Jak kupować (za) mniej? [część I]

Kilka lat temu cała Polska tańczyła. Później śpiewała. Gotowała. Sprzątała domy. Ćwiczyła z Chodakowską.

Teraz wszyscy chcemy być minimalistami.

Spójrzcie tylko – w serialach nie istnieją problemy lokalowe. Jesteś studentką pierwszego roku, która przeprowadziła się do Warszawy z małej wioski? Nic prostszego! Przecież każdy w takiej sytuacji może już pierwszego dnia w stolicy rozpakować swoje walizki w dwupokojowym lofcie na strzeżonym osiedlu. A taki Instagram? Mogłoby się wydawać, że to świetne poletko do rozgrywania wyścigów, która instagramowiczka pokaże więcej luksusowych przedmiotów na jednym zdjęciu (nie zdziwiłabym się, gdybym zobaczyła połączenie chanelki i wkrętarki Festool – w końcu też droga). Ba! Wcale nie musimy włączać telewizora, ani odpalać telefonu, by obserwować olimpiadę próżności.

(Bez)pośrednio bierzesz w niej udział każdego dnia. Na uczelni, w pracy, w restauracji, na ulicy, na zakupach, na siłowni.

To potrafi cholernie zmęczyć. Nie dziwi więc fakt, że popularność minimalizmu rośnie wykładniczo. Jesteśmy znudzeni przepychem, zmęczeni ciągłą presją na więcej, drożej, lepiej. Stajemy w mocnej opozycji do prezentowanego w mediach Idealnego Życia. Na początku jest to kwestia decyzji, z którą będzie wiązać się więcej wyrzeczeń, niż korzyści. Zanim zrozumiemy, że jeden wełniany sweter, ma większe znaczenie w szafie, niż pięć akrylowych kardiganów, trochę włóczki na drutach zostanie przerobione. Później przejdziemy w fazę zachwytu nad własną wytrwałością i racjonalnym podejściem do zakupów. Na haul zakupowy patrzymy z wyższością, a gdy koleżanka z pracy pokazuje wyprzedażowe łupy, zamiast ukłucia zazdrości, czujemy politowanie. Później przychodzi moment, w którym minimalizm staje się stylem życia. Zakupy nie są walką z samym sobą, wybory innych przestają być powodem do dumy z samego siebie, a cały proces decyzyjny odbywający się przed kupnem czegoś nowego, jest wypadkową naszych poglądów, a nie wyuczonym schematem. Nie wierzycie? Zajrzyjcie na blogi Joanny Glogazy czy Katarzyny Kędzierskiej – to nie są po prostu blogerki, (połowicznie przyszłe) autorki książek, ani eksperci z kanapy śniadaniówki. To dziewczyny z krwi i kości, które wybrały taki sposób na życie. Teraz (z powodzeniem) inspirują dziesiątki tysięcy ludzi.

Jak kupować mniej?

Zobaczcie, co sprawiło, że po otwarciu szafy nie jestem zasypywana poliestrem (wypadającym z półek w zawstydzających ilościach):

  • zredukowanie liczby obserwowanych blogów, kanałów na YT czy fanpage’y (uff, dobrze, że na Dr Lifestyle niezbyt często zachęcam Was do zakupów, źle znoszę dislajki ;). Musicie pamiętać, że posiadanie pędzli Maxineczki nie da Wam jej talentu, zakup rzęs Katosu nie zagwarantuje jej czarującego spojrzenia, a nawet wszystkie 3 paletki Naked nie sprawią, że nagle będziecie umiały zrobić perfekcyjne smoky.
  • anulowanie subskrypcji – większość newsletterów i tak ląduje w spamie, ale jeśli akurat uczysz się do egzaminu z Bardzo Nudnego Przedmiotu, albo musisz przygotować Ten Bardzo Ważny Ale Nie Bardzo Interesujący raport, to zdarza się, że na widok -30% tylko dzisiaj!!!!! kupujesz kolejne buty.
  • bycie wymagającym – odkąd postanowiłam, że w mojej szafie będą wisieć tylko te ciuchy, które faktycznie są w ciągłym obiegu, podchodzę do nowych rzeczy bardzo krytycznie. Zresztą – zmiana podejścia do zakupów nie dotyczy wyłącznie zakupów ubraniowych. W ten sposób skorzystały wszelkie sfery życia, a szczególnie zauważam to w kosmetykach. Mam ich teraz znacznie mniej, niż choćby rok temu, a mimo, że używam droższych kosmetyków, niż rok temu, to sumarycznie wydaję na nie mniej.
koszulka

Po mojej minie na powyższym zdjęciu nikt nie ma wątpliwości, że koszulka nie przeszła kontroli jakości ;).

  • omijanie szerokim łukiem centrów handlowych – nie ma co wystawiaĆ się na pokuszenie. Kiedyś na zakupy spożywcze, na pocztę czy do banku chodziłam właśnie do galerii. To stwarzało więcej sytuacji, w których dokonywałam impulsywnych zakupów.
  • przygotowanie listy zakupowej (i skrupulatne trzymanie się jej) – jeśli na liście znajduje się czarny kaszmirowy sweter w serek, to nie kupuję czarnego kaszmirowego golfu. Jest piękny, OK. Ale nie jest swetrem w serek.
  • przyjrzenie się własnej garderobie i docenienie starych rzeczy – sukienka na niedzielę i marynarka na ważne spotkania bezczelnie zmieszałam z resztą codziennych ciuchów, i zaczęłam je nosić. Po prostu. W ten sposób bez kupowania kolejnych rzeczy, poszerzyłam spektrum ubrań codziennego użytku, które naprawdę lubię. Zastąpiły miejsce mniej lubianych odpowiedników. Pamiętam, że do zerwania z chomikowaniem mocno motywowała mnie myśl o cenie za metr kwadratowy mieszkania – nie po to wydaje się tyle kasy, by zagracić powierzchnię pudłami i workami z ciuchami ;).

Na oddzielny akapit zasługuje jeszcze jedna kwestia, będąca sympatycznym skutkiem ubocznym minimalistycznego podejścia do zakupów – oszczędności.

Mimo, że klient bardziej wymagający sięga po droższe produkty, to w ogólnym bilansie i tak wychodzi na plus. Okazuje się, że więcej niż na superpromocji można zaoszczędzić nie kupując tego, czego się po prostu nie potrzebuje. Nie popadajmy jednak w skrajności. Ta ideologia – jak każda inna – powinna służyć nam, nigdy odwrotnie. Nie chodzi o stygmatyzację zakupów i uczynienie tego procesu nieprzyjemnym, wpędzającym w poczucie winy.

Co gdy faktycznie pojawia się konieczność zakupów?

Czytaj II część poradnika dotyczącą oszczędzania na zakupach: II część poradnika: Jak kupować (za) mniej?