Kulisy współpracy na blogach

To całkiem normalne. Twój mały blog czy mały kanał na YouTube zaczyna przyciągać coraz więcej osób. Tak, jak w pierwszych miesiącach cieszył Cię wzrost podglądaczy o kilkanaście osób tygodniowo tak teraz zaskakują Cię tysiące nowych gości zainteresowanych Twoją wesołą twórczością. To, co na początku liczyłeś w setkach, teraz zmienia się na tysiące. Zwiększa się Twój zasięg, pozycja i opiniotwórczość.

A wraz z tym rosną też wymagania. Powinieneś publikować częściej! Nie powinieneś publikować takich zapchajdziur! Kiedyś byłeś inny! Dawniej pisałeś na ciekawsze tematy! Olewasz swoich czytelników, nie odpisujesz na maile! Napisz o tym, tamtym i siamtym! Obiecywałeś, że będziesz pisać co najmniej 5 razy w tygodniu!

Więc się starasz. Blog, vlog zaczynają zabierać coraz więcej czasu. To cholernie przyjemne poświęcać się temu, tworzyć coraz lepsze, kreatywne treści, rozwijać swoje umiejętności i zainteresowania, by mieć jeszcze więcej do przekazania widzom. Urywasz czas snu, by dopieszczać wpisy, na wykładach odpisujesz na maile, w których ktoś oczekuje, że wykonasz za darmo swoją pracę, bo przecież skoro dzielisz się wiedzą na blogu to nie ma problemu, byś zrobił to samo w jego przypadku, wykładasz kasę na lepszy sprzęt do zdjęć, by trzymać poziom, płacisz specjalistom za to, by dopieścili Twój szablon. Inwestujesz cały swój wolny (a często nawet niewolny) czas, sporo pieniędzy i siebie. Nadal jesteś tylko człowiekiem, choć autorytetem dla wielu. Przeżywasz każdy negatywny komentarz, bo przecież dajesz z siebie więcej, niż wydawać by się mogło, że w ogóle jesteś w stanie. Zaczynasz zarywać inne obowiązki, by sprostać oczekiwaniom – zarówno własnym, jak i Twoich obserwatorów. Mniej pracujesz, a czas dla siebie poświęcasz na tworzenie nowego, wartościowego contentu. W zasadzie przestał dla Ciebie istnieć czas wolny, bo ten który miałeś dotychczas w całości został zmodyfikowany w „czas na bloga”.

Dzięki temu, że trzymasz poziom masz coraz więcej nowych czytelników. Dla Ciebie każdy wzrost w Google Analytics to sygnał, że gdzieś po drugiej stronie siedzi człowiek z krwi i kości, który ma ochotę poświęcić swój czas na to, żeby zobaczyć co nowego stworzyłeś. Dla firm to jedna z kolejnych opcji na dotarcie do targetu. Więc spotykacie się gdzieś w połowie drogi, z 10 propozycji wybierasz 1 taką, która jest zgodna z Twoją wizją i tworzysz. Godzisz się na to, bo dzięki temu będziesz mógł mniej pracować w innym, bardziej namacalnym miejscu, co jest równoznaczne  z tym, że będziesz mieć więcej czas na bloga. Poza tym to po prostu miłe i całkiem uczciwe, że dostajesz wynagrodzenie za coś, czemu poświęcasz znaczną część doby. Przygotowanie wpisu zajmuje co najmniej 2 godziny. Najczęściej to około 4-5 godzin (przygotowanie zdjęć, napisanie tekstu, korekta, pozycjonowanie, odpisywanie na komentarze). Odpisywanie na maileczytelników? Uprośćmy, że godzina dziennie. Tłumaczenie producentom syntetycznych spalaczy tłuszczu, że ich produkt nie jest zgodny z Twoją filozofią odchudzania? Lekko licząc 30 minut dziennie. Usprawnianie szablonu, research, dokształcanie? Trudno określić. Zbierze się pół etatu. Więc zarabiasz swoje pierwsze pieniądze. Ludzie, którym opowiadasz łapą się za głowę na myśl, że za napisanie jednego wpisu dostajesz kilkaset złotych, choć nikt nie widzi, że na 20 wpisów przypada jeden, za który dostaniesz wynagrodzenie. A skoro już jesteśmy przy wynagrodzeniu to często gęsto po odpowiedzeniu na maila i podaniu stosownej kwoty temat współpracy urywa się. Jeśli zleceniodawca jest w stanie zagwarantować Ci wynagrodzenie to teraz pozostaje już tylko liczyć na to, że nie pojawi się a) propozycja publikacji gotowego tekstu od firmy, b) próba narzucenia formy promocji firmy na blogu  c) ukrycia informacji na temat tego, że wpis jest efektem współpracy. I w tym miejscu zatrzymajmy się na chwilę.

