Narzędzia codziennej pracy + organizacja czasu

Nie lubię być więźniem przedmiotów. To one mają służyć mnie – nigdy odwrotnie. Przez ostatnie lata wypracowałam sobie system organizacji pracy i czasu, który wymaga 4 narzędzi. Komputer, pendrive, kartka papieru i kalendarz.

Tak mogłabym napisać w latach dziewięćdziesiątych. Dziś te 4 narzędzia są znacznie bardziej zaawansowane, ale może właśnie to czyni je posłusznymi, praktycznymi i (po długich poszukiwaniach) idealnymi?

Przechowywanie plików w chmurze – Dropbox

O tym jak bardzo wszyscy powinniśmy uwielbiać Dropbox przekonałam się, gdy straciłam połowę pracy licencjackiej. To znaczy straciłabym, gdybym nie przechowywała kopii w Dropboxie. Dropbox to taki wirtualny folder. Łukasz właśnie przeczytał to zdanie i zabronił mi go publikować, tłumacząc to tym, że „To jest folder jak każdy inny w komputerze. Ale dzięki aplikacji Dropbox wykonywana jest jego lustrzana kopia na serwerze. Służy to synchronizacji plików. Mając Dropbox na komputerze, telefonie, tablecie czy innym urządzeniu, aplikacja będzie dążyć do tego, by w tle, bez zawracania nam głowy, zawartości tego folderu na różnych urządzeniach były identyczne. Co najfajniejsze, można w nim tworzyć podfoldery i poszczególne udostępniać np. partnerowi czy współpracownikom„.

Jak wykorzystuję Dropbox w codziennym życiu i jakie są jego główne zalety?

  • kiedy zrobię zdjęcie telefonem po chwili mam jego kopię na dysku komputera
  • kiedy zaleję telefon nadal mam kopię tego na dysku komputera (to kazał mi napisać ten złośliwiec Łukasz!)
  • zamiast wysyłać współpracownikom pliki na maila, gdzie ciężko je odszukać, każde z nas może dodawać je od razu do wspólnego folderu tak, by cała czwórka miała je od razu u siebie
  • można pracować z kilku miejsc nad jednym plikiem (co było przydatne np. przy pracy licencjackiej, którą tworzyłam na kilku komputerach)
  • dzięki wersji przeglądarkowej, po zalogowaniu możecie dostać się do zawartości swojego folderu Dropbox z dowolnego miejsca na świecie
  • Dropbox jest jak podręczny pendrive, którego nie można zgubić
  • usunięte z Dropboxa pliku można przywrócić w ciągu 30 dni od skasowania
  • zamiast wysyłać po kilka zdjęć w jednym mailu (ze względu na ograniczenie pojemności) mogę dodać je do folderu w Dropbox, a następnie wygenerować link, który pozwoli znajomym na pobranie go – każdy plik w folderze Dropbox można łatwo udostępnić znajomym (trzeba kliknąć prawym i wybrać opcję wygeneruj łączę)
  • Dropbox współpracuje z wieloma aplikacjami. Jedna z nich służy do wykonywania codziennych kopii zapasowych mojego bloga, nawet gdy komputer jest wyłączony
  • dzięki dropowi mam stały wgląd do ważnych plików – jeśli nie mam przy sobie komputera, to zapewne mam przy sobie telefon, na którym automatycznie pojawiają się te pliki, które umieszczałam w Dropbox na komputerze

Sami oceńcie czyją wersję wolicie ;).

Jeśli jeszcze nie macie Dropboxa, a chcielibyście, to korzystając z mojego linku polecającego dostaniecie 500 MB miejsca gratis (oprócz tego każdy dostaje 2 GB na start). 

Lista zadań/organizer

20151229-_MG_2259

Przez ostatnie tygodnie praktykowałam zapisywanie zadań w maleńkim notesiku. Skreślanie każdej kolejnej pozycji bardzo mnie motywuje i daje jasny obraz sytuacji. Prowadzenie listy codziennych zadań nie tylko zmniejsza ryzyko pominięcia czegoś ważnego, ale też napędza do tego, by te zadania wykonywać szybciej.

