Czy jestem kłamczuchą z fotoszopa?

Nawet nie wiem jak zacząć. Jeśli napiszę, że wcale się tym komentarzem nie przejęłam, będziecie się zastanawiać po cholerkę się do niego odnoszę. Jeśli napiszę, że się przejęłam i od teraz tylko woda i suchary, to skłamię.

Uznajmy więc, że wstępu nie będzie.

drlifestyle pcos

Po lekturze tego komentarza nie zawinęłam się szczelnie w pareo, nie włożyłam dresu, a nawet postanowiłam nieprzyzwoicie nie zmieniać w swoim zachowaniu nic. Bo przecież to na pewno jakiś hejter, który urlop spędził nie wychylając nosa poza mieszkanie. I dlatego ma tyle czasu na pisanie komentarzy. Głupich, rzecz jasna.

A jednak, masz Ci los – IP wskazało jasno na Chorwację, a ja faktycznie byłam tego dnia na plaży.

drlifestyle pcos

Najpierw po babsku spojrzałam na siebie krytycznie i w duchu przyznałam rację anonimowi. Moja sylwetka naprawdę nie wygląda jak ciało osoby, która trenuje 5 razy w tygodniu, je zdrowo i w sensownych ilościach.  Później spojrzałam na siebie po swojemu i stwierdziłam, że małpa ma spadać na drzewo, bo nie jest źle. Lubię swoje odbicie w lustrze, ale to nie ma nic wspólnego z moim aktualnym wyglądem. Nawet będąc w złej formie akceptowałam i lubiłam siebie. Akceptacja siebie jest przez wiele osób mylnie postrzegana. Mylona z narcyzmem, egocentryzmem, samouwielbieniem. Należy podkreślić, że nawet akceptując siebie można chcieć coś w sobie zmienić.

Akceptacja siebie nie jest przyzwoleniem na nic nierobienie, a wręcz przeciwnie, jest niezbędna, by można było coś zrobić. Dla siebie, a nie przeciwko sobie. I własnie tak było ze mną. Zmieniłam styl życia, bo lubiłam siebie, swoje ciało. Zrobiłam to z troski, a nie z chęci dowalenia tej szkaradzie, która gapi się na mnie codziennie w lustrze.

I tak sobie robię od kilku lat – z mniejszą skutecznością i regularnością – lub z większą, od kilku miesięcy. Jestem naprawdę zadowolona z aktualnego planu treningowego, obranego modelu odżywiania. Jest mi dobrze, wybieram to, co dla mnie najlepsze, a wszystko robię z dużą dozą rozsądku. Nie mam listy produktów dozwolonych i zakazanych, ale myślę o tym, co jem (i jeśli oddalę się od obranej ścieżki, to modyfikuję trening, np. poprzez dodanie kilku kilometrów trasy biegowej, żeby zneutralizować nadwyżkę kalorii z dnia poprzedniego).

Zdaję sobie jednak sprawę, że moje ciało nie jest odzwierciedleniem prowadzonego przeze mnie stylu życia. I nie mogę mieć żalu do autora komentarza. Ba! Muszę się przyznać przed sobą i przed Wami, że zdaję sobie sprawę, iż pod komentarzem podpisałoby się więcej osób.

No bo skoro tyle ćwiczę, tyle trenuję i tak świadomie się odżywiam, to gdzie do cholery leży problem, gdzie jej kaloryfer, ja się pytam?! Opcje są dwie:

  • dietetyk ze mnie jak z koziej dupy trąbka i nawet sobie nie potrafię przygotować optymalnego planu żywieniowego, a na treningu leżę i cykam zdjęcia, zamiast ćwiczyć
  • jestem chora

Nie zamierzam robić sobie antyreklamy i podważać własnego autorytetu, za to (po raz pierwszy od trzech lat istnienia bloga) wypowiem się wprost o moim stanie zdrowia. Czy raczej braku zdrowia ;).

PCOS a problemy ze schudnięciem

pcos a tycie

Problemy o podłożu hormonalnym dotyczą mnie od 13 roku życia. Ach, ile ja się komplementów nasłuchałam! Jaka to ja jestem wyjątkowa. Jaki ciekawy przypadek. Kliniczny wręcz! Taki złożony, nietypowy, wyzwanie, o którym marzy każdy endokrynolog.