Kominek publikuje wpis reklamujący golarkę Brauna. Zupełnie przypadkiem w tym samym czasie ta sama golarka pojawia się  u kilku twórców na YT. W większości przypadków, nie zaznaczyli oni faktu współpracy z firmą, więc może to tylko moja wrodzona podejrzliwość, a nie faktyczna próba oszukania widzów. No właśnie. Ale brak informacji budzi dla mnie podejrzenia. Większość czytelników blogów czy widzów YouTube’a to ludzie obserwujący więcej niż jeden kanał/blog. Widzą takie rzeczy jak nagłe pojawienie się tego samego produktu u kilku blogerów/vlogerów- tak, jak zauważyłam to tym razem ja (przykłady mogłabym mnożyć). A skoro tak oczywiste współprace jak przegląd oferty klubu zniżkowego czy wywiad z producentem kosmetyków nie są oznaczane to czemu jakiekolwiek inne miałyby być? Jeśli twórca nie oznacza współpracy to a) ma swoich czytelników w nosie i zależy mu tylko na tym, żeby hajs się zgadzał b) ma swoich czytelników za idiotów i myśli, że się nie zorientują c) doskonale zdaje sobie sprawę z tego jak to wygląda, ale liczy na to, że chociaż część osób się nie zorientuje. A czym spowodowany jest punkt C? Niechęcią widzów/czytelników do treści sponsorowanych i ryzkiem pojawienia się nieprzychylnych komentarzy odnośnie pojawienia się takowej współpracy.

Nie wiem jak jest u innych i nie będę teraz rozwiązywać studium przypadku. Mogę Wam za to powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony.

  • Współpraca na blogu jest i zawsze będzie jawna. Informacja na temat tego, że wpis ma charakter reklamowy znajduje się albo w jego treści, albo pod tekstem. Zastanawiam się nad ujednoliceniem oznaczeń współprac – chcielibyście, żeby było wiadomo czy post jest sponsorowany już z poziomu strony głównej?
  • Druga rzecz: nigdy nie zareklamuję czegoś, co nie podoba mi się, jest bublem a przede wszystkim czegoś, co nie jest zgodne z wartościami prezentowanymi przeze mnie na blogu. Wyobrażacie sobie, że kilka tygodni temu z bardzo atrakcyjną propozycją zgłosił się do mnie… McDonald’s? Nieważne, że nie chcieli bym zaczęła zachwalać ich jedzenie. Nie oczekiwali ani jednego pozytywnego słowa na temat serwowanych przez nich produktów, marka w zasadzie miała być tylko tłem. Nie zgodziłam się, bo skojarzenie z marką jest jednoznaczne – a nie chciałabym wywoływać go w kontekście mojego bloga. Uczciwie daję znać: nie będę się upierać, że reklamowane przedmioty czy usługi będą związane wyłącznie z tematyką żywienia. A to dlatego, że od początku zakładałam sobie pełną dowolność w doborze tematyki wpisów na blogu. Jeśli coś mnie interesuje – po prostu o tym piszę (życzę Wam, żebym nigdy nie stała się zapalonym wędkarzem – w przeciwnym razie będziecie czytać o przynętach, zanętach, karpiach i karasiach). Tak też wygląda sytuacja ze współpracami. O, taki odkurzacz Boscha (który jeszcze przez 5 dni możecie wygrać w konkursie). Sprzątanie nie tylko nie jest głównym nurtem bloga – nie leży nawet w kręgu moich głównych zainteresowań. Wpadłam jednak na pomysł wpisu, w którym można by tematykę sensownie poruszyć (moja kontra do perfekcyjnej pani domu), a agencja, która wyszła z propozycją współpracy dała mi w tej kwestii wolną rękę. Współpraca spontanicznie zaowocowała stworzeniem filmu, który jest moją ulubioną blogową produkcją do tej pory. W końcu uświadomiłam sobie, że nie muszę być kolejną pańcią kontemplującą świece zapachowe i pokazującą zawartość swojej torebki.
  • Trzecia sprawa – nie chcę wstydzić się sponsorowanych tekstów i zamiatać ich pod dywan. Nie zamierzam publikować efektu współpracy rano tylko po to, żeby wieczorem dodać regularny wpis tak, by jak najmniej osób zobaczyło reklamę. Staram się, żeby wpisy sponsorowane były co najmniej równie interesujące jak wszystkie inne. Próbuję wręcz, by niosły za sobą jeszcze bardziej wartościową treść lub po prostu wywoływały pozytywne emocje.