Ostatnio zaczęłam zauważać ograniczenie tworzenia list w małym notesie. Mam kilka cyklicznych, codzienny zobowiązań (związanych z administrowaniem kilku stron na Facebooku). Przepisywanie ich za każdym razem wydawało mi się bezsensowne, bo nie traktowałam tych zadań jako coś dodatkowego do zrobienia, a raczej coś, co musi być zrobione. Kategorią bardziej pasowałoby to do kalendarza Google, jednak mogę wykonywać to zadanie o dowolnej godzinie, mogę zrobić również kilka dnia zapasu, poświęcając więcej czasu jednego dnia i programując publikację postów. Rozwiązaniem okazał się organizer Aliny.

Uświadomiłam sobie pewną rzecz. Dotychczas kalendarze głównie mnie ograniczały. Próbowałam dostosować do nich mój styl organizacji czasu, ale kończyło się to fiaskiem. To ja musiałam się dostosowywać do nich. Jak to się kończyło? Odrzucaniem kalendarza w kąt po kilku miesiącach. Organizer Aliny jest przemyślany, a zastosowane w nim rozwiązania to nie jest przerost formy nad treścią. Realnie usprawnił moją organizację czasu. Po 6 miesiącach zdecyduję czy zostanę przy organizerze czy może przerzucę się na notes ze względu na to, że nie każdy mój dzień wymaga skrupulatnej organizacji.

Kalendarz Google

20151230-_MG_2319

Prowadzę go od roku 2011 i jest to najdłuższy związek z kalendarzem w całym moim życiu. Nie zastąpi go żaden, nawet najpiękniejszy kalendarz papierowy. Cenię w nim sobie to, że można programować cykliczne wydarzenia (automatycznie zaznacza, że np. każdy piątek 15 – 16:30 mam spotkanie w firmie do końca maja 2016), wersja mobilna ma super grafiki, można zapraszać znajomych do uczestnictwa w wydarzeniach (w ten sposób Łukasz zaprosił mnie na – jak się później okazało – zaręczyny w Barcelonie). Jest przejrzysty, niezawodny, a ostatnio został poszerzony o opcje powiadomień. Teraz ma dla mnie wszystko, co powinien mieć.

W mojej organizacji czasu pełni rolę fundamentu. Zapisuję w nim wszystkie wydarzenia, które mają stałe godziny, spotkania, wizyty u lekarza. Żadnych zadań, ani rzeczy możliwych do przełożenia – wyłącznie konkrety, by móc jasno ocenić ile mam czasu w danym dniu, który mogę rozdzielić na (inne niż obowiązkowe) zadania.

Ultrabook Asus ZenBook UX305

20151219-_MG_0209
asus zenbook ux305

Tego punktu bałam się najbardziej. Bo co ja mogę napisać? Że biały, że śliczny, że nie czuję go, kiedy jest w mojej torebce. Że kiedy wychodzę do pracy, a później idę na dwa wykłady, nie muszę martwić się o to, że padnie mi bateria. Że mogę mieć otwartych kilkanaście zakładek i się nie tnie. O czym ja mówię, on w ogóle się nie tnie.

20151230-_MG_2322
20151230-_MG_2324

Działa jak marzenie, słucha mnie! Ma super klawiaturę, która nie trzeszczy. A, no i matowa matryca – w końcu będę mogła dopełnić moich wizji o pisaniu na tarasie (mój poprzedni komputer miał błyszczącą, wiecznie upalcowaną matrycę)! Asus UX305 to idealny ultrabook dla kobiety. Choć jak się okazuje – nie tylko.

Ten laptop – czy jak poprawia mnie Łukasz – ultrabook, zasługuje na nieco więcej uwagi. Oddałam głos Łukaszowi, który stał się ogromnym fanem Zenona.

