O marzeniu, które NA SZCZĘŚCIE się nie spełniło

Wiesz jak to jest chcieć czegoś tak, że wydaje Ci się, że bardziej się nie da? Tak, że nawet wydaje Ci się, że wcale Ci się nie wydaje!

Bo Ty po prostu to wiesz. Jesteś przekonany. Na bank, na pewno i na 100%! skoro pragniesz tego każdą komórką ciała z osobna, Twoje myśli krążą wokół tego celu, podporządkowujesz mu swoją codzienność i bliższą lub dalszą przyszłość, to chyba naprawdę to wiesz. Dajesz z siebie wszystko i ciut ciut, stajesz na rzęsach jednocześnie klaszcząc uszami, łapiesz się każdej brzytwy, nie przepuszczasz żadnej okazji i starasz się tak, jakby od tego zależało Twoje życie. Nie może być inaczej, skoro to Twoje największe marzenie. Najistotniejszy cel. Kraina mlekiem i miodem płynąca (a nawet jeśli nie, to i tak warta każdej zarwanej nocy, wszystkich wyrwanych z głowy włosów i każdego ostatka sił też).

W moim przypadku jednocześnie był to wyznacznik zawodowej i życiowej ścieżki.

Dokładnie tak jawiło mi się bycie lekarzem.

Mam naście lat. Wizję świata buduję na podstawie tego, co widzę w swoim najbliższym otoczeniu. Na bazie chwytliwych historii z mediów. Na podstawie ukochanych książek, które czytam w ilościach hurtowych. Na opiniach rodziców.  Własnych doświadczeń mam właściwie tyle, co nic.

Wiem jedynie, że praca na festynach nie jest szczytem moich marzeń, że nie spełniam się jako kelnerka, bycie hostessą daje niewiele satysfakcji, a na firmowe adidasy trzeba pracować kilkadziesiąt godzin.

Z czasem zaczynam myśleć, że chyba nie jestem głupia. Szybko czytam, a to co przeczytam, szybko zapamiętuję. Czerwony pasek zdobi każde świadectwo. Wygrywam konkursy. Rozumiem trudne rzeczy.

Nie mam pojęcia, co chcę robić w przyszłości. Nawet dziecięce marzenie o bogatym mężu odpada, bo przecież bym się nie realizowała! Musi być trudno, musi być ciężko, muszę tym sobie imponować, muszę mieć pieniądze na adidasy i wakacje dwa razy w roku!

Wiem! Eureka! Będę prawnikiem! No to wybieram liceum o odpowiednim profilu i renomie. Tak się złożyło, że najbliższe znajdowało się 60 kilometrów od rodzinnego miasta. Mieszkam z licealistką i studentką. Wyję w poduszkę co wieczór. Taka dorosła, taka dojrzała! Na szczęście swoją dorosłą córunię uratowali rodzice. W listopadzie wróciłam do rodzinnego domu i poszłam do najbliższego liceum.

Gdzieś w międzyczasie zrozumiałam, że nie chcę być prawnikiem, bo już po krótkim epizodzie z elitarnym liceum miałam dość elitarnie nadętych bufonów i ich wiecznie spiętych tyłków.

Nie pytajcie, dlaczego uznałam, że bycie lekarzem może być pod tym względem lepsze od bycia prawnikiem. Zmieniłam profil, zakopałam się w książkach, a im dłużej się uczyłam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że leczenie ludzi jest tym, co chcę robić. Że chcę być takim lekarzem, z którego ust nigdy nie padnie zwrot taka Pani uroda, który nie raz przyprawił mnie o mdłości. Z misją, z powołaniem, z rozwiązującym problemy, przy których inni specjaliści rozkładali ręce.

Perspektywa na satysfakcję z wykonywanej pracy (i jej prestiżowego charakteru), możliwości ciągłego rozwoju, rozwiązywania problemów innych osób, wysokich zarobków jawiła mi się jako kraina miodem i mlekiem płynąca. W tamtym momencie nie myślałam o wieloletniej rezydenturze, specjalizacji, długiej ścieżce naukowej (choć oczywiście miałam w planach wiele skrótów przed nazwiskiem, jakżeby inaczej, skoro ustaliliśmy już, że byłam ambitna).

Miałam bosko zdać maturę, bezproblemowo przejść etap studiów i w końcu zacząć robić rzeczy ważne!

No i jakoś tak nie wyszło. Ba! Nie wyszło nawet dwa razy. Po pierwszym zbyt słabym wyniku egzaminu maturalnego postanowiłam zrobić rok przerwy przed pójściem na studia. Nie chciałam robić nic innego. Przedstawiłam pomysł rodzicom, zaakceptowali go (i umożliwili korepetycje). Pracowałam na swoje marzenie kolejny rok. Uczyłam się jeszcze więcej, jeszcze pilniej z jeszcze większym zaangażowaniem.

I co?

Koniec świata. Porażka. Niepowodzenie. Atak terrorystyczny na poczucie własnej wartości, zamach na pewność siebie i wiarę we własne możliwości, turbo doładowanie kompleksów i wątpliwości. Zabarykadowana w pokoju, pod toną koców i kołder, odmawiam jedzenia i picia, bo po co, skoro świat właśnie się zawalił. Nie chcę myśleć o alternatywnym kierunku, o planie B, o niczym nie chcę myśleć. Nic już mnie w życiu dobrego nie spotka, nic nie ucieszy, nic nie da satysfakcji.

