Na wszelki wypadek bądź miły

Wykonuję dość nietypową pracę, w ramach której jestem wystawiona na częste oceny wielu różnych osób.  Na szczęście coraz rzadziej przejmuję się opiniami ludzi, dla których nie jestem ważna (i którzy nie są ważni dla mnie). Szczególnie tych ludzi, którzy wiedzą o mnie tylko tyle, ile zdecydowałam im o sobie napisać, a biorą to za całą prawdę na mój temat. Prawdę, którą warto ocenić! 

W dzisiejszych czasach bardzo mocno bronimy tezy „każdy ma prawo wyrażania własnej opinii”. No ma. Ale po co wyrażać ją odnośnie tematów, które dotyczą wyłącznie głównego zainteresowanego i ewentualnie jego bliskich?

Np. klasyczne zaglądanie do portfela (nie lepiej zmienić auto, zamiast ciągle na te wakacje?), ocenianie życiowych wyborów (a Wy nadal tylko we dwoje? czas ucieka), poglądów (no wiesz, ja rozumiem, że każdy ma prawo do własnego zdania, ale po co się z tym aż tak na tych marszach obnosić?). Nadchodzące święta pewnie nie jednej osobie przyniosą więcej takich złotych-super-rad od dawno nie widzianych osób.

Ja dostaję je regularnie. Choć wiadomo – w wykonaniu osób z rodziny, pracy, bliskiego otoczenia – to bywa boleśniejsze. Wbijanie szpilek pod perfidnym płaszczykiem uprzejmego dbania o czyjś rozwój jest kiepskie. Ludzie nie są głupi – nieczyste intencje da się wyczuć na kilometr. Nawet w Internecie ;). 

Ten wpis to taka pisanina dla pisania, bo wiem – moja stała czytelniczko – że Ty nie z tych. Na blogu to ja mam najlepszą możliwą próbkę społeczeństwa, krainę mlekiem i miodem płynącą <3. Ale w mediach społecznościowych różnie bywa.

I żeby nie było! Rozumiem, nie zawsze musimy spijać sobie z dzióbków. Dlatego: czepiajmy się merytoryki, wymagajmy uzasadniania przedstawianych tez, dopytujmy, podważajmy, wymagajmy dowodów.  Przedstawiajmy swój punkt widzenia, dyskutujmy, wymieniajmy się poglądami. Ale zanim zaczniemy wchodzić z butami w czyjeś życie, zastanówmy się dwa razy, czy nasza opinia w tej kwestii naprawdę jakkolwiek się liczy. Jaki mamy cel w tym, by ją wyrazić? Przecież nikt nie może wdrażać w swoje życie wszystkich sugestii od wszystkich ludzi.

A może dzielimy się nią ze względu na siebie? Chcemy się dowartościować, połechtać własne ego albo wytknąć komuś rzeczy, które wkurzają nas u siebie? Albo rażą nas te cechy czyjejś osobowości, które skrycie sami chcieli byśmy mieć?

To ostatnie było jednym z mniej wygodnych odkryć dokonanych na terapii, gdy dowiedziałam się czym jest cień. W uproszczeniu ta teoria zakłada, że wszystko co nas wkurza, drażni i o co najczęściej czepiamy się u innych mówi o tym, co przeszkadza nam w nas samych. Często nie widać tego na pierwszy rzut oka – jak to w cieniu. Serdecznie polecam artykuł psycholożki Agaty Wilskiej: Cień, czyli ciemna strona w nas.

Ale ostrzegam, złoszczenie się na innych już nigdy nie będzie takie samo ;)!

