Wyniki eksperymentu "co się stanie, jeśli…" – podsumowanie 2019 roku

dr lifestyle na paddleboard

Zastanawiam się jak nie popaść w podniosłość i wzniosłość, patos i potejtos. Jak się trzymać się blisko ziemi, skoro głowa w chmurach? Opowiedzieć ten rok bez zbyt entuzjastycznych ochów i achów, lukrowanej wdzięczności, nieprzyzwoitej słodyczy, co się może odbić czkawką?

Rok temu właśnie tak działały na mnie pozytywne, pełne radości i optymizmu podsumowania 2018 roku. Kosmicznie zazdrościłam wszystkim, którzy byli w dobrym momencie życia. Byli szczęśliwi.

A ja byłam wtedy tutaj. W miejscu, w którym celem było: przetrwać, a nie jakieś tam mieć nadzieję, wierzyć w lepsze jutro, doceniać małe rzeczy, cieszyć się chwilą.

Zgodnie z postanowieniem z pierwszego akapitu, celem uniżenia górnolotności wyznania, które zaraz nastąpi, nie napiszę, że aż łza wruszenia kręci się w mym oku lecz, że sięgam po kolejną rolkę papieru toaletowego, by zasmarkać go sowicie, gdyż siedzę przed komputerem uryczana po pachy, nie dowierzając, jak wiele może zmienić się w jeden rok. Serio. Jak to możliwe, żeby w ciągu roku zmieniło się tak wiele?

I to nie jest jakieś tam kokieteryjne, retoryczne „jak to możliwe?”. To jest takie „nie dowierzam”, które nakazuje mi zaprzestanie zadawania pytań na rzecz natychmiastowego korzystania z tego, co jest.

Zamiast przeć na cel, w który nie wierzysz – podejmij próbę

View this post on Instagram

Jest taka myśl, która bardzo pomaga mi się ogarnąć nawet w największej rozpierdusze. Banalna, ale skuteczna. Uwaga uwaga: "to jest moje życie teraz, innego nie będzie." No dobra – może kiedyś będzie, bo mogę sobie pracować na poprawę sytuacji, ale nadal… to jest moje życie teraz. Jest, jakie jest i nawet jeśli ZAWSZE KURWA COŚ, to się toczy. Płynie. Ucieka. Więc albo jako-tako-odnajdę się w moim życiu teraz, albo przecieknie mi przez palce. A na taki luksus to mnie nie stać, bo choć wiele o tym żyćku nie wiem, to najpewniejszy ze wszystkich jest ten moment, który właśnie trwa. Może kiedyś będzie lepiej, może gorzej, a może wcale nie będzie. Za to teraz? To jest moje życie i z tym można coś zrobić. I dlatego tak bardzo uwielbiam plakat, który dostałam na urodziny od przyjaciół – bo to motto napawa mnie optymizmem! Tak, optymizmem ;). Wcale nie przeszkadza mi, że "ZAWSZE KURWA COŚ", bo odkąd traktuję to jako nieodłączny element życia i nie czekam "aż to wszystko się kiedyś skończy i raz na zawsze będzie spokój", to znacznie lepiej radzę sobie z tymi mniejszymi czy większymi przeszkodami, które uparcie nie chcą przestać się pojawiać. To działa dokładnie tak samo w odchudzaniu – dziś jest trudno, ale skąd pomysł, że jutro będzie łatwiej? Dlatego: ?? zacznij tu, gdzie jesteś ?? wykorzystaj to, co masz ?? zrób to, co możesz Nawet jeśli dzisiaj znowu COŚ! U mnie np. Chory kot. Jeszcze diagnozujemy i bardzo staram się nadmiernie nie martwić. A jakie jest twoje COŚ na dziś? Ponarzekaj w komentarzu a później weź się do roboty, żeby nie trzeba było narzekać jeszcze na brak efektów. #PałloKołelo #plakat #hamak #mojemiejsce #motywacja #redukcja

A post shared by  Monika Ciesielska Dietetyk (@drlifestyle.pl) on

W 2019 rok wchodziłam przerażona, niegotowa, zniechęcona. Nie widziałam najmniejszego sensu w spisywaniu celów. Z góry odrzuciłam pomysł optymalizacji wszystkich obszarów życia i dążenia do osiągnięcia najwyższego levelu mojego jestestwa.

Nie zakładałam, że to będzie dobry rok. Ba! Nie łudziłam się nawet, że będzie lepszy. Ale wiedziałam, że czy mi się to podoba czy nie – będzie. I ja, najprawdopodobniej, też będę w nim uczestniczyć. I moje lamenty, niegotowość, niechęć do wszystkiego nie sprawią, że życie przestanie się toczyć. Jakoś trzeba się w nim ulokować i może po prostu nie narobić więcej szkód.

