Nie jestem numerem – rozwinięcie rozmowy z Pytania na śniadanie

pytanie na sniadanie drlifestyle rozmiar

Wysyłasz zdjęcie do prywatnej grupy znajomych. Przypadkiem staje się dostępne dla wszystkich: dla Twojego szefa, rodziców, dzieci, byłych facetów i byłych kobiet byłych facetów, koleżanek z podstawówki, Pani ze spożywczaka i zaprzyjaźnionej krawcowej. Czy wszyscy załapaliby kontekst, wyczuli sarkazm i zauważyli drugie dno (lub sedno) publikacji?

Niekoniecznie.

Coś takiego spotkało mnie, kiedy 5 milionów 700 tysięcy osób zobaczyło zdjęcie na fanpage Dr Lifestyle. Zdjęcie, które nijak nie wydawało mi się kontrowersyjne.


  • Nagranie rozmowy możecie obejrzeć TUTAJ.
  • Przyczynę zamieszania, czyli najbardziej kontrowersyjne zdjęcie w mojej karierze (którego kontrowersyjność nie przeszła mi nawet przez myśl w momencie publikacji) możecie zobaczyć na fanpage Dr Lifestyle.
  • Przy okazji zapytam: co sądzicie o rozszerzeniu nazwy fanpage do „Dr Lifestyle – blog dietetyka”? W żaden sposób nie wpłynie to na publikowane treści, na blogu nadal będą obecne teksty lajfstajlowe czy o dowolnej innej tematyce, którą aktualnie będę chciała się z Wami podzielić. Dajcie znać co o tym sądzicie – zmiana przyniosłaby więcej szkody czy pożytku? Myślę, że mogłaby bardziej zachęcać nowe osoby do obserwowania fanpage w momencie pierwszego zetknięcia się z nim na FB

Cała sytuacja wydała mi się raczej żenująco śmieszna, co sarkastycznie opisałam pod fotką. Po pierwsze dlatego, że nie tylko się w tych spodniach o rozmiarze 42 nie zmieściłam, ale nie miałabym szansy zrobić tego nawet w rozmiarze 44 – w pasie brakowało dobrych 5 centymetrów.

Po drugie, bo kilkanaście minut wcześniej, robiąc zakupy w innym sklepie, musiałam wracać z przymierzalni po sukienkę w rozmiarze 34 – również znacznie odstającym od mojego standardowego 38. (Kiedyś Wam ją pokażę i nie uwierzycie, że mój prywatny stylista w postaci narzeczonego wpadł na pomysł, bym ubrała ją do telewizji śniadaniowej. Zdecydowanie pomylił kanały i porę nagrań ;).)

No i stoję w tej przymierzalni, patrzę w komicznie wyglądające odbicie w lustrze i przypominam sobie rozmowy z Wami – czytelnikami – i z podopiecznymi, którym pomagam schudnąć i zmienić nawyki żywieniowe. Przypominam sobie te frustracje, żal i złość, kiedy w trakcie odchudzania, robiąc pierwsze sylwetkowe postępy idziecie na zakupy i co? I pstro. I okazuje się, że albo trzeba sięgnąć po większy (niż spodziewany) rozmiar, albo… Brakuje skali. Motywacja spada, pojawia się pretekst do kreowania kompleksów (które wcześniej nie przychodziły do głowy), a samoocena jest mocno zagrożona.

Jasne, że budowę wysokiej samooceny i pewności siebie należy załatwiać inaczej, niż przez walkę o zmianę numerków na metce. Ale jeśli ktoś jest dopiero w trakcie tego procesu, małymi krokami zaczyna zmieniać swój styl życia (i często też sposób postrzergania siebie i sylwetki), to takie sytuacje mogą po prostu zaboleć i powodować niepotrzebną złość, stres i zwątpienie w sens podejmowanych działań.

No i na to się nie zgadzam. Zrobiłam pamiątkowe zdjęcie w za małych dżinsach (uff, dobrze że wyjątkowo miałam skarpetki do pary!), wróciłam do domu, skonsultowałam fotkę z Łukaszem (on odradził publikację „bo nuda”, a jako przekorna zołza zrobiłam po swojemu) w 3 minuty napisałam posta.

drlifestyle rozmiar

Autentyk – będąc grubsza (jak na zdjęciu po lewej), niż teraz, kupiłam spodenki w rozmiarze 38. Te po prawej pasują na mnie dziś, mają rozmiar 40. 

Wysyłałam (w moim mniemaniu) jasny przekaz: dziewczyny, to nie z Wami jest coś nie tak – jak zauważyłam na własnym przykładzie fakt niezmieszczenia się w spodnie nie musi mieć nic wspólnego ze zmieniającą się wagą czy obwodami, a winna wszystkiemu jest nieustandaryzowana, totalnie nieprzewidywalna rozmiarówka. Opublikowałam wpis i… Poszłam na trening. No dobra przyznam się – na kijki! Na nordic walking, zwany przez nas pieszczotliwie walking dead. Ku mojemu zaskoczeniu ta aktywność ma szansę wejść na stałe do mojego planu treningowego w dni bez treningu siłowego (trenuję 4 razy w tygodniu).

