Jak udało mi się zacząć kupować mniej

Nie piszę do Was ubrana w wór pokutny, nie siedzę na gołej posadzce. Nie spaliłam większości posiadanych rzeczy, nie zaczęłam gardzić dekoracją na oknie. Przed chwilą zaparzyłam sobie herbatę, którą wybierałam spośród kilkunastu smaków dostępnych w mojej szafce, za moment naleję sobie jej wprost z mojego ślicznego dzbanka do jednego z ulubionych kubków.

Potrzeba ograniczenia ilości posiadanych rzeczy dojrzewała we mnie od dawna (rok temu popełniłam nawet wpis na temat minimalizmu, polecam zapoznanie się z nim, głównie w celu porównania stylu moich aktualnych tekstów do tych sprzed kilkunastu miesięcy). Nie podejmowałam żadnego wyzwania, ograniczenie ilości posiadanych rzeczy nie było moim głównym postanowieniem noworocznym. Nie kupiłam żadnej książki, która miałaby powiedzieć mi jak kupować mniej (taka ze mnie minimalistka, o!), nie znalazłam w tej kwestii żadnego guru.

Postanowiłam posłuchać intuicji i zdrowego rozsądku. Oba te czynniki okazały się na tyle skuteczne, że mogę pochwalić się zerwaniem z potrzebą posiadania nowych rzeczy, impulsywnych zakupów czy chomikowania wszystkiego, co kiedyś (czytaj: nigdy) może się przydać.

Znalazłam swój złoty środek w polemice minimalizmu i konsumpcjonizmu i jest mi z nim tak dobrze, że postanowiłam Wam o tym napisać. Nie czuję się ekspertem w dziedzinie zakupowego minimalizmu. Ten wpis potraktujcie w ramach ciekawostki – bazuję w nim wyłącznie na własnych doświadczeniach i nie mam potwierdzenia na to, że mogą się sprawdzić również u innych.

IMG_0784

Znielub to. Jest wysoce prawdopodobne, że Facebook automatycznie pomógł Ci w ograniczeniu treści, które pokazują się na Twojej tablicy (jeśli chcesz widzieć wszystkie posty publikowane na fanpage Dr Lifestyle najedź na przycisk lubię to/lubisz to, rozwiń go i dodaj do obserwowanych lub najlepiej do list zainteresowań). Jeśli jednak jakimś cudem ostały się na niej liczne zdjęcia z lookbooków najnowszych kolekcji, fotki nowych produktów w sklepie i inne rzeczy przekonujące Cię, że nie możesz żyć bez tej superhipermodnejmusthave bluzki – odlajkuj je. Nie bój się, że ominie Cię super promocja – więcej zaoszczędzisz, nie kupując czegoś, czego nie potrzebujesz. Jeśli będziesz potrzebować nowego ubrania/biżuterii/torebki, wróć do obserwowania stosownych stron.

Zrezygnuj z subskrypcji sklepowych newsletterów. Dramatyczna większość nastawiona jest na sprzedaż. I nie ma w tym nic złego! Dopóty, dopóki Ty nie chcesz zacząć ograniczyć liczby kupowanych rzeczy. Promocje krzyczą, a linki do ofert zachęcają do zrobienia sobie chwili przerwy w pracy. Tracisz czas, koncentrację i pieniądze. Zyskujesz kolejną bluzkę, której noszenie nie będzie sprawiać Ci przyjemności, bo będzie to po prostu kolejna zwykła bluzka.

Nie nabieraj się na programy partnerskie. Dla małej herbaty wartej 4 zł nie warto kupować wcześniej 9 dużych z ciastkiem w zestawie o łącznej wartości 150 zł. Noszenie w torebce pliku kart członkowskich też nie jest fajne. Nie ma w tym nic złego, jeśli i tak zamierzasz kupić daną rzecz (np. zestawy lunchowe, które kupujesz regularnie, 5 dni w tygodniu w pracy). Podobnie z promocjami w stylu „kup 3 w cenie 2”. Ja wiem, że to taniej. Dokładnie o 30% taniej w przeliczeniu na jedną rzecz. Najpierw zastanów się czy baner „przecena 30 %” zrobiłby na Tobie tak samo duże wrażenie jak „3 w cenie 2”. A później pomyśl czy faktycznie potrzebujesz tych trzech, a może nawet dwóch rzeczy? Korzystaj z takich promocji wtedy, kiedy faktycznie zamierzałeś kupić dwie rzeczy, a produkty są zbywalne (świeca zapachowa, kosmetyk do kąpieli).

