Nie jestem numerem – rozwinięcie rozmowy z Pytania na śniadanie

pytanie na sniadanie drlifestyle rozmiar

Wysyłasz zdjęcie do prywatnej grupy znajomych. Przypadkiem staje się dostępne dla wszystkich: dla Twojego szefa, rodziców, dzieci, byłych facetów i byłych kobiet byłych facetów, koleżanek z podstawówki, Pani ze spożywczaka i zaprzyjaźnionej krawcowej. Czy wszyscy załapaliby kontekst, wyczuli sarkazm i zauważyli drugie dno (lub sedno) publikacji?

Niekoniecznie.

Coś takiego spotkało mnie, kiedy 5 milionów 700 tysięcy osób zobaczyło zdjęcie na fanpage Dr Lifestyle. Zdjęcie, które nijak nie wydawało mi się kontrowersyjne.


  • Nagranie rozmowy możecie obejrzeć TUTAJ.
  • Przyczynę zamieszania, czyli najbardziej kontrowersyjne zdjęcie w mojej karierze (którego kontrowersyjność nie przeszła mi nawet przez myśl w momencie publikacji) możecie zobaczyć na fanpage Dr Lifestyle.
  • Przy okazji zapytam: co sądzicie o rozszerzeniu nazwy fanpage do “Dr Lifestyle – blog dietetyka”? W żaden sposób nie wpłynie to na publikowane treści, na blogu nadal będą obecne teksty lajfstajlowe czy o dowolnej innej tematyce, którą aktualnie będę chciała się z Wami podzielić. Dajcie znać co o tym sądzicie – zmiana przyniosłaby więcej szkody czy pożytku? Myślę, że mogłaby bardziej zachęcać nowe osoby do obserwowania fanpage w momencie pierwszego zetknięcia się z nim na FB

Cała sytuacja wydała mi się raczej żenująco śmieszna, co sarkastycznie opisałam pod fotką. Po pierwsze dlatego, że nie tylko się w tych spodniach o rozmiarze 42 nie zmieściłam, ale nie miałabym szansy zrobić tego nawet w rozmiarze 44 – w pasie brakowało dobrych 5 centymetrów.

Po drugie, bo kilkanaście minut wcześniej, robiąc zakupy w innym sklepie, musiałam wracać z przymierzalni po sukienkę w rozmiarze 34 – również znacznie odstającym od mojego standardowego 38. (Kiedyś Wam ją pokażę i nie uwierzycie, że mój prywatny stylista w postaci narzeczonego wpadł na pomysł, bym ubrała ją do telewizji śniadaniowej. Zdecydowanie pomylił kanały i porę nagrań ;).)

No i stoję w tej przymierzalni, patrzę w komicznie wyglądające odbicie w lustrze i przypominam sobie rozmowy z Wami – czytelnikami – i z podopiecznymi, którym pomagam schudnąć i zmienić nawyki żywieniowe. Przypominam sobie te frustracje, żal i złość, kiedy w trakcie odchudzania, robiąc pierwsze sylwetkowe postępy idziecie na zakupy i co? I pstro. I okazuje się, że albo trzeba sięgnąć po większy (niż spodziewany) rozmiar, albo… Brakuje skali. Motywacja spada, pojawia się pretekst do kreowania kompleksów (które wcześniej nie przychodziły do głowy), a samoocena jest mocno zagrożona.

Jasne, że budowę wysokiej samooceny i pewności siebie należy załatwiać inaczej, niż przez walkę o zmianę numerków na metce. Ale jeśli ktoś jest dopiero w trakcie tego procesu, małymi krokami zaczyna zmieniać swój styl życia (i często też sposób postrzergania siebie i sylwetki), to takie sytuacje mogą po prostu zaboleć i powodować niepotrzebną złość, stres i zwątpienie w sens podejmowanych działań.

No i na to się nie zgadzam. Zrobiłam pamiątkowe zdjęcie w za małych dżinsach (uff, dobrze że wyjątkowo miałam skarpetki do pary!), wróciłam do domu, skonsultowałam fotkę z Łukaszem (on odradził publikację “bo nuda”, a jako przekorna zołza zrobiłam po swojemu) w 3 minuty napisałam posta.

drlifestyle rozmiar

Autentyk – będąc grubsza (jak na zdjęciu po lewej), niż teraz, kupiłam spodenki w rozmiarze 38. Te po prawej pasują na mnie dziś, mają rozmiar 40. 

Wysyłałam (w moim mniemaniu) jasny przekaz: dziewczyny, to nie z Wami jest coś nie tak – jak zauważyłam na własnym przykładzie fakt niezmieszczenia się w spodnie nie musi mieć nic wspólnego ze zmieniającą się wagą czy obwodami, a winna wszystkiemu jest nieustandaryzowana, totalnie nieprzewidywalna rozmiarówka. Opublikowałam wpis i… Poszłam na trening. No dobra przyznam się – na kijki! Na nordic walking, zwany przez nas pieszczotliwie walking dead. Ku mojemu zaskoczeniu ta aktywność ma szansę wejść na stałe do mojego planu treningowego w dni bez treningu siłowego (trenuję 4 razy w tygodniu).

Poszłam na 7 kilometrów z hakiem. Wróciłam. Padłam z wrażenia. Od tamtego wieczoru wpis skomentowało i udostępniło kilka tysięcy osób, a prawie 100 000 ludzi zostawiło pod nim lajka. Krążył po zakątkach Internetu, a komentowali go chyba nawet Ci ludzie z jego najczarniejszych odmętów. Nie martw się, komentarzy nie czytałam i nie zamierzam – za bardzo cenię sobie spokój ducha, a osoby zostawiające komentarze na tak niskim poziomie nie należą do mojej wymarzonej grupy odbiorców, szkoda byłoby się przejmować. Wolę zadbać o tych, na których mi zależy.