Poszłam na 7 kilometrów z hakiem. Wróciłam. Padłam z wrażenia. Od tamtego wieczoru wpis skomentowało i udostępniło kilka tysięcy osób, a prawie 100 000 ludzi zostawiło pod nim lajka. Krążył po zakątkach Internetu, a komentowali go chyba nawet Ci ludzie z jego najczarniejszych odmętów. Nie martw się, komentarzy nie czytałam i nie zamierzam – za bardzo cenię sobie spokój ducha, a osoby zostawiające komentarze na tak niskim poziomie nie należą do mojej wymarzonej grupy odbiorców, szkoda byłoby się przejmować. Wolę zadbać o tych, na których mi zależy.

Choć wydawało mi się, że jedynie rzucam kamyk, to spadła lawina. Zamieszanie skończyło się na kanapie w Pytaniu na śniadanie, a dzisiejszy wpis ma być rozwinięciem moich wypowiedzi z programu. Cieszę się, że miałam okazję poruszyć temat na łamach telewizji, bo to szansa na dotarcie do osób, które Internet znają tylko z opowiadań dzieci i wnucząt. Jednak żałuję, że tak ważny temat został tak spłycony – cóż, uroki telewizji śniadaniowej.

Cóż, od czego jest blog ;). Podzielę się z Wami refleksjami, które naszły mnie w związku z aferką i przygotowaniami do rozmowy w PnŚ.

Vanity sizing, czyli ubrania tyjące wraz ze społeczeństwem

Liczby pokazują tendencję „vanity sizing”, czyli rozmiar rosnący wraz ze społeczeństwem – według tabel porównujących wymiary ubrań na przestrzeni dekad, dzisiejsza EMKA jest większa, niż EMKA sprzed kikludziesięciu lat. Te zmiany zachodzodzą proporcjonalnie do zmian sylwetki „statystycznej kobiety” i „statystycznego faceta”. A musicie wiedzieć, że jeszcze w 2004 roku tylko około 14% Polek miało nadwagę, podczas gdy dziesięć lat później, nadwaga dotyczyła blisko 30% naszych kobiet (Źródło: Raport Nadwaga i otyłość w Polsce, marzec 2017).

Fakty są bezlitosne i pokazują, że dzisiejsza rozmiarówka jest dostosowana do łechtania ego i poprawiania nastroju. Liczby pokazują klarowną tendencję: dawniejsza eska była jeszcze mniejsza, niż dzisiejsze.

Pozostaje jednak pytanie: która emka zostałaby dziś uznana za normę?

Rozmiarowe eldorado, a samoocena

Sedno problemu nie leży w zaniżonej czy zawyżonej rozmiarówce – jest nim niestałość i brak standaryzacji rozmiarówki. Nie oczekuję cudów i toleruję różnice w zależności od sklepu – nie sposób wymusić na producentach utrudnianie sobie życia (i  prowadzenia  biznesu) w postaci zatrudnienia bardziej precyzyjnych konstruktorów, którzy zadbają o to, by spełniać wyśrubowane normy.

Ale nie dbają. I osoba, która nie zdaje sobie z tego sprawy, może traktować „niezmieszczenie się w swój rozmiar” jako jasny przekaz: „przytyłaś”. Owszem, bardzo często problemowi nie są winne sklepy, a burger popity piwem i zagryziony pizzą. Nie zmienia to faktu, że zjawisko istnieje i jest negatywnie postrzegane przez wiele kobiet (i facetów!).

Czy warto się tym przejmować?

Należy rozgraniczyć dwie rzeczy: oczywiście rozmiar to tylko liczba i tak samo jak na przyklad waga* nie definiuje wyglądu sylwetki. Nie warto się nim przejmować i czynić go podstawą kompleksów. Zdecydowanie należy promować inne metody budowania poczucia włąsnej wartości i samoakceptacji, niż definiowanie się przez pryzmat metki.

Nie możemy jednak obwiniać sieciówek o falę anoreksji a projektantów mody o wybieranie skrajnie szczupłych modelek do swoich pokazów. Większa część winy leży po stronie rodziców, którzy nie zadbali o to, by córka znała swoją wartość i była pewna siebie niezależnie od bodźców zewnętrznych. Winna jest szkoła, która uczy o tym, jakie kolumny stawiało się przed kilkoma tysiącami lat w Grecji, ale nie uczy o tym, jak budować samoocene. Winni jesteśmy my. Zawsze wtedy, gdy piszemy komuś złośliwy komentarz w Internecie, krytykujemy na ulice, rzucamy wredne spojrzenie lub złośliwy przytyk.

ALE!

rozmiarowka sieciowek drlifestyle

Skoro rozmiarowka i tak musi istnieć, to może niech każdy rozmiar ubrania zacznie odnosić się do podstaowywch, określonych wymiarów w stałych punktach? Rozmiar nie powinien definiować sylwetki, ale to sylwetki powinny definiować rozmiar!