Wymagaj. Nie obniżaj standardów, które wcześniej sam wyznaczyłeś. Jeśli szukasz kaszmirowego, granatowego swetra w serek, bo dokładnie taki jest Ci potrzebny i takiego wielokrotnie brakowało Ci podczas planowania stroju, to nie kupuj granatowego, kaszmirowego golfu. Choćby był najpiękniejszym golfem na świecie, nigdy nie stanie się swetrem w serek. Koniec dyskusji.

IMG_0788

Unikaj centrów handlowych. Do galerii idź wtedy, kiedy planujesz konkretne zakupy – ubraniowe, elektroniczne itd. Unikaj wizyt w takich miejscach w celu zrobienia zakupów spożywczych czy zjedzenia w restauracji – zanim dotrzesz do swojego punktu docelowego, miniesz mnóstwo sklepów, kuszących promocjami i pięknymi wystawami. Po co się drażnić skoro i tak nie planujesz niczego kupować?

Odcedź czytane blogi/oglądane vlogi. Może tym punktem działam przeciwko sobie, ale nie mogę go pominąć, bo miał dla mnie ogromne znaczenie. Wiele blogów (szczególnie modowych i urodowych) bazuje (pośrednio lub bezpośrednio) na opisach różnych produktów. Testy, recenzje, nowości, ulubieńcy, buble, hity, kity, codzienny makijaż, codzienna rutyna itd. itd. Jest to szczególnie niebezpieczne, gdy lubisz autorkę i ufasz jej opinii. Produkt, który opisuje naprawdę może być genialny! Ale czy ma sens zakup nowego rozświetlacza, skoro z dotychczasowego też jesteś zadowolona? Poza tym – szczególnie Panie – musicie pamiętać, że posiadanie pędzli Maxineczki nie da Wam jej talentu, zakup rzęs Katosu nie zagwarantuje jej czarującego spojrzenia, a nawet wszystkie 3 paletki Naked nie sprawią, że nagle będziecie umiały zrobić perfekcyjne smoky.

Przygotuj listę zakupów na najbliższe miesiące. Wypunktuj wszystkie rzeczy, których potrzebujesz, których brak Ci doskwiera. Opisz je dość precyzyjnie z ustalonymi cenami maksymalnymi. I to wszystko. Nie musisz biegać po sklepach w poszukiwaniu tych wszystkich rzeczy, ale kiedy coś wpadnie Ci w oko, sprawdź najpierw czy taki produkt znajduje się na Twojej liście. Nie? Chcesz kupować mniej? No to klikaj czerwony krzyżyk i uciekaj ze sklepu.

Nie czekaj na lepsze czasy. Jeśli schudniesz z przyjemnością wymienisz sobie garderobę. Jeśli coś będzie ponownie modne, najprawdpodobniej powróci w nieco innej formie (co wyraźnie widać na przykładzie butów z czubkiem. Jeśli kiedyś wydarzy się cudowna, wyjątkowa okazja i tak wybierzesz możliwość kupienia czegoś nowego – specjalnie na tę okazję. Podejrzewam, że kiedy ta okazja już nastanie, nawet nie będziesz pamiętać, że 7 lat temu odłożyłeś tamte spodnie na strych. Nie chomikuj! Przypomnij sobie ile zapłaciłeś za metr kwadratowy mieszkania, przecież nie zrobiłeś tego po to, żeby teraz bezsensownie go zagracać!