Choć wydawało mi się, że jedynie rzucam kamyk, to spadła lawina. Zamieszanie skończyło się na kanapie w Pytaniu na śniadanie, a dzisiejszy wpis ma być rozwinięciem moich wypowiedzi z programu. Cieszę się, że miałam okazję poruszyć temat na łamach telewizji, bo to szansa na dotarcie do osób, które Internet znają tylko z opowiadań dzieci i wnucząt. Jednak żałuję, że tak ważny temat został tak spłycony – cóż, uroki telewizji śniadaniowej.

Cóż, od czego jest blog ;). Podzielę się z Wami refleksjami, które naszły mnie w związku z aferką i przygotowaniami do rozmowy w PnŚ.

Vanity sizing, czyli ubrania tyjące wraz ze społeczeństwem

Liczby pokazują tendencję “vanity sizing”, czyli rozmiar rosnący wraz ze społeczeństwem – według tabel porównujących wymiary ubrań na przestrzeni dekad, dzisiejsza EMKA jest większa, niż EMKA sprzed kikludziesięciu lat. Te zmiany zachodzodzą proporcjonalnie do zmian sylwetki “statystycznej kobiety” i “statystycznego faceta”. A musicie wiedzieć, że jeszcze w 2004 roku tylko około 14% Polek miało nadwagę, podczas gdy dziesięć lat później, nadwaga dotyczyła blisko 30% naszych kobiet (Źródło: Raport Nadwaga i otyłość w Polsce, marzec 2017).

Fakty są bezlitosne i pokazują, że dzisiejsza rozmiarówka jest dostosowana do łechtania ego i poprawiania nastroju. Liczby pokazują klarowną tendencję: dawniejsza eska była jeszcze mniejsza, niż dzisiejsze.

Pozostaje jednak pytanie: która emka zostałaby dziś uznana za normę?

Rozmiarowe eldorado, a samoocena

Sedno problemu nie leży w zaniżonej czy zawyżonej rozmiarówce – jest nim niestałość i brak standaryzacji rozmiarówki. Nie oczekuję cudów i toleruję różnice w zależności od sklepu – nie sposób wymusić na producentach utrudnianie sobie życia (i  prowadzenia  biznesu) w postaci zatrudnienia bardziej precyzyjnych konstruktorów, którzy zadbają o to, by spełniać wyśrubowane normy.

Ale nie dbają. I osoba, która nie zdaje sobie z tego sprawy, może traktować “niezmieszczenie się w swój rozmiar” jako jasny przekaz: “przytyłaś”. Owszem, bardzo często problemowi nie są winne sklepy, a burger popity piwem i zagryziony pizzą. Nie zmienia to faktu, że zjawisko istnieje i jest negatywnie postrzegane przez wiele kobiet (i facetów!).

Czy warto się tym przejmować?

Należy rozgraniczyć dwie rzeczy: oczywiście rozmiar to tylko liczba i tak samo jak na przyklad waga* nie definiuje wyglądu sylwetki. Nie warto się nim przejmować i czynić go podstawą kompleksów. Zdecydowanie należy promować inne metody budowania poczucia włąsnej wartości i samoakceptacji, niż definiowanie się przez pryzmat metki.

Nie możemy jednak obwiniać sieciówek o falę anoreksji a projektantów mody o wybieranie skrajnie szczupłych modelek do swoich pokazów. Większa część winy leży po stronie rodziców, którzy nie zadbali o to, by córka znała swoją wartość i była pewna siebie niezależnie od bodźców zewnętrznych. Winna jest szkoła, która uczy o tym, jakie kolumny stawiało się przed kilkoma tysiącami lat w Grecji, ale nie uczy o tym, jak budować samoocene. Winni jesteśmy my. Zawsze wtedy, gdy piszemy komuś złośliwy komentarz w Internecie, krytykujemy na ulice, rzucamy wredne spojrzenie lub złośliwy przytyk.

ALE!

rozmiarowka sieciowek drlifestyle

Skoro rozmiarowka i tak musi istnieć, to może niech każdy rozmiar ubrania zacznie odnosić się do podstaowywch, określonych wymiarów w stałych punktach? Rozmiar nie powinien definiować sylwetki, ale to sylwetki powinny definiować rozmiar!

Fajnie byłoby brać z wieszaka dwie pary spodni, zamiast pięciu. Wystarczyłoby, że określony wymiar stanowiłby punkt wyjścia do tworzenia dalszej konstrukcji ubrania.

Bluzka ma być luźna? Okej, względem wymiaru XYZ w punkcie A.
Dżinsy będą miały więcej elastanu? Okej, sprawdźmy na ile się rozciągają i na jaki obwód bioder będą pasować po przymierzeniu.
Różne fasony, długości, mniej lub bardziej dopasowane – świetnie, że istnieją! Ale fajnie byłoby (szczególnie dla osób robiących zakupy przez Internet) gdyby informacja z metki choć trochę odnosiła się do tego, jak jest zbudowana osoba, która zazwyczaj kupuje ubranie określonego rozmiaru w tym samym sklepie.

I nie robi tego, żeby poprawić sobie humor. Robi to, bo chce kupić sobie dobrze dopasowane spodnie! Koniec historii. Nie róbmy z kobiet “sfrustrowanych feministek”, nie karmmy próżności wciskająć się w mniejszy rozmiar. Niech rozmiar będzie sobie duży lub mały. Niech będzie ich nawet mnóstwo, od zera do setki! Ale jeśli będę miała 98 lub 100, to chciałabym nie musieć grzebać między wieszakami w poszukiwaniu 72.