Fajnie byłoby brać z wieszaka dwie pary spodni, zamiast pięciu. Wystarczyłoby, że określony wymiar stanowiłby punkt wyjścia do tworzenia dalszej konstrukcji ubrania.

Bluzka ma być luźna? Okej, względem wymiaru XYZ w punkcie A.
Dżinsy będą miały więcej elastanu? Okej, sprawdźmy na ile się rozciągają i na jaki obwód bioder będą pasować po przymierzeniu.
Różne fasony, długości, mniej lub bardziej dopasowane – świetnie, że istnieją! Ale fajnie byłoby (szczególnie dla osób robiących zakupy przez Internet) gdyby informacja z metki choć trochę odnosiła się do tego, jak jest zbudowana osoba, która zazwyczaj kupuje ubranie określonego rozmiaru w tym samym sklepie.

I nie robi tego, żeby poprawić sobie humor. Robi to, bo chce kupić sobie dobrze dopasowane spodnie! Koniec historii. Nie róbmy z kobiet „sfrustrowanych feministek”, nie karmmy próżności wciskająć się w mniejszy rozmiar. Niech rozmiar będzie sobie duży lub mały. Niech będzie ich nawet mnóstwo, od zera do setki! Ale jeśli będę miała 98 lub 100, to chciałabym nie musieć grzebać między wieszakami w poszukiwaniu 72.

To dobrze że rozmiarówka jest szeroka i mamy z czego wybierać, bo zarówno bardzo szczupłe osoby, jak i osoby z nadwagą powinny mieć dostęp do modnych, ładnych ubrań niekoneicznie pochodzących ze spcjalistycznych sklepów. Czy kolekcji „Plus size”.

*Przeczytaj artykuł – 4 powody, dla których powinnaś wyrzucić wagę od zaraz!

Gdzie zaczyna się plus size?

Czasami sam fakt kwalifikowania ubrań do grupy „plus size” wydaje się być mocno odrealniony, bo gdy kampanie „pokochaj swoje kształty” reklamuje szczupła nastolatka, to zaczynam mieć wątplwiości co do intencji kreatorów pomysłu. Używanie w jednym zdaniu zestawieniu słów „modelka plus size” i „nosi rozmiar 40” również wydają mi się nie do końca trafione.

Nie ma żadnej Rady do Spraw Elastyczności Dżinsów Względem Obwodu Bioder Nosicielek. Marka kwalifikuje odbiorcę jako „Plus size” według własnych standardów.

Nie mam doświadczenia z kupowaniem ubrań z tych kolekcji, ale jeśli Ty wiesz coś na ten temat i umiesz ocenić na ile rozmiarówka „plus size” pomaga osobom niemogącym znaleźć dla siebie ubrań w sieciówkach, daj znać w komentarzu!

Nie jestem numerem!

nie jestem numerem

Akcja dziewczyn z mojej grupy na Facebooku wzruszyła mnie do łez, rozłożyła na łopatki i była najlepszą nagrodą za całe to zamieszanie. Dziękuję!

Przy okazji całej aferki, która wybuchła wokół za ciasnych spodni, warto przypomnieć sobie o jednej rzeczy: NIE JESTEŚ NUMEREM.

Waga nie określa Twoich postępów w odchudzaniu. Rozmiar na metce nie jest adekwatny do tego jak wyglądasz. Zmieniające się obwody pokazują tylko tendencję, ale nie są wyznacznikiem sukcesu. Liczba fałdek na brzuchu nie zawsze jest wprost proporcjonalna do liczby kawałków pizzy zjadanych co miesiąc.

Nie spłycajmy zdrowego odżywiania i aktywności fizycznej do poziomu sposobu na osiągnięcie szczupłej sylwetki! No przecież szlag może trafić! Lista korzyści z prowadzenia zdrowszego stylu życia jest znacznie dłuższa. Dla mnie wygląd nie jest nawet w pierwszej trójce. Zyskałam lepsze samopoczucie, więcej sił do działania na co dzień, diametralnie poprawiłam wyniki badań, czuję się bardziej wypoczęta, pożegnałam ciągły ból brzucha i nieprzewidywalne reakcje organizmu na to co jadam, mam więcej wiary w siebie – nie przez wygląd, a przez wierność własnym postanowieniom.

Czy naprawdę nam wszystkim musi chodzić tylko o sczuplejszą sylwetkę? Najlepiej spełniającą najmodniejsze instagramowe kanony?

No chyba ktoś robi sobie z nas jaja. Ale my się nie damy :)!

Domyślam się, że Ciebie ostatnie zamieszanie również mogło skłonić do refleksji i przemyśleń. Będę wdzięczna, jeśli podzielisz się nimi z nami w komentarzu – skorzystam nie tylko ja, ale też inne Dziewczyny, dla których ten problem nie jest obcy. Jakie są Twoje doświadczenia? Co poradziłabyś dziewczynom poświęcających dużo uwagi rozmiarom i innym cyferkom określającym wygląd?