W 2018 nie podbiję wszechświata

Kojarzycie ten moment, w którym kot zaczyna kręcić się w kółko podążając za własnym ogonem tak jakby upolowanie go miało być ostatnią rzeczą, która nada sens jego życiu? I ten kilkanaście sekund później, gdy orientuje się, że ojej, przecież to jego. Na chwilę przestaje. Jak się okazuje tylko po to, by zacząć pogoń z nową siłą. I w kółko kręci się w kółko. Aż pada.

No. To ten moment trwał u mnie ostatnie 3 tygodnie. Umówmy się, że skoro udało mi się wyjść z hamaka spod koca i spod kota, to wróciłam! Więc jestem. Na tyle, że czuję się gotowa opowiedzieć Wam o minionym roku i podzielić się planami na niepodbijanie wszechświata w 2018.

Rok temu o planach na 2017 pisałam tak:

Łukasz kilka dni temu skończył pracę na etacie. Teraz oboje będziemy pracować w domu. Za pół roku kończę studia. Chwilę później się pobieramy. Może się przeprowadzimy? Zmiany wydają mi się tak duże i znaczące, że chyba nie mam czelności wyrokować, co będzie dla mnie ważne za pół roku. Chciałabym podejmować lepsze decyzje. Zakończyć rozgrzebane sprawy. Kierować się intuicją i własnymi wartościami. Nie podejmować prób zadowolenia wszystkich i zawsze. Zaakceptować fakt, że nie jestem czekoladą, żeby mnie wszyscy lubili. Ale mam tylko jeden cel, co do którego nie mam wątpliwości. Obiecuję nie stawać sobie więcej na przeszkodzie do jego realizacji: ZAMIERZAM BYĆ NIEPRZYZWOICIE SZCZĘŚLIWA. 

Z powyższej listy nie doszła do skutku jedynie przeprowadzka, co było skutkiem zmiany decyzji (na które w końcu sobie pozwalam). Z dumą stwierdzam, że jeszcze nigdy nie mogłam pochwalić się tak dużym odsetekiem zrealizowanych nie-celów. A musicie wiedzieć, że na cel byłam nastawiona przez większość życia. Najczęściej na kilka. Kilkanaście jednocześnie też się zdarzało. Napędzały mnie do działania a tego, że zapędzały w kozi róg – nie widziałam. Mydliłam sobie oczy przekonaniem, że każda odhaczona pozycja przybliża mnie do realizacji mistycznej misji Stawania się Najlepszą Wersją Siebie.

Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Nigdy się tego nie dowiedziałam. W pogoni za kolejnymi punktami do zdobycia w moim osobistym rankingu nie miałam zbyt dużo czasu na refleksje. Na inne rzeczy też nie miałam go zbyt wiele. Bywało, że na przeżywanie radości z odnoszonych sukcesów też.

Cel. Realizacja. Satysfkacja. Albo i nie. I tak w kółko.

W zeszłorocznym podsumowaniu napisałam o tym po raz pierwszy. Kluczową część wpisu skasowałam chwilę później, by rozesłać go (wówczas) kameralnej grupie subskrybentów newslettera. Pisanie o słabościach było dla mnie zbyt intymne, by zostawić te treści na blogu. Dziś jestem świadoma swoich słabości – zmieniłam te, które można było zmienić, a te których się  nie dało, po prostu zaakceptowałam. Nie zastanawiam się, co mogłam zrobić w przeszłości inaczej, nie rwę sobie włosów z głowy za to, że kiedyś nie wiedziałam tego, co wiem dziś. Nie chcę tracić na to czasu, a energii tym bardziej. Było tak, jak widocznie musiało być. Co nie zmienia faktu, że dziś cieszę się z niezrealizowanych planów i niespełnionych oczekiwań. Nie wiem, ile szczęścia dałyby mi rzeczy i osiągnięcia, o których kiedyś marzyłam. Zamiast uprawiać zabawę we wróżkę Semiramidę ze szklaną kulą i czarnym kotem, wolę bawić się życiem. Z szarym kotem :).

Jak wobec tego miałabym stworzyć kolejny plan na siebie? Jak i po co miałabym sprecyzować kolejne cele? Przecież już wtedy, gdy sfrustrowana kaligrafowałam kolejne postanowienia chodziło tylko o jedno. O to, żeby po prostu być szczęśliwą. Miniony rok pokazał mi, że wcale nie potrzebuję przepisu na szczęście. Pisałam o tym trochę w 25 wnioskach na 25 urodziny, a dziś z jeszcze większym przekonaniem napiszę, że znalazłam swoje własne „carpe diem”. Nie zamierzam wytatuuować sobie tego na lędźwiach wśród tribali, płomieni i róż, ale zanotuję w tym miejscu moją prawdę objawioną:

TO JEST MOJE ŻYCIE. INNEGO NIE BĘDZIE. 

Składa się z lepszych i gorszych dni. Z leniwych sobót, zabieganych poniedziałków, nudnych czwartków, a bywa że i z wkurwionych wtorków. Czasem pachnie herbatą z imbirem, czasem kawą, a czasami spalonym słonecznikiem, który popsuje smak ulubionego pesto. Bywa plażą i oceanem, bywa szarą Łodzią i koniecznością ucieczki pod koc i pod kot z widokiem na rośliny mnożące się na parapecie w roli substytutu wiosny. Jest muzyką, jest hałasem ulicy, jest miauczeniem kota. Jest radością, jest smutkiem, jest bliskością i tęsknotą. Bywa też śniegiem z deszczem i szaro-burymi ulicami, ale do tego jeszcze nie zdążyłam dorobić ideologii.