To dobrze że rozmiarówka jest szeroka i mamy z czego wybierać, bo zarówno bardzo szczupłe osoby, jak i osoby z nadwagą powinny mieć dostęp do modnych, ładnych ubrań niekoneicznie pochodzących ze spcjalistycznych sklepów. Czy kolekcji “Plus size”.

*Przeczytaj artykuł – 4 powody, dla których powinnaś wyrzucić wagę od zaraz!

Gdzie zaczyna się plus size?

Czasami sam fakt kwalifikowania ubrań do grupy “plus size” wydaje się być mocno odrealniony, bo gdy kampanie “pokochaj swoje kształty” reklamuje szczupła nastolatka, to zaczynam mieć wątplwiości co do intencji kreatorów pomysłu. Używanie w jednym zdaniu zestawieniu słów “modelka plus size” i “nosi rozmiar 40” również wydają mi się nie do końca trafione.

Nie ma żadnej Rady do Spraw Elastyczności Dżinsów Względem Obwodu Bioder Nosicielek. Marka kwalifikuje odbiorcę jako “Plus size” według własnych standardów.

Nie mam doświadczenia z kupowaniem ubrań z tych kolekcji, ale jeśli Ty wiesz coś na ten temat i umiesz ocenić na ile rozmiarówka “plus size” pomaga osobom niemogącym znaleźć dla siebie ubrań w sieciówkach, daj znać w komentarzu!

Nie jestem numerem!

nie jestem numerem

Akcja dziewczyn z mojej grupy na Facebooku wzruszyła mnie do łez, rozłożyła na łopatki i była najlepszą nagrodą za całe to zamieszanie. Dziękuję!

Przy okazji całej aferki, która wybuchła wokół za ciasnych spodni, warto przypomnieć sobie o jednej rzeczy: NIE JESTEŚ NUMEREM.

Waga nie określa Twoich postępów w odchudzaniu. Rozmiar na metce nie jest adekwatny do tego jak wyglądasz. Zmieniające się obwody pokazują tylko tendencję, ale nie są wyznacznikiem sukcesu. Liczba fałdek na brzuchu nie zawsze jest wprost proporcjonalna do liczby kawałków pizzy zjadanych co miesiąc.

Nie spłycajmy zdrowego odżywiania i aktywności fizycznej do poziomu sposobu na osiągnięcie szczupłej sylwetki! No przecież szlag może trafić! Lista korzyści z prowadzenia zdrowszego stylu życia jest znacznie dłuższa. Dla mnie wygląd nie jest nawet w pierwszej trójce. Zyskałam lepsze samopoczucie, więcej sił do działania na co dzień, diametralnie poprawiłam wyniki badań, czuję się bardziej wypoczęta, pożegnałam ciągły ból brzucha i nieprzewidywalne reakcje organizmu na to co jadam, mam więcej wiary w siebie – nie przez wygląd, a przez wierność własnym postanowieniom.

Czy naprawdę nam wszystkim musi chodzić tylko o sczuplejszą sylwetkę? Najlepiej spełniającą najmodniejsze instagramowe kanony?

No chyba ktoś robi sobie z nas jaja. Ale my się nie damy :)!

Domyślam się, że Ciebie ostatnie zamieszanie również mogło skłonić do refleksji i przemyśleń. Będę wdzięczna, jeśli podzielisz się nimi z nami w komentarzu – skorzystam nie tylko ja, ale też inne Dziewczyny, dla których ten problem nie jest obcy. Jakie są Twoje doświadczenia? Co poradziłabyś dziewczynom poświęcających dużo uwagi rozmiarom i innym cyferkom określającym wygląd?

Zostaw komentarz

33 komentarze w “Nie jestem numerem – rozwinięcie rozmowy z Pytania na śniadanie

  1. Wilk Syty

    Genialna akcja i świetny (kontrowersyjny) post, z którego powinnaś być dumna. Trzeba poruszać tematy właśnie wtedy, kiedy reszta je bagatelizuje i po prostu boi się o nich mówić. Być może dla jednych to tylko rozmiar na metce, ale gwarantuję, że dla wielu dziewczyn to wyznacznik samopoczucia, własnej wartości czy ,,motywacja” w złym tego słowa znaczeniu. Zdrowie psychiczne jest równie ważne co zdrowie ciała <3

  2. purin

    Tez bylam zdziwiona, ze obok ciebie siedzi modelka plus size. Cale zycie myslalam, ze plus size zaczyna sie od 46 i modelki sa otyle. Tymczasem na filmie dziewczyna nie wyglada jakby miala nadprogramowe kilogramy i rozmiar 40 tez o tym nie swiadczy. Z drugiej strony wkurzylam sie, gdy jakas sieciowka wypuscila linie ubran “curvy”, gdyz bylam przekonana ze to ubrania dla cycatych i biodrzastych a tu chuj – to po prostu ubrania dla otylych nazwane w “elegancki” sposob.