Wyłączyłam opcję posiadania oczekiwań. Gdy tylko pojawiał się scenariusz zakładający konkretny przebieg wydarzeń, sprowadzałam się do parteru i powtarzałam jak mantrę „masz wpływ tylko na to, co robisz, nie zawsze masz wpływ na skutek działań”.

Z braku lepszego pomysłu postanowiłam więcej próbować. Nie wiedziałam, co będę robić przez cały rok, ani gdzie chce dojść, ale wiedziałam, że aby ruszyć z miejsca, muszę więcej próbować.

A żeby to było możliwe, zaczęłam podważać różne ograniczające myśli.

Gdy się bałam, próbowałam sobie wyobrazić, jakbym się zachowała, gdybym się aż tak nie bała. I to masło maślane było dla mnie znacznie bardziej akceptowalne, niż radykalne „nie bój się!”.

„Spróbuj działać tak, jakbyś się aż tak nie bała” – wydawało się wykonalne. Przecież chodzi tylko o to, żeby spróbować. Najwyżej nie wyjdzie, a skoro jestem odważna tylko na próbę, to zawsze mogę wrócić do mojego bania się i już nigdy nie powtórzyć tej rzeczy.

Gdy czułam, że nie dam rady zrealizować ogromnego projektu, dawałam sobie przyzwolenie na realizację jednej małej części i porzucenie go, jeśli faktycznie mnie przerośnie. A gdy okaże się, że wcale nie jest aż-tak-strasznie-okropnie, to zrobię kolejny krok.

Gdy wydawało mi się, że moje nowe produkty zostaną źle przyjęte, podjęłam decyzję o zaprzestaniu zabawy we Wróżkę Orianę, zrobić swoje najlepiej jak potrafię i oddać ten produkt do Waszej oceny.

Zamiast rezygnować z rzeczy, której mogę żałować, po prostu ją zrobiłam z założeniem, że – no cóż. W najgorszym wypadku po prostu będę żałować, ale raczej nie umrę z żalu, świat się nie skończy. Najpierw zrobiłam tatuaż, a później spróbowałam z poważniejszymi rzeczami. Nie umarłam, żyję, piszę, mam się dobrze.

Przestałam bezgranicznie wierzyć we własne myśli i dobrze na tym wyszłam.

Co się stanie, jeśli…?

Spędzając dużo czasu w czarnej dupie, nie wychodziło mi roztaczanie przed sobą świetlanej wizji przyszłości. Mój plan na 2019 rok był bardzo ostrożny i asekuracyjny, totalnie niekonkretny i niezgodny z żadną szanowaną metodą planowania. Nie ustaliłam celów. Nie wytyczyłam planu działania.

Postanowiłam sprawdzać różne opcje.

Przyświecała mi myśl, że moje decyzje nie są biletem w jedną stronę. Że naprawdę niewiele jest nieodwracalnych rzeczy (a jeśli już się wydarzą, to może po prostu tak miało być – i tak nie przygotuję się na każdy scenariusz).

Zamiast planować osiągnięcie Nirvany i wyjazd na miesięczne odosobnienie medytacyjne w górach Tybetu, postanowiłam DZISIAJ posiedzieć na poduszce 5 minut i zobaczyć co się stanie. Jak nie będzie okropnie, zrobię to codziennie przez kolejne 7 dni po 5 minut. Jak nie będzie fatalnie, spróbuję wydłużyć to do 7 minut. I tak dalej, i tak dalej, aż do momentu, w którym orientuję się, że siedzę na poduszce od godziny, bo sprawdzając „co się stanie jeśli” zbudowałam nawyk codziennej medytacji, która zrobiła dla mnie dużo dobrego.

To często były wyzwania, na które większość dorosłych ludzi nawet nie zwróciłoby uwagi. Mnie nerwica lękową doprowadziła do sytuacji, w której nie byłam w stanie spędzać czasu po ciemku bez towarzystwa kogoś, kogo znam. Wyzwaniem na ten rok było dla mnie samotne pójście do kina. Najpierw przyzwyczajałam się w osobnym pokoju, później sama w mieszkaniu, szczytem krejzolstwa było przejście klatką schodową dwóch pięter ;). I niestety nie robię sobie jaj – to naprawdę było dla mnie trudne. Po kilkunastu tygodniach przygotowań przyszedł dzień premiery! Wybrałam miejsce najbliżej drzwi, dałam sobie przyzwolenie na wyjście choćby po kilku minutach, Łukasz był pod telefonem. Spróbowałam. Poszłam. Nie tylko wysiedziałam, ale nawet z zaciekawieniem obejrzałam film.