Po prostu jest.

Nie ma najmniejszego sensu czekanie „jeszcze tylko aż się obronię” ani „jeszcze tylko na ślub” ani „aż schudnę” ani „aż kupię większe mieszkanie”. Jest, trwa, dzieje się – bez względu na to czy mi się to podoba czy nie. Ile potrwa? Nie wiem. Mam wpływ tylko na to, co myślę, co czuję, jak odbieram rzeczywistość i co robię w danym momencie.

Mam jeden cel na 2018 rok. Być szczęśliwą (nie mylić z radosną).

Co da mi szczęście? Nie wiem. Ale wiem, co było jego źródłem w minionym roku i zamierzam robić to częściej:

  • ślub – nieprzydatny w kontekście noworocznych planów, ale zdecydowanie najważniejszy moment minionego roku – wiedziałam, że będzie to piękna i symboliczna chwila, jednak nawet nie marzyłam o tym, że da tyle szczęścia każdego kolejnego dnia! Bycie żoną jest absolutnie fantastyczne, a możliwość nazywania Łukasza moim mężem sprawia, że nawet teraz głupkowato uśmiecham się do komputera. W Nowym Roku będę dbać o to, by było nam co najmniej tak dobrze, jak w poprzednich!
  • podróże – nim podjęliśmy decyzję o organizacji wesela wiedzieliśmy, że zorganizujemy miesiąc miodowy 🙂 było to spełnienie naszych marzeń i totalnie niedorosła, nieodpowiedzialna decyzja o zainwestowaniu kupy kasy we wspomnienia, których nikt nam nie odbierze. Nam i rodzicom, których zabraliśmy w ostatni etap podróży w ramach podziękowania za zorganizowanie nam takich fajnych partnerów na spędzenie razem reszty życia. Może rozsądniej byłoby odłożyć je do koperty (czy raczej walizki :/) z napisem „mieszkanie”, ale dziwnie mi się nie spieszy. Jak nigdy :)Muszę dodać, że podróż poślubna (dookoła Islandii, plaże Dominikany, Rzym) to nie jedyny powód do radochy. Spędziłam fantastyczne dni w Madrycie świętując ostatnie panieńskie dni w gronie przyjaciółek, pływałam z siostrą i Łukaszem po mazurskim jeziorze, z rodzicami odwiedziliśmy Trójmiasto, randkowałam z (jeszcze wtedy) narzeczonym w Krakowie i chłonęłam Łódź. Zaglądałam w kąty, których nie miałam okazji odwiedzić przez ostatnich 5 lat i jeszcze bardziej pokochałam to miasto. Przed przeprowadzką nie brałam pod uwagę zostania tu na stałe. Teraz nazywam to miejsce moim miastem.
  • sport – nigdy nie czułam się tak szczęśliwa z aktywnością fizyczną; jedyne czego brakowało mi w minionym roku to bieganie, na które mam szlaban od fizjoterapeuty; bieganie zamieniłam na spacery, główną aktywnością był trening z kettlebells a ulubioną zajawką, którą zamierzam kontynuować bez opamiętania: slackline !
  • satysfakcja z pracy – Korepetycje z odchudzania (mój kurs online) to najlepsza decyzja i moje największe osiągnięcie zeszłego roku. Z dumą patrzę na wyniki ankiety absolwentek kursu – 100% kupiłoby kurs ponownie, tyle samo poleciłoby kurs znajomej, która chce schudnąć. Praca nad kursem pochłonęła mnie bez reszty, ale to praca z grupą kursantek była powodem licznych wzruszeń, radości i ogromnej dumy. Cieszę się z efektów dziewczyn, zmian które zaszły w ich głowach, ale też zwyczajnie po ludzku cieszę się, że w meandrach ynternetów mogłyśmy na siebie trafić i tworzymy (do dziś) tak fajną, wspierającą się grupę. Kolejna edycja kursu startuje w lutym. Zapisz się na listę oczekujących, by 1 lutego mieć szansę zakupu kursu w najniższej cenie z pakietem bonusów.Uruchomiliśmy też sklep z dobrymi, polskimi meblami: www.posiadowka.pl . Niedługo będę Wam opowiadać o królewskim materacu, który zmienił moje życie 😉
  • spotkania z rodziną i przyjaciółmi – nigdy tak ważne nie były dla mnie relacje z bliskimi (bliższymi i dalszymi); spędziliśmy razem wiele cudownych chwil, które udało mi się uwiecznić na wyjątkowych instaxowych fotkach i zapisać w głowie na wieczyste nieoddanie!
  • dbanie o siebie – na wszystkich polach, choć najistotniejsze była praca ze sobą nad sobą; wymagało to ode mnie wielu poświęceń, mam za sobą sporo trudnych chwil, ale efekty tej pracy są wspaniałe: były to najlepiej zainwestowane energia, czas i pieniądze; bardziej przyziemnie dodam, że cieszę się też ze zwiększonej ochoty na dbanie o zewnętrze 🙂 makijaż, włosy, ubrania – drobiazgi, które składają się na lepsze samopoczucie w ciągu dnia
  • zdrowie – zadbałam o wizyty u specjalistów, wykonałam dodatkowe konsultacje, zmieniłam leczenie insulinooporności, zażegnałam migreny! nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam się tak dobrze – nie bez znaczenia jest tu powoli zdobywana umiejętność efektywnego odpoczynku

W 2018 roku znowu zamierzam być nieprzyzwoicie szczęśliwa. 
Po 2017 wiem, że to najlepsze wyzwanie, które warto podjąć. 

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!