    U mnie rozmiar nie ma znaczenia, raczej jest mi przykro, ze jest tak maly wybor fasonow. Ja majac roznice talia/cyc prawie 30cm i uda 2x wieksze w obwodzie niz lydki nie moge nic na siebie kupic i musze nosic to, co akurat pasuje a nie to, co mi sie podoba. Mimo iz bez problemu wchodzilam w ubrania z czasow mlodosci mojej mamy czy babci. Za granica jest z tym lepiej ale w Polsce jak w lesie :/ Serio zazdroszcze “standardowym” dziewczynom, ktore na luzie kupuja tanie ciuchy w internetach i wszystko im pasuje. ;_;

  3. Gosiak1994

    Przez długi czas miałam lekkie załamania po tym jak wychodziłam ze sklepu prawie we łzach, bo myślałam, że od teraz jestem rozmiarem 44, a przecież jeszcze dwa tygodnie temu było to 38/40. Ale powoli zaczęłam zmieniać swoje podejście. Też za sprawą tej afery utwierdziłam się w przekonaniu, że te numerki na metkach nic nie znaczą. Najważniejsze, że staram się pracować nad swoim zdrowiem i ciałem i to, że lubię siebie i się sobie podobam. Wszyscy wiemy jak to jest z tymi sieciowkami, tego raczej nie zmienimy. Ale możemy powalczyć o zmianę swojego nastawienia i myślenia pozytywnie o swoim ciele i sobie. Kochajmy siebie i róbmy wszystko co dobre dla swojego zdrowia! Buziaki! 🙂

  4. Marta Wilk

    Oj internety się zagotowały! To już 2 akcja z Tobą gdzie nawet pudelek ma coś do powiedzenia :p Ja tam nie będę powielać tysiecznej wypowiedzi na ten temat. Ja Ci kobieto powiem jedno: RÓB TO CO ROBISZ, BĄDŹ JAKĄ JESTEŚ, DZIEL SIĘ ZE ŚWIATEM O SWOICH PRZEMYŚLENIACH. Zmieniasz myślenie osób, które idą przez życie niczym koń z klapkami na oczach.

  5. Anna

    Uważam, że standaryzacją rozmiarów ubrań powinna się zająć administracja UE, przecież to idealny obszar do wprowadzenia jednoznacznych wytycznych;). Z butami jakoś nie ma takiego problemu.

  6. Kosmetolog Marta

    Przede wszystkim to bardzo się cieszę, że w końcu pokazali Cię w telewizji ! Już dawno powinni to zrobić.
    “Wiem, co jem” powinno być Twoje 😉
    Ja do cyferek i rozmiarów dodam jeszcze długość poszczególnych części garderoby, które są chyba szyte na krasnoludki.
    Dobra tam, raz mieszczę się w 38 raz w 44 ale do jasnej anielki, czemu wszystko jest za krótkie ?! Niby długie spodnie, a sięgają do kostek, niby długi rękaw, a u mnie sięga za nadgarstek. O sukienkach, to już nawet nie wspominam, bo co z tego, że na małych cyckach, a szerokich biodrach idealnie się układa, jak ledwo zakrywa tyłek bez możliwości dania kroku.
    Nie wiem kiedy firmy się ockną, że Europejczycy nie są wzrostu Azjatów, i że jednak nam potrzeba trochę więcej materiału tu i ówdzie 🙂
    Pozdrawiam dziewczyny +180 cm, bo na pewno mnie zrozumieją <3

  7. Slomiana Zapalka

    Och to jest temat rzeka. Ja sama interesuję się troszkę szerokopojętą modą i tworzeniem ubrań i niestety moje wnioski są takie, że raczej się nie zanosi, żeby się coś mogło poprawić. Z jednej strony powstają ubrania typu plus size, gdzie niewiadomo kompletnie jaki rozmiar wybierać (a często to nie jest moda, czy trend tylko ograniczenie i przyspieszenie produkcji), to moim zdaniem mega wprowadza w późniejsze nieporozumienia. Do tego te zaniżone albo zawyżone rozmiary. Eh. To w ogóle szkoda gadać. Spoko, że ta aferka przynajmniej na chwilę zwróciła uwagę na problem 🙂
    A już nie wspomnę o czymś takim jak porównywanie się… ja niestety od zawsze miałam kompleksy na punkcie mojego wyglądu (choć przez wiele lat nawet na nadwagę się nie łapałam, ale byłam większa niż koleżanki z klasy, rozmiar większy więc kompleksy gotowe). Najgorsza sytuacja o której mi kiedyś koleżanka opowiadała, która mieszka zagranicą i jak przyjechała do Polski to poszła sobie do butików pooglądać ubrania. Przegląda sobie ubrania, a ekspedientka do niej: “ale w pani rozmiarze nic nie mamy!” I to jest serio prawdziwa historia i jestem w stanie w to uwierzyć. I wygląda, że to kobiety inne kobiety tak źle oceniają i często przez prymat rozmiaru. Szczerze to ja się z takiego klimatu wypisuję! A Tobie Dr Lifestyle super dzięki, że tak otwarcie o tym piszesz 🙂

  8. Marta3003

    Bardzo podoba mi się Twój wpis, to dla mnie strzał w dziesiątkę. Sama bardzo często robię zakupy przez internet i niestety gdyby nie opinie klientek,ostrzegających o zaniżonej lub zawyżonej rozmiarówce, chyba większość ubrań musiałabym odsyłać. Ale niestety ktoś musiał być pierwszy, kto zakupił nietrafiony rozmiar… Gdyby była jedna rozmiarówka w miarę ustandaryzowana z pewnością więcej zakupów dokonywanych byłoby przez internet. Myślę , że w sklepie również, bo zamiast 4 par tych samych spodni, można zabrać do przymierzalni kilka innych ubrań, które być może byśmy kupili. Pozdrawiam i popieram.

  9. Milena

    Jestem już na tym etapie, że przestałam się mieścić w spodnie w sklepach takich jak Orsay, Mohito. Zrozumiałam, że z rozmiarówką jest coś nie tak, gdy uszkodziły mi się zwykłe, czarne spodnie z H&M w rozmiarze 40. W sklepie znalazłam ten model (identyczny!), biorę 40, na wszelki wypadek idę do przymierzalni i spodnie zatrzymały mi się gdzieś powyżej kolan. Musiałam kupić 44. Gdy w kasie zapytałam o co chodzi, usłyszałam że “pewnie pomylili się w szwalni i przyszyli złą metkę”. 44 to był największy rozmiar a i tak są troszkę ciasne w porównaniu do poprzednich 40.