Pora na fragment, który być może powinien być wstępem do tego wpisu: po co o tym wszystkim piszę? Nie założyłam tego bloga dla pieniędzy z reklam. Moim celem było znalezienie  motywacji do zrzucenia paru kilogramów. Odhaczone :). Jednak blog to już nie tylko hobby, mam jasno nakreślony cel, bezpośrednio związany z blogiem. Mam nadzieję, że za parę lat, gdy będę otwierać swój pierwszy gabinet,  blog będzie stanowił moje najlepsze portfolio. Nie będę tylko kolejnym wynikiem w wyszukiwarce, będę człowiekiem z krwi i kości, za którym stoi pewna historia, doświadczenie i swoiste CV tworzone przez kilka lat. Wierzę, że kiedyś będzie to moja najważniejsza wizytówka i zapewne źródło pozyskiwania pacjentów, medium łączące mnie z osobami, które mogą potrzebować pomocy.

Ale wracając do tych milionów monet – tak, reklama na moim blogu jest płatna, nie współpracuję barterowo. Jest to bardzo miła wartość dodana do blogowania, które daje mi przede wszystkim ogrom motywacji (nie tylko do ćwiczeń, ale po prostu samorozwoju), satysfakcji (kiedy dostaję maila od osoby, której pomogłam to fruwam przez resztę dnia!) i bodźców do zdobywania nowych umiejętności i prowadzenia ciekawszego życia. Tego ostatniego nie mylcie proszę z robieniem czegoś pod publiczkę – nie chodzi o to, ze na mój Instagram wrzucam zdjęcia z siłowni z jednego dnia, a przez resztę tygodnia oglądam seriale.  Chodzi o to, że aby móc prezentować unikalną treść na blogu muszę się stale rozwijać, wykraczać za strefę komfortu i próbować coraz to nowych rzeczy – bo parafrazowanie tego, co napisał wcześniej ktoś inny mnie nie satysfakcjonuje.

IMG_2147

W tym miejscu nie stawiam kropki, ani tym bardziej się nie żegnam. Bardzo zachęcam Was do wypowiadania się na temat tego jak postrzegacie zjawisko współprac blogerów z markami, jakie formy wpisów sponsorowanych lubicie najbardziej (a może wolelibyście baner na stronie głównej?), co Was wkurza najbardziej w podejściu blogerów do reklam, czego nie lubicie we wpisach będących efektem współpracy z marką? I druga, chyba jeszcze ważniejsza prośba: jakie rady macie dla mnie, by kolejne współprace na tym blogu Was satysfakcjonowały? Lubicie konkursy, recenzje, testy, a może normalne wpisy pod patronatem danej marki? Piszcie szczerze co Wam leży na sercu, wytykajcie mi błędy – pytam, bo nie chcę popełniać ich w przyszłości.

Dzisiaj to Wy bądźcie moimi mentorami, ja zamieniam się w słuch (no dobra, w oko)! 🙂