Oszczędź sobie. Przez miesiąc skruplatnie zbieraj wszystkie paragony za zakupy ponadpodstawowe (nie, drugi podkład nie jest koniecznym zakupem podobnie jak zapasowa mascara). Ostatniego dnia miesiąca usiądź przy stole, wyciągnij zgromadzoną makulaturę i podlicz sumy. A później złap się za głowe. Jest całkiem prawdopodobne, że gdybyś darował sobie te wszystkie pierdoły, mógłbyś kupić porządną parę butów czy wyjśc na fajną kolację. I nie trafia do mnie argument, który często słyszy się od palaczy „a gdzie jest Twoje porsche, skoro tyle oszczędzasz nie paląc”. Jeśli jesteśmy świadomi tego, jakie kwoty wypływają z naszego konta każdego miesiąca, łatwiej nimi gospodarować. Można ustawić stałe zlecenie na początku miesiąca, można przelewać nadwyżki. Po roku będą z tego fajne wakacje! W pewnym momencie to przestanie być kwestią wyrzeczeń. Bardzo się cieszę, że zaczęłam kupować mniej i to, co czuję najsilniej rezygnując z zakupu to swego rodzaju duma. Cieszę się, że udało mi się nad tym zapanować, mimo że mam większe możliwości finansowe niż kiedykolwiek wcześniej. Choć wiem, że to będzie jeden z najsłabszych argumentów, bo idąc do galerii możemy więcej zapłacić za kanpkę z sokiem, niż za koszulkę.

Powyższe działania nie muszą być stanem permanentnym. Ja potraktowałam to jak detoks. Uświadomiłam sobie, że naprawdę swietnie radzę sobie z torebką z zeszłego sezonu. Że jeśli nie kupię Tego Kolejnego Super Kremu to wcale nie obudzę się z wysypem na twarzy (co mogłoby się zdarzyć w przypadku zakupu). Uwolniłam się od chęci posiadania ciągle czegoś nowszego, droższego, ładniejszego i fajniejszego. Teraz oglądam vlogerki i nie myślę „muszę pędzić do drogerii” tylko raczej „fajnie, przyjemny produkt, ale mój stary bronzer posłuży mi jeszcze pół roku – po tym czasie wrócę do tematu”.

W końcu jest tak, jak zawsze powinno być. Przestałam być więźniem tych wszystkich przedmiotów, zaczęłam sama decydować. W trakcie trwania eksperymentu zdałam sobie sprawę z pojawienia się super wartości dodanej. Przez takie świadome podejście do zakupów, pracujemy nad pewnością siebie. Nie definiujemy siebie przez posiadane przedmioty.

Nie dość, że kupuję mniej, to doszłam do wniosku, że nie potrzebuję wielu rzeczy, które już mam w swojej szafie czy mieszkaniu. Zdecydowałam, że wystawię je na allegro po bardzo okazyjnych cenach, a linki do aukcji znajdziecie też w wyprzedażowym wpisie. Postaram się przygotować go w przyszłym tygodniu – póki co sesja poprawkowa idzie bardzo pomyślnie, więc powinnam mieć znacznie więcej czasu od poniedziałku.

Mamy to szczęście, że – paradoksalnie – wbrew szerzącego się konsumpcjonizmu moda nieco wyhamowała. Kiedyś to projektanci kreowali trendy – dziś w większości przypadków, odpowiadają oni na to, czego potrzebuje ulica. Korzyść z tego taka, że coraz mniej trendy jest bycie trendy. Teraz w cenie jest własny styl, który wcale nie musi być zbieżny z okładką najnowszego Vogue.

Nie zamierzam mówić o sobie minimalistka, bo społeczeństwo i bez mojego udziału wkłada mnie do wielu różnych szuflad. Kolejny epitet mógłby być jedynie dodatkową kulą u nogi. Nie chcę, by po otwarciu szafy spadała na mnie lawina nielubianych ubrań. Ale to nie znaczy, że zamierzam płakać w poduszkę, bo musiałam odmówić sobie zakupu (kolejnej) uroczej filiżanki tylko dlatego, że do wyznaczonego terminu kolejnych zakupów zostały 3 miesiące czy zapomniałam umieścić tego (arcyważnego) przedmiotu na liście.

Ta filozofia ma służyć mnie – nie ja jej.