    Co nie zmienia faktu, że i tak jest mi przykro gdy widzę te wszystkie śliczne ubrania, w które nie mam jak się wcisnąć. A na wyprzedaży w Mohito widziałam spodnie w rozmiarze 32 i zastanawiałam się, czy nie trafiłam na jakiś dział dziecięcy.

    W moim przypadku dieta jest, siłownia jest, tarczyca ogarnięta, leki przepisane, wszystko wydaje się zmierzać we właściwym kierunku. A później wracasz z zakupów z poczuciem winy, że i tak jesteś foką, bo w nic się nie zmieściłaś 🙁

  10. Hanna Łamińska

    Rozwala mnie określenie plus size dla kobiety noszącej rozmiar 40…no ale trudno, to tylko nazwa. Kobiety w końcu musze się nauczyć, że nie mogą określać siebie jako człowieka przez pryzmat wyglądu/ rozmiaru. Zdrowy styl życia jest -jak piszesz- metoda na dobre zdrowie i samopoczucie. Ja rozumie, ze we Francji, USA i Polsce 38 będzie inne, bo też innych rozmiarów jest grupa docelowa na danym rynku, ale w PL niech 38 bedzie 38…mam wrazenie, ze problem ten dotyczy sieciowek, gdyz jesli kupuje ubrania polskich producentów, najczesciej rozmiar pasuje ten, który faktycznie nosze.

  11. Olala

    Może przesadzam, ale czasami mam wrażenie, że jeśli jakakolwiek dyskusja dotyczy kobiet i używa się w niej słów “czuje się” “wpływa na samopoczucie” itp. bardzo trudno jest utrzymać ją na merytorycznym poziomie właśnie przez komentarze, które się pojawiają. Wszystko co odczuwamy jest niemal z miejsca kwitowane jako “co za głupoty, to weź sie poczuj inaczej, wyluzuj, nie przesadzaj” i zaraz pomijane jest sedno sprawy, tylko dlatego, że babka powiedziała, że jakoś się z tym czy z tamtym “czuje”.

    Jak dla mnie w tym przekazie ważne było to, że marki odzieżowe nie szanują klienta bo najpierw manipulują rozmiarami po to, żeby jakieś zmierzone odczucia wywołać a później obracają kota ogonem, że rozmiary zależą od kroju i w ogóle po co się przejmować.
    Na postrzeganie własnego ciała wpływa wiele czynników i to jak leżą na nas ubrania, ile czasu potrzebujemy na znalezienie pasującej pary spodni jest jednym znich, nie ważne czy mniej czy bardziej istotnym. Dlatego nie zgadzam się na robienie ze mnie głupka a później podsumowywaniem tego stwierdzeniem, że przesadzam.

    1. Anna

      Ja bym poszła nawet dalej – jeśli rozmiar zależy od kroju, to po co w ogóle go używać. Mamy już one size, oversize, może przyszedł czas na random size. Taki żart;).

  12. Judyta

    Tak sobie myślę, że skoro biustonosze od brafiterki mogą mieć taki sam rozmiar w różnych sklepach, to czemu nie może być tak z ubraniami? Ten temat akurat przetestowałam i byłam ile zaskoczona. Zawsze kupuję staniki w Change, przed ślubem weszłam do Dalii i okazało się, że mam ten sam rozmiar. Nie muszę tracić czasu na mierzenie siebie, przymierzanie kilku staników i denerwowanie się, bo żaden nie leży idealnie.
    Z ubraniami jest inaczej. I o ile z szeroko pojętymi górami jakoś się da to ogarnąć, to doły to już inna para kaloszy. W samym Reserved noszę T-shirty w rozmiarze od S do L, zależy jaka kolekcja. Ale kupno spodenek czy spodni to droga przez mękę. Ostatnio w wymienionym Reserved wzięłam trzy rodzaje w rozmiarach od 40 do 44 i nie weszłam w żadne. I jak się poczułam? Okropnie… Mam świadomość, że przytyłam i mam świadomość, że dwa lata brania antydepresantów zrobiły swoje, ale cieszę się, że jestem zdrowa, a kilogramy w końcu znikną. Jednak nie jest fajne uczucie, że nie możesz w sieciówce kupić spodenek na siebie. Ja to przetrawiłam szybko, po prostu stwierdziłam, że idę do sklepu stricte z dżinsami i koniec. Ale jak ma się czuć nastolatka czy osiemnastolatka, która wchodzi do sklepu dedykowanego dla niej i wychodzi z niczym?
    I co jeszcze ostatnio zaobserwowałam? Jako pole dancerka mam problem z kupieniem gatek na treningi. Jest nisza póki co, a czasem i ceny zwalają z nóg. Wypatrzyłam fajny sklep internetowy, duży wybór wzorów, cena atrakcyjna i co? Ano to, że szyją wszystko w standardowym rozmiarze S. Jakby tym samym mówili, że dziewczyny chodzące na rurę to tylko chude łanie, a odrobinę większe nie mają czego szukać. I to robią osoby, które znają ten sport i się nim zajmują. I to jest mega przykre…

    1. Not me

      Świetne gacie do pole dance są w HM 🙂 tanie, porządne (mam już od prawie 4 lat te same, moje dziewczyny z grupy też), a nasza trenerka mówi że wygodniejsze niż Nike czy Adidas 🙂