Cześć, tu Łukasz (i w końcu jakieś sensowne zdjęcia)

20151216-_MG_0166

Zenbook UX305FA zrobił na mnie wrażenie. Serio. Wiem co mówię, bo jestem z tych facetów, którzy na bieżąco śledzą newsy z branży technologicznej i średnio raz w tygodniu składam sobie nowy komputer (którego i tak nie kupię, bo po chwili dociera do mnie, że mój aktualny jest wystarczająco dobry). To jednak daje mi w miarę dobre pojęcie na co warto zwrócić uwagę, kiedy warto do czegoś dopłacić, albo zaśmiać się z producenta, który funkcję dostępną od kilku lat, nazywa rewolucją.

Czemu więc zazdroszczę Monice jej Asusa?

20151216-_MG_0164

Po pierwsze świetna wydajność w stosunku do mobilności. Nie jest on oczywiście lepszy od mojego komputera stacjonarnego, ale ja mojego komputera nie włożę do plecaka, nie będę mógł pracować na nim w pociągu, ani tym bardziej nie przepracuję 10 h bez kabla. Mam wrażenie, ZenBook (pieszczotliwie nazywany przez Monikę Zenonem) wykorzystuje każdą jednostkę energii kilkanaście razy lepiej.

Monika montuje na nim filmy, potem je renderuje, wiecznie ma otwarte milion niepotrzebnych aktualnie aplikacji – a ten komputer po prostu daje radę – potrafi uciągnąć nawet 10h bez ładowania (przy maksymalnym obciążeniu z montażem video itd 4,5 h).

20151216-_MG_0160

Po drugie ekran. Wiecie, że pracuję jako grafik. Weźmy taką rozdzielczość full HD (1920x1080px) z mojego ekranu 27″ i upakujmy to na ekranie takiego Zenbooka, którego ekran ma 13,3″. Każdy pojedynczy piksel jest dużo mniejszy – a to powoduje, że obraz jest ostry jak żyletka:) Lepiej! Moniki Zenbook ma „tylko” fullHD, a są też wersje QHD+ (3200×1800). Przecież to daje tak ogromną gęstość pikseli, że patrząc na taki ekran,co chwilę łapałbym się za głowę, niedowierzając że jest to możliwe.

Po trzecie cisza. Nie wiem czy Monika lubi ciszę, bo cały czas gada, ale ja ją sobie bardzo cenię. Zenbook ma chłodzenie pasywne – oznacza to, że nie ma żadnego wiatraczka, który by hałasował. Lepiej! Mimo że nie ma wiatraczków, to jeszcze się nie grzeje. Jest po prostu zimny – a to dzięki rezygnacji z tradycyjnego dysku HDD, na rzecz SSD (brak ruchomych części i lepsza energooszczędność). Pomogło też zastosowanie nowoczesnego, typowo mobilnego procesora, z którego ciepło może być odprowadzane pasywnie.

20151216-_MG_0156

Po czwarte obudowa. Brzydzę się tandetą. Biorę coś do ręki i szybko zauważam tani plastik, który albo nie jest dobrze spasowany, albo będzie się odbarwiał, albo się połamie. Monika o tym wie, stąd jak robi mi prezenty zwraca na to uwagę :D. Przykładem może być mój statyw foto, czy myszka – po prostu za każdym razem jak tego dotykam, wiem że nie mam do czynienia z zabawką. I tak też jest z obudową Zenbooka – to wysokiej jakości aluminium, w naprawdę eleganckim wydaniu. Nic nie trzeszczy, wszystko do siebie pasuje… Asus urzekł mnie też taką pierdółką, jak uszczelka dookoła ekranu – niby nic, prosty zabieg. Chyba nie muszę tłumaczyć jakie to ma zalety?

Detale – właśnie tym Asus mnie do siebie przekonał. I jeszcze jedna rzecz – ma związek z poprzednim punktem. Ta obudowa jest zimna:) Wiecie jak to jest przytulić się do zimnej części poduchy kiedy zasypiacie, nie?