Po raz kolejny w tej historii pojawią się rodzice, tym razem w pakiecie z moim (jeszcze wtedy) chłopakiem, Łukaszem. Postawili mnie do pionu. Skoro nie mogę być lekarzem, to będę chociaż na Uniwersytecie Medycznym i z czymś medycznym w nazwie kierunku. Biotechnologia jest spoko! Co prawda będę mogła rozmawiać jedynie z komórkami w trakcie hodowli, a nie z ludźmi, no ale przecież ktoś w końcu musi wymyślić ten lek na raka.

No to studiuję. Niby fajne rzeczy. Niby ciekawe. Znajomi ekstra! Życie studenckie super. Ale pracować w laboratorium nie będę! Praca w dziale marketingu firmy farmaceutycznej brzmi już lepiej. Choć w głowie zaczyna świtać myśl…

Co prawda nie byłabym lekarzem, ale miałabym pacjentów.
Nie przepisywałabym leków, ale mogłabym poprawiać ich stan zdrowia.
Mogłabym pracować na swoim.
Wiedza w tym temacie ciągle się zmienia, muszę się uczyć non stop.

Jest wyzwanie! Jest nowy cel! Będę dietetykiem.

Jak zadecydowałam, tak… Zostałam sprowadzona na ziemię. Bo „W Polsce ludzie nie mają pieniędzy na chleb, a co dopiero na wizytę, podczas której mieliby się dowiedzieć jaki chleb kupić!”. Bo „każdy może być dietetykiem, studia nie są do tego nawet potrzebne”. Bo „trzeba świecić przykładem, a Ty masz problemy z wagą”.

To ostatnie było akurat prawdą. Na pierwszy rok studiów przypadał najgorszy okres moich problemów hormonalnych i tym samym sylwetki. I w tym zobaczyłam swoją szansę. Klamka zapadła, zaczęłam oszczędzać, by sfinansować zaoczne studia. Wzięłam się za siebie, zaczęłam chłonąć kolejne książki, artykuły i… blogi. Aż w końcu założyłam ten, który właśnie czytasz. Minęło trzy i pół roku.

Skończyłam biotechnologię. Jestem na ostatnim semestrze studiów magisterskich z dietetyki. Mam za sobą wiele wizyt w szpitalach, rozmów ze znajomymi studentami medycyny i młodymi lekarzami.

Jestem bardzo szczęśliwa, że moje marzenie się nie spełniło. Kilka lat temu przyznanie się do tego, że nie dostałam się na wymarzone studia byłoby dla mnie przejawem słabości, tchórzostwa i braku ambicji. Teraz nie boję się napisać że kilkunastogodzinne dyżury, zależność od krzywdzącego systemu, brak czasu na rozwój osobisty i życie rodzinne to nie moja bajka. Że wszystkie znaki i wydarzenia wskazują na to, że nie nadawałabym się do wykonywania tego zawodu w jego aktualnym kształcie (w Polsce, z polskim NFZem i MZ na czele).

Pasjonuję się żywieniem, psychodietetyką i endokrynologią. Uwielbiam analizować trudne przypadki. Szukać źródeł najbardziej aktualnych i wiarygodnych informacji. Pisać o sprawach związanych z odżywianiem. Rozmawiać o nich z innymi. Prowadzić konsultacje.

Znalazłam swój sposób na życie w miejscu, w którym nawet nie chciałam go szukać.

Nie byłabym dobra w tym, co robię, gdyby nie to, że kiedyś marzyłam o byciu lekarzem. Że studiując biotechnologię nauczyłam się analizować artykuły naukowe i krytycznie podchodzić do nierzetelnych informacji. Że całe życie dużo się uczyłam, dzięki czemu do dziś szybko przyswajam wiedzę.

Realizuję się w tym, co robię. Moje plany na przyszłość krążą wokół pracy w zawodzie. Widzę ogromne pole do popisu – w Polsce jest jeszcze dużo do zrobienia, jeśli chodzi o popularyzowanie zdrowego stylu życia, a przede wszystkim zdrowego podejścia do odchudzania.

Jestem kowalem swojego losu, mogę realizować się już w trakcie studiów, nie mam nad sobą ordynatora i kilkunastu innych osób, które mają swoją wizję. Sama wybieram od kogo chcę się uczyć. Którym obszarem chcę się zajmować – nie muszę martwić się o to czy minister zdrowia uwzględni odpowiednią ilość miejsc w mojej wymarzonej specjalizacji. Nie muszę przejmować się tym, że mdleję na widok krwi, że po wejściu na szpitalny oddział robi mi się słabo, a prawie każdą rozmowę czy wywiad żywieniowy z chorą osobą przeżywam jeszcze długo po jej zakończeniu.

Dzięki temu, że tamto marzenie się nie spełniło mogę prowadzić ten blog i zarażać innych swoim podejściem już dziś, teraz, zaraz! Mogłam też stworzyć Korepetycje z odchudzania. To mój kurs online, w którym nie tylko mówię, co warto jeść i jak trenować, by schudnąć, ale też jak sprawić, że faktycznie będzie chciało się to robić. I nie rzucić w kąt po kilku tygodniach.

 

Uważaj o czym marzysz

Niektórych planów nie udaje się zrealizować, by mieć czas na realizację innych. Może lepszych.

Niektórzy ludzie muszą zniknąć z naszego życia, byśmy otworzyli się na nowych. Może bardziej wartościowych.

Niektóre marzenia na szczęście się nie spełniają, żebyśmy mogli na nowo odkryć coś, co daje prawdziwą satysfakcje.

Z optymizmem stwierdzam, że moim czymś jest dokładnie to, co robię teraz. Co za szczęście, że tamto marzenie się nie spełniło!