    2. Kinga

      Tak samo z butami, jest jedna rozmiarówka i nosząc np. 40 wiesz że szukasz na półkach numeru 40. Wiadomo, są różne fasony butów, niektóre osoby mają szerszą/węższą stopę, długie palce, problemy z halluksami i czasami trzeba wziąć mniejszy/większy numer… Ale to jest różnica w obrębie 1 numeru, a nie 3 czy 4 😀

      Choć nie zapomnę jak miałam problemy z kupieniem zimowym kozaków bo… Nie mogłam ich zasunąć na wysokości łydki. Czasami nawet kostki. Co z tego że stopa wchodziła w moją standardową 40tkę skoro nie mogłam ich zasunąć xD urok “mocnych” nóg. Teraz kupuję kozaki krótsze, nie do kolana, więc mam problem z głowy a raczej nóg 😀

  13. Magda13

    W ubraniach plus size przesadzają z kolei w drugą stronę 🙂 Moja mama nosi rozmiar 46 i zazwyczaj ubiera się w polskich firmach, gdzie pasuje na nią (prawie zawsze) ten rozmiar. Kiedyś postanowiła zamówić sobie trochę ubrań “na co dzień” z linii plus size w Mango, i oczywiście wybrała rozmiar 46. Gdy przyszyły ubrania, mama oniemiała, w większości wyglądała jak w namiocie i wszystko wyminiła na 42. Tym razem ubrania były tylko odrobinę za duże, więc z nią zostały, ale teraz mama zamawia w Mango w rozmiarze 40. Ale serio, 40?? Ja noszę 38 (a w Zarze zdarza się 40), a jestem lżejsza od mojej mamy o co najmniej kilkanaście kilogramów. Czy to ma na celu podniesienie samopoczucia osób tęższych czy zdenerwowanie ich, gdy muszą kilkakrotnie odsyłać ubrania w nietrafionym rozmiarze?

  14. Julia

    Świetny wpis!
    Ostatnio szukając sukienki na wesele koleżanki okazało się że 2/3 stoisk na Ptaku (Rzgów) nie szyje sukienek w rozmiarze 42! Nie uważam żeby ten rozmiar był jakiś ogromny czy coś. Normalna L/XL, a tu klops. Nie rozumiem tego, no ale cóż.. Oczywiście nie jesteśmy numerami ale coś na tyłek założyć trzeba, a jak widać niektórzy uważają że rozmiar 42 jest zbędny a dziewczyny ładne sukienki noszą tylko mieszcząc się w rozmiar 36-38. Smutna rzeczywistość zakupowa ;p

  15. mamuciadieta

    Noszę 36. Ostatnio robiłam zakupy i w jednej z sieciówek w 36 pływałam, 34 było luźne w większości przypadków. To według sklepu powinnam się cieszyć, nie? Może i bym się cieszyła. Gdybym od kilku miesięcy nie starała się usilnie przytyć. Więc naprawdę mnie ten rozmiar zmartwił. I wcale nie dziwię się dziewczynom, które mają w drugą stronę – są podłamane, bo nie mieszczą się w 38 czy 40. Coś, co jeszcze kilka lat temu było standardem i czymś stałym, dzisiaj zmienia się jak chce i bardzo trudno tak nagle przestać definiować siebie poprzez rozmiar.

  16. Ala

    Świetny wpis! Oglądałam PnŚ i rzeczywiście uważam, że temat został potraktowany co najmniej po macoszemu, a Ty nie miałaś okazji ani razu wyczerpująco się wypowiedzieć. Ale tym wpisem jak zwykle udowadniasz, że masz bardzo dobre podejście do tego wszystkiego. Tak trzymaj, jesteś internetowi potrzebna! 😉

    Osobiście obecnie jestem w dość dużym stopniu zadowolona z tego, jak wyglądam – jasne, zawsze mogłoby być lepiej, ale zaczęłam nieco lepiej się odżywiać i trochę ćwiczyć, dzięki czemu naprawdę wyglądam nieźle i tak też się czuję 😉 Dzięki temu nie przejmuję się, że ostatnio dość często byłam zmuszona sięgać po rozmiar L, mimo że z reguły noszą S/M. Ale są też okresy, kiedy gorzej czuję się ze sobą i wtedy taka sytuacja jest powodem naprawdę fatalnego nastroju nawet przez kilka dni. Niby nie jesteśmy numerami, ale nie jesteśmy też swoimi zarobkami, osiągnięciami zawodowymi czy odbiciem w lustrze, a mimo to każda z tych rzeczy w jakiś sposób oddziałuje na naszą pewność siebie. Swoją drogą, ja jestem w miarę szczupłą osobą, ale co mają powiedzieć dziewczyny, które mają lekką nadwagę (albo po prostu większy biust)? Skoro ja mogę być L, to osoba z BMI przy górnej granicy normy będzie pewnie XXL (?), czyli extra extra large = bardzo bardzo duży. Czy to tak powinno wyglądać? Wmawia nam się, że atrakcyjność/norma to 175 cm wzrostu i 50 kg wagi, a wszystkie te z nas, które nie pasują do tego “wzorca” (czyli znakomita większość) to pasztety, sfrustrowane grubaski itp. Co ciekawe, takie myślenie widoczne jest głównie w mediach oraz w szeroko pojętych “internetach”, a w prawdziwym życiu dziewczyny w rozmiarach 38 czy 40 (i większych) nie mogą opędzić się od facetów. Przez takie sytuacje wiele pięknych, zgrabnych i szalenie atrakcyjnych kobiet ma kompleksy i czuje się ze sobą źle, choć otoczenie postrzega je jako piękne, szczupłe i atrakcyjne. Po co to komu?