I jeździłam jako nastolatka (czy raczej rodzice mnie wozili – za co dozgonnie będę im wdzięczna, bo nie każdy rodzic potraktowałby sprawę serio) do Poznania, Kalisza, Wrocławia, Łodzi, a koniec końców do Warszawy. Po pomoc. Do kogoś, kto spojrzy na mój przypadek przez pryzmat kolejnych lat, uwzględni konsekwencje leczenia bądź nieleczenia i oprócz krótkotrwałych efektów, będzie chciał również uzyskać wieloletni sukces.

Przysięgam Wam, gdy po raz kolejny słyszałam frazę taka Pani uroda, myślałam, że szybko podskoczę, przykucnę na biurku i rzucę się na lekarza celem wydrapania mu oczu (to i tak łagodniejsza, cenzurowana wersja). Po kilku latach poszukiwań i błędnie stawianych diagnoz trafiłam na dobrego lekarza.

Oszczędzę sobie i Wam szczegółowych opisów moich medycznych perypetii i podzielę diagnozą (część wyszła dopiero po latach):

  • PCOS (zespół policystycznych jajników – bardzo zaawansowany)
  • hiperandrogenizm jajnikowy (skutek PCOS)
  • okresowo hiperkortyzolemia
  • insulinooporność (nad którą zapanowałam dietą, choć poziom insuliny nadal jest w górnych granicach normy)
  • zaburzony lipidogram (opanowany dietą)
  • migrena z aurą – o skali problemu z bólami głowy pisałam w tekście Migrena, z którą nie da się żyć, ale cała w skowronkach pisałam również miesiąc temu o efektach jakie przyniosła u mnie Dieta bez laktozy, wdrożona po zdiagnozowaniu nietolerancji tego cukru; diagnostyka migrenowego bólu głowy trwała bardzo długo, byłam prowadzona przez neurologa specjalizującego się w leczeniu bólu głowy, ale niestety, nawet ten doświadczony lekarz rozkładał ręce, gdy miewałam ataki, przy których nawet leki podawane kroplówką, na pogotowiu nie pomagały. Nic nie było dotychczas tak skuteczne jak dieta bez laktozy (możliwe, że nie bez znaczenia są też dwa zabiegi mikrokinezyterapii). Na próbę, odrzuciliśmy wszystkie leki hormonalne. Zgodziłam się na to, bo migrena nie dawała mi żyć – dosłownie. Ataki łapały mnie w pracy, na uczelni, na ważnych spotkaniach, podczas nauki. Wywracało mi to życie do góry nogami, a ten stan trwał bardzo długo. Mówiąc szczerze, spodziewałam się przerwania studiów, jeśli nie zapanuję nad bólami.

Pokrótce wytłumaczę, dlaczego każda z tych chorób (a szczególnie wszystkie w pakiecie) utrudniają mi odchudzanie.

drlifestyle pcos

W mojej krwi krąży dużo insuliny. To taki hormon, który jest nam bardzo potrzebny, ale w nadmiarze może hamować (lub częściowo utrudniać) rozpad tkanki tłuszczowej, a ze względu na swój anaboliczny charakter, nasilać jej tworzenie. Mam we krwi dużo insuliny = trudniej mi schudnąć. A kortyzol nie ułatwia sprawy. Ten hormon powoduje zmniejszenie wykorzystywania glukozy, jako paliwa, źródła energii. Więcej glukozy zaczyna krążyć w krwioobiegu. I co się dzieje? Dawaaaaj, trzustka do roboty! Więcej insuliny proszę!

A przecież to nie insuliny mi brakuje, a wrażliwości receptorów insulinowych. Ale nad tym zapanowałam dietą. Nie zapanowałam jednak nad tym, że uwalnianie kwasów tłuszczowych  z komórek przebiega u mnie inaczej, niż u człowieka zdrowego.

I inaczej, niż u człowieka zdrowego rozkłada się u mnie otłuszczenie. Sprzyja temu niechlubny, wstydliwy i dla kobiety strasznie problematyczny pod wieloma względami – hiperandrogenizm. Możliwe, że to nadmiarowi męskich hormonów zawdzięczam super kondycję, wydolność i szybki progres w treningu siłowym czy biegowym.