Później sprawdziłam, co się stanie, jeśli dietetyk wyda ebooka z niedietetycznym jedzeniem – pokochaliście go.

Co się stanie, jeśli przeprowadzę Korepetycje z odchudzania z pewnością siebie adekwatną do opinii kursantek poprzednich edycji – mamy w grupie rekordową liczbę dziewczyn, które idą do celu jak po swoje.

Co się stanie, jeśli po pięciu latach (!) oddam kontakt mailowy z czytelniczkami i klientkami mojej pierwszej pracowniczce – robi to lepiej, niż robiłam przez ostatnie lata ja.

Sprawdzanie „co się stanie, jeśli…” okazało się moim wytrychem do próbowania nowych rzeczy i działania z zaangażowaniem, którego wcześniej nie znałam.

No cóż – trudno było aż tak angażować się w działanie, gdy jednocześnie oddawałam się obawom, snuciu strasznych scenariuszy i rozwiązywania problemów, które nie zdążyły się nawet wydarzyć.

Ważniejsze niż łatwiejsze

View this post on Instagram

Wrzucam to zdjęcie, żeby przypomnieć sobie i Wam, że każdy miewa gorsze chwile, spadek motywacji i chęci do pracy/treningów/czegokolwiek. I ma prawo je mieć! A później podjąć decyzję: czy warto za nimi iść, odpocząć, zrobić przerwę, czy może jednak olać i robić swoje? Wciąż się uczę rozróżniać głos lenistwa od głosu zmęczenia, ale jednego jestem pewna: chwilowy brak motywacji do działania nie jest wystarczającym argumentem do zaprzestania działania. Lubię to, co robię, daje mi to gigantyczną satysfakcję, ale przez większość czasu w pracy wyglądam własnie tak. No średnio entuzjastycznie, po prostu robię robotę, zadanie po zadaniu. Na dwa kompy, przy stercie książek, otoczona milionem kartek i skupiona. A może nawet trochę rozżalona, że czasami tak, jak dziś w sobotę o 17:57 lista zadań nadal jest dłuższa, niż krótsza? Nie dlatego, że mam "taką ciężką pracę" – po prostu obecnie wolę pracować w weekendy, żeby nadgonić i uzbierać wolnych kilka dni na jakiś wyjazd. Mój wybór. Lubiana praca. A i tak bywa, że nie jestem do niej super zmotywowana i wolałabym robić w tym czasie coś innego. Z drugiej strony, wiem po co to robię, więc siedzę i działam nawet gdy mi się nie chce. I wiesz co? W odchudzaniu też nie warto czekać, aż nam się zachce, bo czas leci i poleci jeszcze przez kolejny rok TIK-TAK-TIK-TAK, i jeśli nic nie zmienisz, to za rok będziesz w tym samym punkcie, co dziś. A w temacie sylwetkowym pewnie w gorszym, bo dlaczego miałoby być lepiej bez Twojego zaangażowania? I to może być zupełnie okej! O ile Ty czujesz się okej z tą perspektywą. Chcesz za rok wspominać "ojezujezu, gdybym zaczęła rok temu, to już bym miała takie super efekty"? Jeśli chcesz, zeby za rok coś się zmieniło, to musisz coś zmienić dzisiaj. Bo niby czemu jutro miałoby być łatwiej?

A post shared by  Monika Ciesielska Dietetyk (@drlifestyle.pl) on

I tak krok po kroku (a często po dwóch krokach w tył, żeby dopiero zrobić krok w przód) udowadniałam sobie, że stać mnie na więcej, niż sądziłam. Że dużo mnie to wszystko kosztuje, ale jakoś daję radę i powoli (bardzo, bardzo powoli) można przezwyciężyć część źródeł dyskomfortu, nadać im mniejszego znaczenia.

Wybrać to, czego naprawdę chcę, a nie pozostawać skazaną na to, co aktualnie jest dla mnie w miarę komfortowe.

W 2019 roku udowodniłam sobie, że robienie niewygodnych rzeczy daje rezultaty, których nie miałabym okazji zobaczyć, podążając wygodniejszą ścieżką. Czasami były to rezultaty, których wolałabym uniknąć, ale w zdecydowanej większości były satysfakcjonujące i nakręcały mnie do dalszego działania.

Spokojnie, spokojnie, nie zacznę Wam tu uprawiać bełCoachu o wychodzeniu poza strefę komfortu. Jeśli lubisz swoją i Ci w niej dobrze – słodkiego miłego siedzenia.