    Inną sprawą jest kwestia robienia zakupów. Rzeczywiście, zdarzało mi się iść do przymierzalni z trzema egzemplarzami tej samej rzeczy w kilku rozmiarach lub wracać się do wieszaka po numer, którego nigdy wcześniej nie nosiłam (raz większy, a raz mniejszy niż zwykle), co bywa frustrujące i znacznie wydłuża wizytę w sklepie. Jednak najbardziej odczuwam to podczas zakupów w sieci. Ostatnio skorzystałam z wyprzedaży i kupiłam sporo ciuchów, które przyszły do mnie pocztą/kurierem. W baaardzo wielu przypadkach pożałowałam tej decyzji, bo w obrębie jednego sklepu i jednego rozmiaru mogą się zdarzyć zarówno ubrania idealne dla mnie, jak i za duże czy za małe. W efekcie muszę zwracać zakupy i jestem narażana na zupełnie bezsensowne koszty. Pamiętajmy też, że nie każdy mieszka w dużym mieście, a dla dziewczyn z małych miejscowości zakupy przez internet często są jedyną szansą na to, żeby ubrać się tanio i modnie. Faktycznie, rozmiary nie są po to, żeby wpływać na naszą samoocenę, ale na pewno powinny ułatwiać nam życie. Czy byłoby OK, gdyby jeden worek ziemniaków z napisem “1 kg” ważył 0,5 kg, a drugi 2 kg? Nie? No właśnie 😉

  17. Kamila Urbaniak

    Monika definitywnie dodaj blog dietetyka. Piszesz mądrze i warto, żeby było wiadomo, że stoi za tym nie tylko lifestyle i normalny człowiek, ale ktoś z przygotowaniem zawodowym, wykształcenie. Za dużo jest w internecie ekspertów bez przygotowania. Nasza dietetyczna dzialka moim zdaniem powinna się w tym wspierać ☺

  18. maria valaina

    Też miałam podobną sytuację ostatnio na zakupach. Z reguły mieszczę się tak średnio w rozmiary 36-38, a teraz idąc do sklepu nie mogłam się zapiąć zakładając rozmiar 40. Nawet nie chce sobie przypominać mojej paniki jak to zobaczyłam.

  19. Ania Kalemba

    Woooow. Nie miałam pojecia o całej akcji! Dołączam sie ochoczo do protestu bo rzeczywiście rozmiarowki teraz to jakiś dramat. Ale najważniejsze jest to, że my sie NIE DAMY!

  20. muezza

    W mojej szafie mam pełny przekrój rozmiarów – od pojedynczej S do 54 bodajże! To jest dopiero szaleństwo! 😉

    Wiem jednak, że to nie jest kwestia mojej (nad)wagi – która tak btw od jesieni systematycznie jest coraz mniejsza, a ja dzięki temu zdrowsza (ponad 10-12 kilo za mną i duuuużo jeszcze przede mną, zwłaszcza ruchu, o tak), a głównie budowy ciała. Przy staniku 75 J, wąskiej dość talii i biodrach, dupie oraz udach godnych prehistorycznych symboli płodności, czy w wadze ponad 120 kg, obecnych trochę-poniżej-109 kg, czy docelowej, będę miała dokładnie te same problemy – co z tego, że w biodrach dobre, jak w brzuchu druga ja się zmieszczę, a jeśli miałoby być w pasie dobre, to przez uda w życiu nie przejdzie. O cyckach nie wspominam, epopeję bym napisała na ten temat. Właściwie, im mniej będę ważyła, tym większe różnice będą i zakupy będą bardziej męczące.
    To tylko etykietki przy ciuchach, nie znaczą nic, nie zmienią, kim jestem. Ale jest upierdliwe przy zakupach, to fakt. Polecam za to patrzeć na krój i materiał – czasem wprawne oko oceni lepiej niż jakakolwiek metka.

  21. magda

    Monika, jak zawsze w punkt 🙂 Mądrej po szkołach, to miło posłuchać.
    Koniecznie dodaj “blog dietetyka”, w końcu to Twoja praca i pasja.
    Pozdrawiam
    magda

  22. Lisa Lored

    Pytam się was drogie Panie czy jeśli już kupicie sukienkę w rozmiarze 40 i będzie na was wyglądać świentnie to po jaką cholerę (za przeproszeniem) przejmować się tą 40? Przecież jak pójdziecie ja spotkanie do znajomych w owej sukience to nikt wam na metkę nie będzie patrzeć… Jeśli ciuch dobrze leży to raczej każdy będzie nas chwalić że wyglądamy w nim nieziemsko a nie że mamy za duży rozmiar, bo Wiesia, która mieszka piętro niżej mówiła że nosi 36…. Świat już wariuje na punkcie szczupłej, a nawet wręcz kościstej sylwetki…

  23. Gosia Skrajna

    Ja mam w swojej szafie rozmiary od 38 do 44. Fakt że góra u mnie zawsze była rozmiarowo większa niż dół. więc najgorzej było przy zakupie garnituru. Marynarki i spodni jako kompletu. Nie przejmuję się tym, co nie zmienia faktu że wchodząc do przymierzalni, obojętnie jakiej sieciówki biorę czasem 3 pary tej samej bluzki czy spodni.

    Może gdyby widocznym miejscu wisiała tabela rozmiarów adekwatna do danej sieciówki, w każdym jego sklepie, byłoby łatwiej?

  24. Aga

    Przyznam, że trafiłam do Ciebie po tej całej “aferze” i zostałąm na dłużej. Rzadko mi się zdarza, żeby obserwując nowego bloga, chciałoby mi się wertować jego treść od początku. U Ciebie jak zaczęłam przeglądać stare wpisy, to nie mogę skończyć, bo w każdej notce jest coś ciekawego, coś motywującego. Podoba mi się, że wrzucasz informacje o źródłach, badaniach. Nawet podesłałam mojej Mamie Twojego bloga, bo przez kilka lat nie mogłam jej przetłumaczyć, że niejedzenie po 18 to mit.

