykorzystanie tego materiału do budowy lepianek, ale od najwyższego wieżowca świata dzieliło je jakieś 825 metrów. A kiedy wymagasz od siebie codziennie więcej i więcej, to nawet spełnienie własnych postanowień może okazać się niewystarczającym powodem do szczęścia. Bo zawsze znajdzie się ktoś „bardziej”, niż Ty.

Mówiłam Wam o tym wiele razy w kontekście odchudzania, a nie zauważyłam, że robie sobie tę samą krzywdę względem zadowolenia z wykonywanej pracy, osiągnięć i samorozwoju. Ciągle mało. Ciągle jest coś do zrobienia. Ciągle coś można poprawić. Ciągle czyjeś sukcesy obnażają moje niedostatki i wpędzają w poczucie niższości.

No przecież to jest idiotczne i prowadzi donikąd. Albo w gorsze miejsce. Wiem, bo przecież tam byłam. A raczej – dopiero stamtąd wracam. 9 lutego miną 2 lata, odkąd trafiłam do psychiatry i na terapię w celu leczenia nerwicy lękowej i depresji.

Ta franca depresja!

Bo z tą francą depresją tak właśnie jest. Okrada Cię z najcenniejszego, co masz. Z Ciebie Cię okrada. Niby jesteś, a jednak Cię nie ma. Nie pyta o zdanie, tylko bezczelnie zabija Cię kawałek po kawałku, każąc Ci obserwować ten proces z zawiązanymi rękami i zmąconymi myślami. Umierasz za życia. A kiedy już wydaje Ci się, że zaczynasz powoli wypływać na powierzchnię, jesteś w stanie wykonywać obowiązki, może nawet zaczynasz spać w nocy, a w ciągu dnia „jakoś sobie radzisz” (nadal czujesz smród, ale przynajmniej jesteś w stanie złapać oddech), to ta menda ciągnie Cię za nogę i mówi, „hola hola naiwniaro, a Ty dokąd? Jeszcze z Tobą nie skończyłam.”

I aż strach pomyśleć, gdzie ten „koniec” mógłby mieć miejsce.

Tęskniłam za sobą

Dziś, po dziesiątkach godzin na terapii, niezliczonej ilości wylanych łez, ogromnym wsparciu najbliższych (na które mogłam liczyć nawet wtedy, gdy najpaskudniej je odpychałam w ogólnym poczuciu beznadziei), kilku zeszytach zabazgranych kolejnym, genialnym pomysłem na Plan Naprawy Życia, kursie MBSR, długich dniach (zlewających się w tygodnie i miesiące) spędzonych na taplaniu się w paskudnym gówienku bycia „niewystarczająco dobrą” pomieszanym z poczuciem winy za to, jak śmiem się czuć tak gówniano, jak się czuję… wracam. Trochę tak, jakbym wracała do domu z bardzo długiej podróży. Jakbym wracała do siebie – do tej siebie, za którą cholernie tęskniłam.

Wracam z potwierdzeniem prastarej rolniczej prawdy – kupa to najlepszy nawóz. Najpierw trochę pośmierdzi, ale później wzrastasz.

Warto o siebie zawalczyć

Muszę się (sama przed sobą) pochwalić, że obecne samopoczucie zawdzięczam przede wszystkim sobie. Tak przeraźliwie bardzo nie chciałam dać się tym francom, że robiłam wszystko (czasami były to mocno nieracjonalne rzeczy), co potencjalnie mogło mi pomóc wygrzebać się z tego wstrętnego bajorka. Nie wiem – i nigdy się nie dowiem, bo skąd – na ile sobie pomogłam, a na ile zaszkodziłam, ale nie wymagałam od siebie mniej ze względu na chorobę. Nadal chciałam pracować, trenować, rozwijać się, dobrze bawić, podróżować i korzystać z życia. Wszystkie lepsze okresy wyciskałam jak cytrynę, a gorsze… Po prostu zaciskałam zęby. Aż na grudniowej konsultacji psychiatra przerwała mi w pół słowa i upomniała, że od wiecznego zaciskania zębów można dostać szczękościsku. I albo odpuszczę, albo choroba któregoś razu nie da mi wyboru i będę zmuszona wcisnąć pauzę. Więc wcisnęłam. Na prawie 6 tygodni, podczas których nie było mnie nigdzie.

Zaakceptowałam fakt, że „mam depresję”, ale nie pozwoliłam sobie „być depresją”.