W mojej domniemanej strefie komfortu ktoś ciągle puszczał śmierdzące bąki. Nie lubiłam tam siedzieć, ale nie lubiłam też nieznanego – nie spieszyło mi się do nowego.

Jednak zamiast łudzić się, że teraz jestem w strefie komfortu, a wszystko poza nią jest obce i złowrogie, zaakceptowałam fakt, że wcale nie siedzę w żadnej strefie komfortu. Ugrzęzłam w czymś zdecydowanie niekomfortowym i trwanie w tym miejscu wcale nie jest mniej przerażające, niż szukanie nowego.

To trzeba szukać.

Zrobiłam sobie miejsce na satysfakcję z życia

Im więcej słabości udawało mi się pokonać, tym mniejszy ładunek emocjonalny nadawałam kolejnym. To był po prostu kolejny lęk do przełamania. Jeden z wielu niechcemisiów do stłamszenia i przekierowania energii na pożyteczne rzeczy. Trudność, z którą poradzę sobie jak z wieloma przed nią. Albo poradzę sobie z tym, że z nią sobie nie poradziłam.

A jak coś totalnie nie wyjdzie, to trudno, najprawdopodobniej i tak przeżyję, i jakoś będę musiała sobie z tym poradzić. Może wyjdę trochę bardziej potłuczona, ale zawsze można się pocieszyć, że to jak z japońską sztuką kintsugi – rozbita ceramika jest scalana złotem i zyskuje na wartości.

Tak, tak – dobrze kombinujesz droga czytelniczko. To jest ten moment, w którym zamierzam podzielić się z Tobą prawdziwą eureką! Gotowa na przełom?

CO CIĘ NIE ZABIJE, TO CIĘ WZMOCNI, CARPE CURDE DIEM, PO ZIMIE BĘDZIE WIOSNA!

Najbardziej oczywiste oczywistości, które przynoszą bardzo nieoczywiste rezultaty, gdy się do nich przekonamy. Zdjęłam z siebie obowiązek utrudniania sobie życia. Odbudowałam zaufanie do siebie. Do losu też, podążając za moim mężem w myśl zasady „Co ma być, to będzie, a co by nie było – to jakoś to będzie”.

Koniec końców zawsze jakoś jest. A skoro akurat nie jest przefatalnie, to już jest prawie bardzo dobrze, a nawet jeśli nie, to warto coś dobrego z tego wszystkiego wyłuskać. Spróbować zapracować na to, żeby było lepiej.

I naprawdę było. To był najlepszy rok w moim życiu i zdecydowanie najbardziej przeżyty rok! Wdzięczność za coraz lepszy stan zdrowia, praktykowanie uważności, docenianie tego, co mam przy jednoczesnym działaniu na rzecz kolejnych satysfakcjonujących momentów okazały się być moim sposobem na szczęśliwą codzienność.

Powspominałam sobie najmilsze momenty.

Szanowny 2019 roku, będę Cię dobrze wspominać!

Spotkania z przyjaciółmi i bliskimi. Przepyszne jedzenie! Mnóstwo pysznego jedzenia! Satysfakcja z dobrze wykonanej roboty. Wdzięczność, gdy ktoś tę pracę docenił, komuś się przydała, ktoś zrobił z niej dobry użytek (to mnie napędza do działania, jak nic innego). Zabawa z kotami. Świetne szkolenia! Odosobnienia medytacyjne. Przeczytane książki, obejrzane filmy. Randki. Treningi. Spacery. Byczenie się w hamaku. Roślinki mi pięknie rosły! Piłam dobre wino. Szalałam na festiwalu audioriver. Zrobiłam tatuaż! Pierwszy raz przespałam całą noc sama w domu! Wyjechałam sama na weekend! Odgruzowałam zaniedbane znajomości. Kilka razy poszłam na masaż bez poczucia, że pieniądze wydane na moją przyjemność są zmarnowane (to dla mnie nowe uczucie). Wydałam produkty, które ułatwiają kobietom odchudzanie.

Co rano, przez ostatnie pół roku, cieszyłam się, że wstaję z łóżka bez słonia siedzącego mi na klatce piersiowej.

Fajny Weekend z kursantkami

Fajny Weekend – wyjazd z moimi kursantkami, które okazały się przefantastycznymi, mądrymi i inspirującymi babkami. Bawiłyśmy się rewelacyjnie i wszystkie dużo się nauczyłyśmy. Powtarzamy spotkanie w maju!