    Mam 27 lat. Z różnych powodów życiowych i lenistwa zrobiłam sobie rok, czy nawet 1,5 (może nawet 2 lata;p) przerwy od zdrowego stylu życia i sportu. Szczerze nie żałuję tego czasu i tego co się stało z moim ciałem (+10 kg), samopoczuciem (dramat), kondycją (dramat), pewnością siebie (dramat). Dlaczego? Po tym wszystkim tak zatęskniłam za tym co było wcześniej, a jednocześnie zobaczyłam co złego robi taki styl życia (wcześniej przez całe życie jak nie wf, koszykówka, to inne aktywności, może z jedzeniem za dzieciaka nie było idealnie, ale nie jadałam fast foodu bo..nie lubiłam, jak przestałam rosnąć zaczęłam się interesować zdrowym odżywianiem), że wiem, że nigdy więcej z własnej woli do tego nie wrócę. Mam teraz jeszcze większą motywację i wiem, że to mój wybór. Mój świadomy wybór. Bo źle się czułam ze sobą, ze swoim ciałem. Wiem z jakim ciałem czuję się dobrze. Wiem, że lubię założyć czasem coś obcisłego, a nie lubię u siebie wystających boczków :). Wiem, że lubię się czuć lekko. Wiem, że dzięki temu stylowi życia mam więcej sił, mniej się denerwuje i stresuję, jestem pozytywniej nastawiona, wstaje rano z super energią. Mam radochę z treningów i jedzenia (tak niewiele do szczęścia czasem trzeba). Dzięki tej wierności swoim postanowieniem, o której piszesz mam więcej wiary w siebie, ale też i pewności i siły do dalszego działania.

    Niemniej jednak pamiętam jakie osoby kiedyś obserwowałam i czym się inspirowałam. To były raczej fitnesski, kobiety które pretendowały do udziałów w zawodach, czy ćwiczące praktycznie codziennie, trenerki. Bardziej pokazywanie jak fajnie można wyrzeźbić sobie ciało (co też jest osiągnięciem), a nie jakie korzyści daje zdrowy styl życia. Cieszę się, że teraz są takie blogi jak Twój i więcej dziewczyn jak Ty. Twoja filozofia totalnie mi odpowiada, bo chyba sama podobnie zaczęłam myśleć jak dojrzałam do tego świadomego wyboru. A zadbane ciało niech będzie tą wisienką na torcie! 🙂

    Pozdrawiam 🙂

  25. Aga

    p.s. i zdecydowanie jestem za nazwą “Dr Lifestyle – blog dietetyka”. Brzmi super, marketingowo też będzie to dobry ruch, bo faktycznie wiele osób może nie skojarzyć o co biega 🙂

  26. Magda

    Dopiero nadrabiam wpisy 🙂 fajnie że znalazło się kilka słów o akcji i czuję się zaszczycona, że moje zdjęcie też znalazło się na kolażu 🙂
    Myśle, że akcja najlepiej odzwierciedla myśl przewodnią 🙂
    A co do zakupów w sklepach plus size, to miałam okazję uczestniczyć w takich zakupach z mamą, która w sumie oscyluje między 44-48, właśnie w zależności od sieci. Co ciekawe to, co zawsze postrzegałam za zaletę sylwetki mamy, okazało się jej wadą – proporcjonalność. Mama ma tą przyjemność być posiadaczką jakże wymarzonej figury klepsydry. Gdy chudnie czy tyje, robi to proporcjonalnie więc z jednej strony wygląda ciągle dobrze, drugiej trochę mniej widać efekty, bo nie ma jednego miejsca gdzie jest wow 😉 ale wracając do meritum – jak na klepsydre przystało mama ma dość spory biust i z tego też powodu wiedząc jak jest proporcjonalnie zbudowana sama przeżywałam frustrację, gdy w jednym i tym samym sklepie spodnie w rozmiarze 44 potrafiły być luźne a bluzka w rozmiarze 46 była na tyle ciasna, że pewnie 52 byłby potrzebny… Frustrujące jest myślę przekładanie proporcji ciała kobiety która jest szczupła i drobna na rozmiar większy. Frustrujące jest na pewno też wrzucanie w box “plus size”, gdzie nieraz od razu wygląd ubrań zmienia się diametralnie a ubrania robią się jakieś takie nijakie. Wszystko się da tylko potrzeba odrobiny kreatywności i chyba projektanci czasem o tym zapominają.

  27. Hipis

    Noszę rozmiar 40 i największy problem mam z tym, że widocznie jestem nieproporcjonalna. Wszystkie moje spodnie są w pasie za wąskie, w udach za szerokie, w łydkach za wąskie. Widocznie muszę przytyć w udach, jeżeli nie lubię jak mi połowa spodni zwisa i powiewa. A że jeszcze jestem wysoka, to żadne spodnie nie chcą sięgać do butów i wyglądam jak sierota.
    Koszulki, bluzy, koszule i swetry noszę męskie i jest spokój, szkoda że spodni się nie da :c

  28. Rolaka

    Masz całkowitą rację.
    Ja (o dziwo, patrząc na ciebie) też noszę rozmiar 38, choć spodnie to 40, bo mam szerokie biodra i co? Sukienki mam w rozmiarze 34, 36, 38, 40 i 42 i wszystkie są na mnie dobre! Więc zawsze, jak cokolwiek przymierzam, to mniej więcej patrzę na wygląd ubrania i na jego rozciągliwość (szczególnie to dotyczy spodni).