10 rzeczy, których wymagam od siłowni/klubu fitness

Idealna siłownia musi spełniać kilka moich oczekiwań. Kiedy postanowiłam napisać tego posta okazało się, że rzeczy, których wymagam od siłowni jest 10. Może przypomina to nieco listę przedkoncertowych życzeń Mariah Carey, ale w dzisiejszych czasach, kiedy konkurencja w branży fitnessowej jest tak duża, nie trzeba godzić się na żadne kompromisy i wybierać dokładnie to, czego się potrzebuje.

1. Lokalizacja – im mniej czasu zajmuje mi dojazd, tym słabiej wypada wymówka o „stracie czasu” i wyliczanie kupy ważniejszych rzeczy. 

2. Przestrzeń – przestrzeń sa sali, w szatni, przy prysznicach, podczas suszenia włosów. Idealna siłownia to taka, która (znowu!) szanuje mój czas. Bo kiedy muszę czekać kwadrans na miejsce na bieżni to jest to kwadrans stracony w pełnym znaczeniu tego słowa – zazwyczaj na trening mam ograniczony czas, więć 15 minut czekania to 15 minut biegu mniej.

3. Sprzęt – musi być go dużo i musi być dobry. A najlepiej nowy, bo na takim przyjemniej się ćwiczy. Nie wiem czy każdemu, ale to lista moich wymagań, więc proszę nie negować! Kiedyś miałam przygodę z przycinającą się bieżnią, gdyby ktoś to nagrał byłby bogatym człowiekiem 😀

4. Różnorodność – sprzętu (wolne ciężary, maszyny), stref w Klubie (pakernia, spalarnia, cross fit i jakieś miłe miejsce do rozciągania, albo odpoczynku po treningu)

5. Muzyka – tak, muzyka. Ma dla mnie znaczenie mimo, że ćwiczę w słuchawkach. Chodzi o to, że już od wejścia odpowiednia muzyka nastroi do treningu, a trasa szatnia->strefa ćwiczeń jest momentem, w którym czuję się jak Rocky Balboa wychodzący na walkę 😀

6. Sklep – może być w okolicy, a najlepiej, żeby był prosty sklepik na terenie klubu. Z wodą, jednorazowym ręcznikiem, a najlepiej z jakąś małą gastronomią – to doceniam szczególnie wtedy, gdy siłownię zaliczam w okienku między zajęciami.

7. Dobra wentylacja/klimatyzacja – zgadza się. Nie tylko KLIMATYZACJA, ale DOBRA KLIMATYZACJA. Nie raz i nie dwa przeziębiałam się przez dmuchające na kark nawiewy.

8. Sauna – lubię się wygrzać, a  że (póki co ofc!) nie stać mnie na regularne wyjazdy do ciepłych krajów to serwuję sobie kilkunastominutowe sesje dwa razy w tygodniu.

9. Atmosfera – wśród ćwiczących. Kiedy szłam na siłownię po raz pierwszy spodziewałam się dziewczyn z innej planety i facetów rodem z zawodów kulturystycznych. W mojej wyobraźni wszyscy ćwiczący byli zaawansowanymi instruktorami fitnessu… Co nie zachęcało do żałosnych podrygów na bieżni.

10. Czyli uśmiechnięte Panie na recepcji i trenerzy, którzy nie wyglądają jak parodia bramkarza z Pomarańczy. Uczynni, mili, sympatyczni młodzi ludzie, którzy lubią swoją pracę to ogromna wartość dodana dla samego klubu.

Pisząc tego posta zdałam sobie sprawę, że inspiracją do niego był mój klub fitness – FitFabric w Łodzi. Łodzianom polecam – szczególnie, że upust emocjom można w nim dawać 24h/dobę.

PS. Rodzina mi się powiększyła <3 Funduje mi takie potreningowe okłady 🙂

2014-07-13 11.02.54