Gdy organizowałam ten weekend ciągle myślałam w kategoriach „wyjazd dla kursantek”. Później okazało się, że to był wyjazd dla mnie! Gdy zaczynam sobie wrzucać do głowy ten klasyczny szit, że jestem nudna, nie umiem pisać i dupa ze mnie wołowa a nie dietetyk, to przypominam sobie, że TE dziewczyny są innego zdania. A to nie jest byle jaka recenzja!

Cudowne podróże, w które mieliśmy nie pojechać, ale się udało!

Przygotowujemy się do przeprowadzki, więc nie spodziewaliśmy się ani nadmiaru czasu, ani kasy na podróże. Ale ochotę mieliśmy ogromną! I gdy z moim zdrowiem było coraz lepiej, zaczęłam kombinować, jakby tu jednak gdzieś się wyrwać.

Mieliśmy środki do wydania na noclegi w airbnb (z systemu poleceń – zbieram to od lat, jak ktoś rejestruje się z mojego linka, to na pierwszą rezerwację dostaje aż 100 zł zniżki, a ja 50 zł za polecenie). Link działa na 100%, wielu moich czytelników już skorzystało, więc sporo się uzbierało.

Do tego skyscanner jako strona startowa, elastyczność czasowa i możliwość zabrania ze sobą pracy sprawiły, że udało nam się odwiedzieć piękne miejsca!

Ostatni kwartał był dla nas największym zaskoczeniem. Sprzedaż szła lepiej, niż się spodziewaliśmy, udało się odłożyć pieniądze, trzeba było zorganizować jeszcze tylko czas. Nie chcieliśmy rezygnować z premiery nowej Diety LidlowejJadłospisu z Biedry 3 stycznia, ale z pomocą kochanej współpracowniczki Ewy, dzięki rezygnacji z dwóch wariantów diet i maksymalnemu spięciu pośladków prace nad III edycją diet trwały o 3 tygodnie krócej niż zazwyczaj. 4.12. siedzieliśmy w samolocie do Tajlandii!

Wyspy Kanaryjskie i Barcelona
Kraków
Amsterdam
Rzym
Egipt
Tajlandia

2019, 2020 i każdy kolejny składa się z wielu małych teraz

Nie życzę sobie, żeby 2020 był lepszy czy nawet tak samo dobry. Życzę sobie, bym pamiętała, że przeszłość już była, przyszłość jeszcze się nie wydarzyła, a jedyne, czego tak naprawdę mogę być pewna, to teraz. Ten moment, który właśnie trwa, jedyny, w którym czuję i doświadczam. Tego nie da zrobić się nigdzie indziej! A gdy „być – gdziekolwiek jesteś” stało się moim celem, okazało się, że rzadko istnieje potrzeba kreowania dokładnej wizji przyszłości i naiwnej wiary, że tylko nasze oczekiwania mają na nią wpływ. Są przecież jeszcze nasze niechcemisie, bieżączka, inni ludzie i los.

Trochę zbyt dużo zmiennych, żeby łudzić się, że możemy wszystko przewidzieć, na wszystko się przygotować, zabezpieczyć.

Mam wizję 2020 roku w zakresie rzeczy zależnych ode mnie. Mam konkretny plan rozwoju Dr Lifestyle (nigdy nie widziałam w tym więcej sensu, niż teraz!). Wybrałam szkolenia, które zrobię i określiłam rzeczy, których się nauczę. Będę jeść i trenować w zgodzie ze zdrowym podejściem do zdrowego stylu życia (i napiszę o nim darmowego ebooka!). Będę robić rzeczy, które dawały dużo radości i satysfakcji w 2019 roku.

Ale dokąd to zaprowadzi? Jak będzie wyglądał mój 31 grudnia za rok? Nie wiem. I wreszcie (!) nie potrzebuję tak panicznie tego wiedzieć. Będę robić swoje, a życie będzie się wydarzać. Zobaczymy, co powstanie z tej mieszanki.

Sylwestrowy dzień postanowiłam spędzić w miły sposób. Zrobiłam dziś sobie wolne. Właśnie kończę wpis, który czytasz. Zaraz napiję się kawy z mężem i kotami (na kolanach pewnie nie, za to w filiżance prawie na pewno). Później podleję 20 moich roślin. Na spacerze odsłucham po raz kolejny wykład Brene Brown – „Odwagi!”. Przeczytam kilka stron „Biegnącej z wilkami. Przygotuję sylwestrową kolacjo-posiadówkę dla przyjaciół.

Postaram się, żeby było fajnie. I wcale nie dlatego, że jaki Sylwester, taki cały rok.

Jaki każdy jeden dzień, taki cały rok.