Właśnie tak (nie)wygląda nasza codzienność.

Leżymy na przeciwległych krańcach Kanapy. Figa pluszyfikuje Łukasza, mruk Kroki leżącej na moim brzuchu rozlewa się po całym ciele. Każde z nas trzyma na kolanach laptopa. I stukamy w klawiaturę jak szaleni. Każde zajęte swoimi myślami, które krążą wokół wspólnego tematu. Czyli nas. Bo skoro tak się kochamy, to trzeba o tę miłość dbać, zamiast powoli przyglądać się jak w brutalny sposób pokonuje ją codzienność.

Listy małżeńskie

Alealealeale, ale jakie listy? Zakupów? Zadań? Spraw do załatwienia? Telefonów do wykonania?

Ano nie. Listy, w których dajemy sobie przestrzeń na podziękowanie drugiej osobie, własny rachunek sumienia i przeprosiny (jeśli wcześniej postanowiliśmy głupkowato zakopać problemem dla świętego spokoju, zamiast go przepracować). Listy, w których prosimy. Mówimy o naszych potrzebach, podsuwamy konkretne sugestie, które druga osoba może wykorzystać, gdy zechce nam zrobić przyjemność.

 List ma poruszać co najmniej te zagadnienia:

  1. Za co sobie dziękujemy
  2. Za co przepraszamy
  3. O co prosimy

Nie ma nic za darmo. Miłości też nie.

Na miłość trzeba sobie zrobić przestrzeń i czas. Jeśli będzie po prostu tłem wspólnej codzienności, to nie ma siły, żebyście znowu zaczęłi ją widzieć i czuć z dawną mocą, jak wtedy, gdybyła dla Was naprawdę ważna.

U nas sprawa jest o tyle skomplikowana, że oboje pracujemy w domu (choć dom to słowo nieco na wyrost, bo mówimy o 35-metrowym mieszkanku, które oczywiście należy do naszych dwóch kotów, a my w nim tylko sprzątamy). Chodzimy razem na treningi. Mamy wspólnych znajomych. Myślę, że nie przesadzę pisząc, że spędzamy razem 95% czasu. (Łukasz sugeruje poprawić na 97%, co pewnie powinno dać mi do myślenia i nieco ograniczyć mój niesłabnący zapęd do szukania kolejnych wspólnych aktywności).

To jest bardzo zwykła codzienność.

Taka, w której zdarza nam się mieć taki burdel w mieszkaniu, że trzeba sobie torować drogę stopą, żeby dotrzeć z pumktu A do B. A musicie wiedzieć, że w naszym mieszkanku te punkty oddalone są o najwyżej 3 metry ;).

W której ja przy obiedzie w nowej, pięknej restauracji mówię: „Dziękuję kochanie za tę piękną randkę”, a mój uroczy mąż odpowiada tylko: „Ale ja tu na rybę przyszedłem”.

W której zdarza mi się drzeć japę tylko dlatego, że jest jedynym człowiekiem pod ręką (i chwilę po tym uswiadamiać sobie, że skoro nie potraktowałabym w podobny sposób żadnego innego człowieka, to jestem zdrowo popierdolona, robiąc to miłości mojego życia).

W której mam okazję nasycić się wysublimowanym komplementami w postaci: ooooooo kocieeeeeee, zarysował Ci się tutaj mięsień, a wcześniej była w tym miejscu tylko klucha.

W której czasami oglądam Łukasza w dresie i wymiętolonej bluzce kilka dni pod rząd. Ta sama codzienność, w której Łukasz widzi moje wory pod oczami, tłusste włosy i pryszcze, bo znowu nażarłam się sera.

Na pizzy.

Ale na naszą codzienność składają się też dni takie, jak dziś. Chwilę temu wymieniliśmy się naszymi listami. Pełnymi słodkich słów okraszonych goryczkową prawdą.

Nie „jutro” nie „na urlopie” nie „na rocznicę”

Wszyscy chcielibyśmy mieć udane związki, ale nie wszystkim chce się na to zapracować. Dokładnie tak, jak z odchudzaniem. Możemy odbijać się od specjalisty do specjalisty, wydawać kupę kasy na badania, kupować kolejne diety, dołączyć do 50 grup o odchudzaniu, ale dopóki nie pójdzie za tą decyzją zaangażowanie, dopóty nie uzyskasz satysfakcji z efektów.

Chcesz mieć dobry związek o solidnych podstawach, które pomogą Wam przetrwać razem nawet najgorsze rozpierduchy?

To sobie na niego zapracuj,

Nie jutro, nie jak się uspokoi w pracy, nie jak dzieci pojadą do dziadków.

wschod slonca na dominikanie

No idźże kobito do tego swojego misia, a Ty szanowny misiu do swej kotki i powiedzcie sobie coś miłego, a później spalcie łaskawie trochę kalorii, produkując wspólne endorfiny ;).

Teoretycznie nigdy nie jest za późno. Ale lepiej nie ryzykować – zacznij teraz. A jak Ci się nie chce, to przypomnij sobie, że co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. Za główną przyczynę GUS podaje „niezgodność charakterów”.