Źródło grafiki: www.medscape.org

Źródło grafiki: www.medscape.org

Ale równie prawdopodobne jest to, że dzięki zaburzeniom wydzielania DHEA i testosteronu, mam trudności w spaleniu tkanki tłuszczowej w okolicy brzucha. Tutaj odwołam się nie tyle do wiedzy, co do waszych obserwacji: kto ma rubensowskie kształty, pełne biodra, uda, duży tyłek, a kto ma mięsień piwny?  Tak, hiperandrogenizm u kobiet sprzyja rozwojowi otyłości brzusznej.

Wisienka na torcie? Migreny nasilające się po wysiłku fizycznym. Wiecie, że był okres, w którym każdy trening kończył się co najmniej bólem głowy, a często również migreną? Trenowałam przed snem, żeby ból minął w nocy (by nie tracić dnia). Ale jak się domyślacie, treningi nie były tak intensywne, jakby mogły, ani tak różnorodne, jakby mogły (z czasem wyczułam, które ćwiczenia grożą migreną).

Puenta

Uwaga, przygotuj się na zaskoczenie. Celem tego wpisu nie jest wybielenie mnie i usprawiedliwienie powolnych efektów diety i ćwiczeń. Celem tego wpisu jest uświadomienie Ci, że choroby (szczególnie takie, które nie wpływają bezpośrednio na Twoją sprawność fizyczną lub w przypadku których wysiłek nie jest czynnikiem mogącym wywołać złe skutki) to żadna wymówka dla nieuprawiania sportu, jedzenia przypadkowych rzeczy.

Choroby układu dokrewnego stały się modne. Mogę się założyć o niejedzenie pizzy do końca roku, że znasz kogoś, kto choruję na jedną z nich (lub chorujesz na nią Ty). Niedoczynność tarczycy, nadczynność tarczycy, PCOS (zespół policystycznych jajników), choroba Gravesa – Basedova, insulinooporność, cukrzyca typu 2, choroby przysadki. I wiele innych odmian klinicznych, a w wielu przypadkach nawet promocyjne kombo (np. PCOS + hashimoto + insulinooporność).

Każda z tych chorób na swój sposób wpływa na metabolizm, uczucie głodu i sytości, wydzielanie insuliny, zwiększone zapotrzebowanie energetyczne, stopień magazynowania tkanki tłuszczowej czy inne aspekty, które w efekcie utrudniają pracę nad sylwetką.

Ale posiadanie którejkolwiek z nich nie powinno hamować przed uprawianiem sportu i jedzeniem zdrowo, nie powinno być przyczyną, przez którą w kwestii zdrowia i wyglądu zdamy się na los. Takiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz. I jeszcze lakarz mówiący „No cóż, taka Pana/Pani uroda”.

Wiem, że szlag trafia. Że dziewczyna, która ma za sobą kilkanaście depilacji laserowych, a w lustrze nadal widzi znienawidzone włosy w dziwnych miejscach, najchętniej spryskałaby sobie twarz randapem, jeśli istniałoby jakiekolwiek prawdopodobieństwo, że dziadostwo przestanie rosnąć. Że facet, który zawsze był tym ostatnim wybieranym do drużyny na wuefie, który jest niski i chudy, oddałby królestwo (wraz z księżniczką) za szerokie barki i 195 cm wzrostu. Na bosaka. I narazie mówimy o pierdołach. Ale co ma trafić (bo szlag to mało) zakochane w sobie do szaleństwa młode małżeństwo, które dowiaduje się, że sorry, ale bobo to mogą pooglądać tylko na zdjęciach w Internecie, bo nawet najbardziej nowatorskie metody leczenia się nie sprawdziły?

Wiem, że czujesz zwyczajną niesprawiedliwość, bo by osiągnąć przeciętne rezultaty, musisz włożyć w nie nieprzeciętnie dużo wysiłku. Naprawdę, rozumiem to jak mało kto, bo z problemami podobnej natury borykam się od 13 r.ż (już 11 lat). I o ile problemy hormonalne uważam za świństwo w każdym wieku, tak w okresie nastoletnim, okresie dojrzewania jest to już zwykłe skurwysyństwo. Młodej dziewczynie trudno zrozumieć niektóre rzeczy, a jej rówieśnicy nie mają w sobie jeszcze zbyt wiele empatii.

Ale wróćmy do sedna sprawy. Czy jeśli ktoś jest niski, to ma przestać dbać o włosy, dłonie, czysty i schludny strój, bo i tak jest niski, więc cała reszta na nic? Jeśli kobieta ma małe piersi, to niech kupi wór pokutny, bo szeroki ładny uśmiech, ładna fryzura, makijaż dopasowany do urody i eleganckie ubranie i tak nic by nie dały?