Mój towarzysz Lęk

Boję się, że znów cieszę się za wcześnie. Tak, jak wtedy w sierpniu pisząc Wam, że nie muszę brać już leków, podczas gdy już w listopadzie siedziałam z rykiem u lekarza po kolejnym załamaniu nerwowym. Boję się, bo przecież tryb „stand by”, to moja norma. Żadne logiczne argumenty nie potrafią wygrać z lękiem, że skoro idzie dobrze, to na pewno tylko po to, by za chwilę coś mogło się spierdolić. Tak, spierdolić. Nie – schrzanić. Nie – zepsuć. Spierdolić. Po całości.

No ale dokąd miałby mnie doprowadzić ten strach? Jeżeli nic nie zmienię w swoim podejściu, to nic się nie zmieni.

Większość życia spędziłam w napięciu godnym stringów Kim Kardaszian. I jak to z ciasnymi gaciami bywa, moje własne ograniczenia zaczęły mnie mocno uwierać. Dlatego ten rok, to dla mnie okres próbny. Chcę sprawdzić, co się stanie, jeśli będę dopuszczać do głosu intuicję i sygnały z ciała, które tak długo wypierałam na rzecz „rozsądku, logiki, optymalizacji i chłodnych analiz”.

Bo jeśli nadrzędnym celem wszystkich podejmowanych przez nas działań ma być dążenie do szczęścia, to nie tędy droga. A już na pewno nie moja.

#MogęNieMuszę

#MogęNieMuszę, to mój drogowskaz na ten rok. Mam prawo nie uczestniczyć w plebiscyscie zajebistości. Mimo, że po latach funkcjonowania w świecie kierującym się takimi wartościami, zaczynałam wierzyć, że to także moje wartości. Podczas gdy wystarczyło przyznać przed samą sobą: STOP, przecież ja wcale tego nie chcę, to nie moje, to nie daje mi szczęścia. Tak, jak kiedyś umiałam powiedzieć STOP presji określonego wyglądu i stylowi życia, tak teraz chcę przenieść STOP w inne sfery życia. A tutaj – na blogu – odważnie pokazywać środkowy palec durnowatym zasadom żywieniowym, fatalnym pomysłom na drogę do szczupłej sylwetki i presji na określony wygląd (i stan posiadania).

Możesz wyglądać najpiękniej w życiu, a czuć się jak kupa.

Im dłużej analizuję znaczenie wyglądu w życiu kobiet, tym bardziej uderza mnie płytkość założeń, którym dajemy się podporządkowywać od pokoleń. Już jako małe dziewczynki bywamy bombardowane przekonaniem, że ładni mają w życiu łatwiej. Po latach te przekonania stają się rzeczywistością, z którą nie są w stanie wygrać nawet… fakty.

Czy gdyby pieniądze, kariera i wygląd naprawdę dawały szczęście:

  • 27-letnia Britney Spears ogoliłaby głowę na łyso i przeszła załamanie nerwowe?
  • Amy Winehouse zmarłaby na zatrucie alkoholowe?
  • a Kate Moss uzależniła się od kokainy?

Tak sobie myślę, że stawianie znaku równości między ładnym wyglądem a ładnym życiem, to jak nazywanie pisanki-wydmuszki jajkiem.

Niby prawda. Ale tylko do momentu, w którym spróbujesz najeść się pisanką-wydmuszką.

To jak ma się do tego odchudzanie?

Skoro „wygląd nie jest tak ważny” i „mamy akceptować siebie”, to macie sobie wsadzić w nos wszystko, co pisałam dotychczas o odchudzaniu? A w życiu! Jedyne, co ulegnie teraz zmianie, to poświęcanie większej uwagi motywatorom, intencjom, nastawieniu do procesu (i samych siebie). Tak, aby odchudzanie stało się przejawem troski o siebie, a nie karą za błędy przeszłości. Nawet, jeśli teraz to brzmi jak totalna abstrakcja, będę się starać, by #MogęNieMuszę zrobiło pozytywny bałagan również w Waszej codzienności – na talerzach i w głowie.

Bo gdy zmienia sie się nastawienie, to niby nie zmienia się nic, a jednak zmienia się wszystko. Daj sobie szansę.

I moim nowym treściom też.

PS. Zanotuj datę 5.02.2019 – to start naboru do V edycji Korepetycji z odchudzania, gdzie wspólnie przejdziemy przez cały proces (4 tygodnie pracy pod moim okiem) pozytywnego odchudzania. Poznasz narzędzia i metody, dzięki którym wreszcie schudniesz. Na własnych zasadach!