Patrząc na statystyki bylibyśmy z Łukaszem idealnymi kandydatami do grona 30% polskich małżeństw. Rozwiedzionych.

Jesteśmy totalnie różni.

Łukasz to oaza spokoju. Ja? Krążąca nad nim rozpierducha.

Jestem powsinogą i najchętniej byłabym w podróży cały czas. Łukasz lubi posiedzieć w domu.

Ja gaduła. On słuchacz.

Łukasz jest dojrzałym, ugruntowanym człowiekiem, który zna siebie, swoje potrzeby, swoje możliwości, swoje poglądy. Ja ciągle próbuję siebie poznać i zrozumieć – w terapii, medytacji, lekturze książek, praktyce ważności.

Nasze głowy funkcjonują na dwa skrajnie różne sposób. Mój mózg to jeden wielki zbiornik na myśli o wszystkim (co najgorsze – w większości wypełniony tym, co prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy). Mózg Łukasza jest uporządkowany jak narzędzia w garażu jego taty – każdy obszar życia ma swoje miejsce, a w jednej chwili korzysta się tylko z tego jednego małego pudełeczka. Dlatego Łukasz potrafi być w pełni skupiony i oddany pracy, a ja nagle orientuję się, że prawie kupiłam last minute do Turcji. BO KOCHANIE ONO JEST ZA 700 ZŁ OLYNKLUZIW.

Jestem bojnądupą, a on najodważniejszym człowiekiem jakiego znam – bo żyje w 100% w zgodzie ze sobą, z pełną akceptacją swoich wad i zalet, kieruje się własnym systemem wartości w tym dziwnym świecie, a to wszystko jest dla mnie pięknym przejawem odwagi.

Imponuje mi swoją odwagą i pewnością, dzięki którym nie musi niczego nikomu udowadniać, ani też nie próbuje spełniać niczyich oczekiwań.

Odwaga do życia po swojemu to coś, czego najbardziej chciałabym się od niego nauczyć. I właśnie to jest piękne w różnicach – pozwalają nam się rozwijać. A że niektóre wkurzają? Normalna sprawa. Wady i zalety, negatywne i pozytywne strony prawie zawsze wynikają z tych samych cech:

  • żona jest pewna siebie i zaradna? Zagnie każdą Panią w urzędzie, ale Ciebie w kłótni też.
  • masz za męża rasowego imprezowicza? Na weselu się wytańczysz, ale kilka razy w roku będziesz czekać do rana, bo o 3:00 przestał odbierać telefony.
  • [TU DOPISEK ŁUKASZA:] żona dobrze gotuje? Będziesz jadł smacznie, ale przytyjesz. Warto!
  • jest zaradny, przedsiębiorczy, oddany pracy? Zapewni rodzinie bezpieczeństwo finansowe, ale nie zapewni swojej obecności
  • spontaniczny, otwarty, lubiący przygody? W piątek po pracy odbierze Cię swoim motocyklem i pojedziecie pod namiot, ale we wszystkie pozostałe dni tygodnia będzie spędzać więcej czasu w garażu z motorem, niż z Tobą w sypialni

I jako że ten wpis bardziej banalny być już nie może, dodam tylko:

NIE MA IDEAŁÓW.

A większość z nas zachowuje się, jakby jednak miała nadzieję, że jednak są. To duże ryzyko, bo ideały są z reguły niedoścignione i może być trudno cieszyć się wspólną drogą, gdy cel będzie tak cholernie niedostępny, odległy i różny od tego, co macie tu i teraz.

Miłość to decyzja podejmowana każdego dnia

Nie znam recepty na udany związek, ale filary mojego to:

  • bezwarunkowa miłość – kocham go tak samo w koszuli, jak i w tym wstrętnym, szarym dresie, który z automatu przekierowuje moje namiętne myśli w wyobrażenia na temat domniemanych pieluchomajtek w rozciągniętym, mężowym kroczu. Tak, jak on kochał mnie wtedy, gdy byłam w depresji i wówczas jego miłość musiała wystarczyć za nas dwoje
  • rozwiązywanie poważnych problemów na bieżąco, nawet jeśli siedzimy na łóżku od 4h i ryczymy z bezsilności, bo wydaje nam się, że nigdy tego nie wyjaśnimy. A wystarczy tylko posiedzieć odpowiednio długo 😉
  • nie odpuszczamy – na bank to znacie. No nie ma opcji że nie! Otóż: „O CO CI CHODZI?” o nic. „A CO SIĘ STAŁO” nic. Za tym niczym zawsze stoi jakieś coś, które warto sprawdzić. Choćby po to, żeby w ramach przeprosin mąż mógł otworzyć wino do jajecznicy, którą zrobił na śniadanie, a żona paradować po domu w szpilkach i ulubionej bieliźnie (w jego ulubionej, a nie w tych uciskowych galotach podsuniętych pod sam cyc)
  • szacunek dla drugiej osoby – szanujemy swoje potrzeby, szanujemy swoje emocje, szanujemy swoje wybory, szanujemy prywatną przestrzeń, szanujemy się nawzajem nawet gdy się nie zgadzamy
  • umilacze codzienności – czasami gotuję trzydaniową kolację, przez 2 godziny czytam o pairningu win do kunsztownych dań i choć później okazuje się, że dania były kunsztowne jedynie na blogu kulinarnym, to na moim talerzu zdecydowanie nie, a czasami to on robi swoje popisowe danie – w dużym eleganckim talerzu z szerokim rantem zalewa wrzątkiem dwie zupki chińskie; chodzimy na spacery, wieczorami słuchamy muzyki, zapalamy w domu świece, czytamy razem książki, wciągamy filmy i seriale, oglądamy wspólne zdjęcia, podróżujemy albo planujemy podróże (no dobra, to jest tylko mój umilacz, Łukasz szczerze tego nie znosi, a ja sama nie wiem dlaczego nadal się nie poddałam, skoro po 8 latach małż nadal nie słucha nawet połowy mojego pitolenia)
  • pomagamy sobie – czasami bardzo wprost, gdy po raz 124 w tym tygodniu jojczę do Łukasza „MIIIISIUUUUUUUUUUUKUUUUUUUURWA ZNOWU NIE DZIAŁA!”, a on podchodzi do komputera, patrzy na niego wzrokiem mówiącym „jestem informatykiem, masz działać” i nagle nawet nie mogę pokazać mu co nie działa, bo przecież już działa. Bywa, że aby pomóc, trzeba urabiać drugą stronę długimi miesiącami, jak np. wtedy, gdy cierpiałam na bezsenność, ataki paniki, dramatyczne migreny, nadciśnienie, silne stany lękowe uniemożliwiające funkcjonowanie w „normalnym świecie”… A urabiać musiał bardzo długo, gdyż chciałam odwlec jak najdalej perspektywę wizyty u psychiatry. Bałam się, że okażę się wariatką. Poważnie. Wydawało mi się, że muszę to jakoś ogarnąć sama, bo nie dam się położyć na kilka tygodni do szpitala psychiatrycznego, w którym zatracę resztki normalności. Myślałam, że tak kończy się wizyta u psychiatry i Zdiagnozowanie Czegoś Na Pewno Bardzo Przesranego. Mąż nie poddał się w walce o mnie, wziął za rękę i zaprowadził do lekarza, od którego dostałam jedne z najbardziej wyzwalających zdań na świecie: PAAAANI, TAKICH JAK PANI, TO JA MAM TU 10 DZIENNIE.
  • mamy równie dużo codziennych obowiązków – oboje sprzątamy w domu, oboje robimy pranie, oboje zmywamy, oboje nie prasujemy, oboje podlewamy kwiatki, oboje nie polerujemy armatury i nie myjemy podłóg częściej niż raz w miesiącu, oboje wymieniamy kuwety (ale jak Figa naszczała do Mojej Sabriny Pilewicz, to sprzątał Łukasz, bo ja nie mogłam – jak sprzątać z serem złamanym przez ukochaną kotkę?! Oboje gotujemy, oboje zarabiamy. To dla nas normalna sprawa, bo pochodzimy z domów, w którym mężczyzna się mopa nie boi, a kobieta pomalować ścianę potrafi (co prawda moja mama malując Szkolę Podstawową, w której była dyrektorką, spadła z drabiny i złamała sobie obie nogi. Ale ścianę pomalowała.
  • bliskość – dużo dotyku rozdawanego w przelocie, tulenie się przy porannej kawie, pocałunki, chodzenie za rękę (z dumą godną Naczelnej Pary Szkoły, która jako pierwsza odważyła się chodzić po głównym korytarzu za rękę) i wszystkie inne przejawy całodniowej gry wstępnej, dzięki której głowa nie boli, a konar płonie

Miłość się robi. Więc działaj!

Opisałam nasze sposoby dbania o związek, które mogą totalnie nie sprawdzić się u żadnego z Was. Bo to jest właśnie w związkach fajne, że ich filary i reguły można ustalić między sobą.

Ja już opowiedziałam naszą historię, a teraz Wasza kolej. Piękne Panie, Przystojni Panowie – napiszcie proszę w komentarzu co najmniej jedną metodę dbania o związek, którą lubicie lub którą chcielibyście przetestować.

Jak mówi nasza kochana Babcia Czesia:

KOCHAJCIE SIĘ, KOCHAJCIE, NAPRAWDĘ SIĘ KOCHAJCIE, TO BĘDZIE DOBRZE.

JAK JEST MIŁOŚĆ, TO JEST WSZYSTKO,

JAK NIE MA MIŁOŚCI TO NIC NIE MA.

PODPISANONO – Babcia Czesia, która kochała jednego mężczyznę przez blisko 60 lat swojego życia i kocha go nadal, choć już od roku nie istnieją w tych samych wymiarach.