Zostaje jeszcze kwestia zwykłej ludzkiej przyzwoitości

Opowiem Wam teraz o kilku pierdołach, o których już wtedy wiedziałam, że są pierdołami, ale nie przeszkodziło mi to w czuciu się przez nie jeszcze bardziej beznadziejnie. W trakcie epizodów depresji miewałam dni, kiedy czułam się trochę lepiej. I gdy tylko pojawiał się ten przebłysk lepszego samopoczycia, próbowałam robić swoje normalne rzeczy z mojego prawdziwego życia. Praca, trening, sprzątanie, obecność w social mediach. Wtem, po wrzuceniu Instastories, dostawałam wiadomości typu:

  • „Jesteś zmęczona po 30 minutach na orbitreku, a niby tak na kettlach kiedyś szalałaś”? – gdy to naprawdę był everest moich ówczesnych możliwości, podczas „treningu” walczyłam o każdy ruch, a samo wyjście z domu było czymś bardzo energochłonnym.
  • „Wyglądasz, jakbyś była chora” – no… jestem.
  • „Gdybyś miała dzieci, to wiedziałabyś, co to znaczy się nie wyspać” – faktycznie, nie mam o tym bladego pojęcia, skoro moje jedyne doświadczenie to bezsenność, a ochłapy snu, które dostaję, okraszone są tak boleśnie rzeczywistymi koszmarami, że już wolę się obudzić niż spać dalej.
  • „Kiedyś miałaś jaja i swoje zdanie, teraz dodajesz tylko takie bezpieczne wpisy” – fakt, wolę się chować za merytoryką, niż odkrywać siebie i narażać się na czytanie kolejnych personalnych wycieczek.

To są drobiazgi. Zdarzyło mi się słyszeć setki razy o wiele gorsze rzeczy, ale może warto pochylić się nad tym drobiazgiem i zapytać samą siebie: Po co. Po co to pisać i mówić?

Co to komuś daje oprócz „skorzystania z prawa do wyrażenia własnej opinii”?

Czy to jest warte ryzyka, które podejmujemy? 

Być może właśnie dowalam osobie, która jest w bardzo trudnym momencie życia

Spoko, ja sobie poradziłam z depresją. Miałam ogromne wsparcie i w całokształcie oceniam swoją sytuację, jako możliwie najbardziej komfortową, żeby wyzdrowieć.

Ale może po drugiej stronie jest ktoś, kogo właśnie zwolnili z pracy? Albo musi zapłacić podatek na kilkadziesiąt tysięcy złotych, mimo że nie ma z czego, bo jego klient zwleka z zapłatą? A może właśnie poroniła? Może dowiedziała się, że przyjaciółka choruje na raka? Może żona powiedziała mu, że od roku go zdradza, już go nie kocha i chce rozwodu? Może córka nie odwiedziła jej od roku?

A może po prostu ma PMS, pokłóciła się z mężem, zawaliła zadanie w pracy, szef się na nią wydarł i uszczypliwa wiadomość będzie kolejnym potwierdzeniem, że jest beznadziejna, do niczego się nie nadaje i jest tak słaba, że nawet obcy ludzie już nie są w stanie z nią wytrzymywać, bo tak bardzo ich irytuje, że muszą się do tego koniecznie odnieść?

Niech to będzie lekcja dla nas wszystkich: Gówno wiemy o życiu obcych ludzi, więc na wszelki wypadek bądźmy mili.

Niepokojąco mało osób wychodzi z tego założenia. Większość woli na podstawie strzępków informacji wyrażać odważne osądy. Dziś, gdy najgorszy czas mam już za sobą i czytam takie wiadomości, to wyobrażam sobie małego chiuhahę szczekającego na dobermana. Już mnie to nie rusza, a jedynie naraża nadawcę na śmieszność. No bo serio, ktoś myśli, że wie o mnie na tyle dużo, by oceniać całokształt mojego życia, działalności, światopogląd?

Zamiast próbować ingerować w cudze życie, warto byłoby się zastanowić, co dobrego można zrobić ze swoim.

O kurde! Przecież z zazdrością jest tak samo!

Już miałam kończyć puentą z przytupem, ale zaraz zaraz! Te same argumenty opowiadają się za obaleniem sensu zazdroszczenia innym! Sama się na tym przyłapuję, gdy oglądam w Internecie inne blogerki i myślę sobie, jak mają super – te wielkie kontrakty z markami, które wysyłają je w piękne podróże, sponsorują cudne ubrania, w których mogą prężyć swe piękne ciała na tle coraz bardziej intrygujących krajobrazów!