Czy jeśli ktoś ma hashimoto, to powinien jeść co popadnie, jak popadnie i w dowolnych ilościach, bo przecież i tak będzie gruby? Skoro ma hashi, to cukrzycę typu II spowodowaną nieregularnym jedzeniem i posiłkami pełnymi cukrów prostych, też przytuli? Weźmie jak swoje?

Słuchaj, ja się zgadzam – jesteś chory, jest Ci trudniej. To jest cholerna niesprawiedliwość, ale na próżno jej szukać w jakichkolwiek problemach ze zdrowiem. Zamiast zamartwiać się tym, na jak wiele rzeczy nie masz wpływu, zadbaj o te, które zależą tylko od Twojej sumienności i zaangażowania.

Choroba (szczególnie o podłożu hormonalnym) powinna Cię motywować do uprawiania sportu i zdrowego odżywiania, zamiast demotywować. Wiesz, że dieta jest istotnym elementem terapii np. niedoczynności tarczycy? Że regularna aktywność fizyczna zmniejsza ryzyko wystąpienia insulinooporności?

Ja zmianą diety doprowadziłam do tego, że metformina nie była potrzebna do zapanowania nad insulinoopornością. W około 3 miesiące poprawiłam wyniki badań na tyle, że w ogóle przestałam się kwalifikować do diagnozy insulinooporności! Dzięki temu odsunęłam od siebie wizję cukrzycy typu 2, która bardzo często występuje u kobiet z zespołem policystycznych jajników.

Koniec końców, zastanówmy się: jeśli teraz wyglądam tak, jak wyglądam, odżywiając się zdrowo, świadomie, jedząc racjonalne porcje i trenując, to jak wyglądałabym, gdybym nie robiła żadnej z tych rzeczy?

Łatwo jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której mam rozmiar 42/44 i o ile żadnej masy ciała, żadnego kształtu sylwetki nie uważam za życiową tragedię, tak za wielką porażkę miałabym tłumaczenie swojego wyglądu chorobą.

Ok, może teraz też nie zostanę kandydatką do Miss Polonia (i tak miałabym za duży nos!), ale zamiast załamywać się, że nie wyglądam tak dobrze, jak mogłabym wyglądać, wolę myśleć o tym, że wyglądam znacznie lepiej, niż mogłabym wyglądać. Mała – wielka zmiana.

Od kiedy sport i jedzenie przestałam postrzegać przez pryzmat sylwetki, a uwierzyłam w szereg zalet i pozytywnych skutków, jakie wywierają na mnie świadome wybory żywieniowe i regularna aktywność fizyczna, znacznie lepiej mi się żyje.

Czerpię przyjemność z tego stylu życia, daje mi to wszystko dużo satysfakcji i wiary w siebie. Może nie mam wpływu na to, ile estrogenów wyprodukują moje jajniki, jak bardzo aktywne będą nadnercza, jaką porcją kortyzolu mnie uraczą, iloma miligramami testosteronu uraczą. Ale mam wpływ na to jak ja się z tym czuję i co w związku z tym robię.

A robię dużo. Dla siebie, w trosce o swoje zdrowie i sprawność w przyszłości. Dla wyglądu, bo mimo, że nikt nie posądziłby mnie o hektolitry potu przelewane na siłowni (czy w plenerze) każdego tygodnia, to wiem, że wyglądam znacznie lepiej, niż mogłabym wyglądać, nie robiąc nic. I czuję się świetnie. Moja choroba rozwija się wolniej, niż by mogła. A ja jestem z siebie zadowolona, bo chociaż w sferze diety i treningów jestem osobą decyzyjną. Nie jakieś małe cząsteczki krążące we krwi i robiące bałagan w moim ciele.

To ode mnie zależy czy obudzę się po dźwięku budzika dzwoniącego o 5:45, to ode mnie zależy czy nie przerwę treningu w połowie, to ode mnie zależy co nałożę sobie na talerz i w jakiej ilości. To ode mnie zależy czy choroba jest utrudnieniem w drodze do wymarzonej sylwetki, czy będzie wymówką, którą przedstawię światu i sobie. Usprawiedliwieniem mojego lenistwa.

Wybieram poczucie kontroli nad własnym życiem i wiarę w to, że dzisiejsze działania zaprocentują w przyszłości. Nawet tej bardzo dalekiej.