A przecież faktycznie niewiele więcej wiem o jej życiu. Znam ją tylko z tego, co chciała/mogła/była gotowa pokazać.

Ale co nadal zdarza mi się zrobić?

Siedzieć w szarym dresiku na szarej kanapie z cebulą wywiązaną na głowie i worami wiszącymi pod oczami, i… (niezłośliwie, ale jednak) zazdrościć. Tak zwyczajnie, po ludzku, zupełnie bezsensownie zazdrościć i porównywać wszystkie barwy mojej rzeczywistości do jej najjaśniejszych kolorów, które chciała pokazać.

Na szczęście coraz rzadziej, ale jednak – oświecona to ja jeszcze nie jestem i nic co ludzie, nie jest mi obce ;).

Nie wiemy, czego tak naprawdę zazdrościmy

Przecież dobrze wiem, że to tylko urywki codzienności, migawki, którymi chcemy się podzielić, zazwyczaj najbardziej kolorowy wycinek życia. I to nawet nie jest zaginanie rzeczywistości – po prostu chcąc skupiać się na pozytywach nie będę Wam codziennie opowiadać o depresji, bólach menstruacyjncyh, strachu o firmę, kłótniach z mężem i masie innych mniejszych lub większych problemów, które K A Ż D Y ma.

Pomyślałam, że podzielę się tym z Wami, bo skoro ja – dziewczyna znająca internety od strony twórcy – miewam takie zazdrośnikowe momenty, podglądając życie innych ludzi w mediach społecznościowych, to prawdopodobnie jest nas więcej.

Nie mam w planach się za to biczować, wolę za to myśleć, że tak już po prostu jest. Czuję, co czuję i się nie znieczulę (a już na pewno nie bez skutków ubocznych). I chciałabym, żebyśmy wszyscy to sobie wbili do głowy – na czele z moją głową, której upartość skłania mnie do nazwania jej zakutym łbem, ale staram się nie mówić do siebie brzydko.

Więc! Chciałabym pamiętać, że to takie ludzkie czuć, co się czuje, nawet gdy czasami to nie jest ta ładna, romantyczna, pozytywna i motywująca zazdrość tylko taka gorszego sortu, która kłuje w oczy tym, co ktoś ma, a my też bardzo chcielibyśmy mieć.

Ale jak już tak sobie wychciewam, to równie mocno chciałabym, żebym się w tej zazdrości nie utąkała po pachy, a jedynie odnotowała fakt zazdroszczenia. Zauważyła go. Następnie przypomniała sobie, że zazdorszczę wycinków. Nie znam większej całości, nie mam pewności czy całokształt jest równie warty pozazdroszczenia, bo przecież prawie nic nie wiem o życiu innych ludzi.

A skoro tak, to chyba faktycznie najlepiej będzie zrobić coś dobrego ze swoim.

Dlatego na samym końcu łańcuszka wychciewajek, to bym chciała, żeby nam się tego tak mocno chciało, jak się nie chce czasami.

Funkcjonuję tak przez większość czasu i to daje ogrom motywacji do działania – nie tracę energii na porównywanie się z innymi, a zamiast tego ładuję ją w odkrycie czego sama chcę dla siebie i robienie rzeczy, które mnie do tego przybliżają.

PS. Ostatni akapit dotyczy odchudzania bardziej, niż mogłoby się wydawać. Podziwiając ultrasupeszczupłe ciała nie wiesz, ile sobie ta dziewczyna odmawia, ile spotkań ze znajomymi/imprez/randek/rodzinnych obiadków przepadło (bo bilans kaloryczny, ale też bo trening sam się nie zrobi), ile potu na siłowni wylała, ani jaką cenę płaci za superszczupłe ciało (popularną walutą jest brak owulacji przy jednoczesnym miesiączkowaniu, więc tym trudniej odnotwać zaburzenie).

Jeśli od dłuższego czasu od prze-fit-kont dostajesz więcej frustracji, niż motywacji, to może warto zrobić aktualizację obserwowanych w mediach społecznościowych, a zaoszczędzony czas zainwestować w to, co Ci służy.